Andrzej Walter

 

Czekając na Godota

 

dzieci kaina   Nasz świat czeka na Godota. Jak powiedział Św. Augustyn „-Nie rozpaczaj: jeden z łotrów został zbawiony. (...) Nie pozwalaj sobie: jeden z łotrów został potępiony”. A my? Kto z nas jest łotrem, kto będzie zbawiony, a kto potępiony? Panie Beckett, żeby to było takie proste...

   Czekając na Godota znów sięgam po kolejną książkę wrocławskiego Wydawnictwa Książkowe Klimaty. Wydawnictwo działa od 5 lat i publikuje współczesną prozę europejską, kierując się przede wszystkim na południe. Choć to raczej kierunek południowo-wschodni, a Wschód, to być może jedyny kierunek, z którego może nadejść duchowe oczyszczenie. Choć pojęcie „wschodu” traktuję bardzo umownie... Kolejna opowieść, o której chciałbym podjąć rozważania to książka Nikosa Panagiotopoulosa „Dzieci Kaina”. Niech nas jednak nie zmyli ani autor, ani kraj, skąd pochodzi, ani też realia opowiedzianej historii. To bowiem jest przewrotna opowieść o nas. O tobie i o mnie, o każdym z nas, a jej uniwersalizm wyraża się własną, wnikliwą i jakby samoistnie ustanowioną retrospekcją dopiero co wyrzuconych na śmietnik wartości oraz doskonałą analizą stanu naszego ducha.

 

   Moje pokolenie nazywano już różnie. Żadne z określeń jednak nie oddaje jego natury. Tak uważam. To pokolenie dopiero będzie ocenione. Oby łagodnie.

 

   Dorastaliśmy w cieniu wielkiej rewolucji. To była bezkrwawa rewolucja. Krew popłynęła później i zrobiła to dyskretnie.

   Dorastaliśmy w cieniu bogów, strąconych w czeluści nowoczesności, w cieniu wojen, jakże minionych i w cieniu nieco przebrzmiałych bohaterów burzliwych czasów, które już za nami, i w cieniu idealizmu wrzuconego wstydliwie w otchłań pragmatycznej zmiany paradygmatów. Bóg umarł, a nowy bóg nie zmartwychwstał. Bóg nas opuścił, a my, opisani od nowa, albo tylko trochę na nowo, nie mieliśmy już dokąd pójść. Staliśmy się pokoleniem nic, albo pokoleniem dobrobytu, pokoju i higieny. Dziećmi demokracji oraz nowego ładu wedle starych receptur, ale mocno wtłoczeni w jakże nowe reguły gry.

   Krew popłynęła później i miała barwę rdzy zdrapywanej z naszych nowych ran zdobywanych w międzynarodowych korporacjach i w szaleńczym wyścigu szczurów, przy czym Flecista bezczelnie nas zdradził, a dzieci przestały się rodzić... Hameln rozpadło się na tysiące enklaw, dżumę zaleczono cholerą, a świat w końcu i tak wszystko sobie zrelatywizował.

   Czyż nie o tym jest najnowsza książka Nikosa Panagiotopoulosa „Dzieci Kaina”?

   Właściwie to debiutant, tak można o nim powiedzieć, gdyż to jego druga książka (po opowiadaniach), ale z jakim hukiem weszła do literatury światowej, z jakim głośnym echem odbiła od ścian europejskich salonów literackich, wreszcie z jakim mocnym przesłaniem podrażniła naszą świadomość. To już nie jest tylko możliwość zapoznania się polskiego czytelnika z okruchem literatury nowogreckiej, ale jest to doskonały przykład literackiej próby zdefiniowania tragedii całego pokolenia, które dziarsko wkroczyło na scenę nowego wieku i usiłuje zarządzać naszym życiem. Książka ta bowiem daleko wykracza poza swoją „greckość”, przebija mur europejskiej samoświadomości i opisuje współczesnego człowieka, który doszedł do ściany własnych złudzeń i nie za bardzo wie co robić ze sobą dalej...

   Ta książka nie jest idealna. Nie czyta się jej łatwo. Doskwierają początkowo mankamenty pisarsko-warsztatowe. Udziela się trochę drażniący narracyjny chaos, gubimy się w czasie i przestrzeni, ale jest to równocześnie książka, od której trudno się oderwać, książka od której nie da się uciec, lektura wykwintna, wytrawna i pochłaniająca, opowieść o losie, mentalności oraz duszy człowieka – czy można chcieć od literatury czegoś więcej? Chyba nie.

   Wciąż przecież chcemy opowiadać sobie nawzajem historie. Opowiedzieć o człowieku. O takim człowieku jak Ty i ja, i jak oni... Opowiedzieć zajmująco, opowiedzieć szczerze, opowiedzieć rzetelnie, bez owijania w bawełnę, a jednocześnie opowiedzieć niezbyt dosłownie, opowiedzieć z nutą niedopowiedzenia, ze szczyptą tajemnicy, z marginesem pozostawienia wolnym i autonomicznym głębi naszego ja, z naszą przecież bezwzględną wolnością, naszą prawdą, naszą nadzieją i wiarą, że można coś jeszcze w tym życiu i w tym świecie zmienić.

   Nikosowi Panagiotopoulosowi się to udało. Udało mu się to bardziej niż bardzo. Opowiedział historię każdego z nas, a jednocześnie pozostawił tę opowieść nieskończenie otwartą. Pozostawił nas z dylematem. Z pytaniami. Z wątpliwościami. Z goryczą, ale i z poczuciem nazwania. A od nazwania właśnie poczyna się rzeczywistość rzeczy i słów – to nazwanie nas, właśnie nas - „dziećmi Kaina” – to my, nikt inny, a artystyczny, eklektyczny i w ogromnej przenośni, dojmujący opis naszego świata, znajdziemy pod sam koniec tej tragedii jaką jest opowieść o „Dzieciach Kaina”:

   „Proszę! Oto on!

   Upiera się, żeby grać Abla! Wyciąga swoją białą szyję i czeka z głową na ławie. Kain go widzi, ale nie łapie haczyka.

No co ty, mówi, co ty wyprawiasz?

   Łaskocze go w ucho piórkiem. Publiczność śmieje się do rozpuku. A on nic – zdecydowany się poświęcić. Jego niewinność jest przykładna, ale skoro nic

i nikt mu nie zagraża, robi się śmieszna.

   Kain woła swoich przyjaciół, zaczynają wokół niego szaleńczy taniec. Patrzcie – mówi do nich – jak się wplątałem. Proszą Abla, żeby się podniósł, usiadł obok, nie przeszkadzał – poświęci się później.

   Jest zmuszony się zgodzić. Wstaje ze spokojem. Kiedy się podnosi, zaciągają go do korowodu (skoro nie odleciał jak ptak, ugładzą go jak niesforny, latający kosmyk włosów) – co może zrobić? Naśladuje ich. Tańczy bezradnie.

   Publiczność pęka ze śmiechu – nieporuszona oczywiście semantycznymi możliwościami czasownika „latać”. Pozostali aktorzy wypychają go do przodu, drwią z jego nieporadności – widzowie w ryk. I wtedy, przy salwie śmiechu, podstępne popchnięcie z tyłu, podstawienie nogi, którego nie dostrzegłby nawet doświadczony arbiter, i… łap, trzymaj, zleciał! –

Skiron zrzuca Abla w przepaść Keadas.

   A widzowie płaczą ze śmiechu, kiedy członkowie trupy pochylają się nad sceną i nie wiadomo, czy tak pochyleni szukają nieszczęsnego aktora pierwszoplanowego, czy się kłaniają…”

   Wyjaśnijmy dokładniej to zdanie – Skiron zrzuca Abla w przepaść Keadas... Otóż znaczy to ni mniej ni więcej – syn Boga (może Posejdona) wedle terminologii spartańskiej wykonuje karę śmierci za przestępcze przewiny. W Sparcie zwłoki już straconych przestępców zrzucano w przepaść Keadas. Straconych przestępców nie grzebano i wyrzucano poza granice kraju.  

   Jednakże wróćmy do meritum. Każdy z nas może dziś zagrać zarówno Kaina jak i Abla. Te role są jakże wymienne. Raz upieramy się być Ablem, raz rechoczemy jak Kain. A wszystko jest grą. Wszystko się wymieszało. Gramy sami ze sobą. Publiczność jest tylko zbędnym tłem. To gawiedź pragnąca rozrywek, chleba i igrzysk i w tym wszystkim my – nieporozumienie Wszechświata... Może dlatego Mrożek oznajmił w „Ucieczce na południe”, że „Godot przyjechał”...?

   Czy to my – literaci? Czy my, czytelnicy. Należy może dodać – ostatni ... czytelnicy. Proszę się nie denerwować. Ten wyżej przytoczony fragment to efemeryda w tej książce – króciutka wizja (exodos - w starożytnej tragedii greckiej pieśń chóru śpiewana na zakończenie) – cała książka jest bowiem narracyjnie i treściowo jak najbardziej normalna. Jest dobrą, wartką, wręcz sensacyjną opowieścią o grupie przyjaciół, którzy wracają po latach do swojej młodości, którzy wracają do swojego losu, do zaistniałych zmian, do przemian. Jest i śmierć – nieodzowny element każdej prawdziwej historii, jest być może zbrodnia, być może zabójstwo, a może samobójstwo. Każdy może być winny i każdy może być niewinny. Jest filmowy suspens, estetyczna prowokacja, dużo naszego rock’n’rolla oraz artystyczna klisza przerysowana by czasem bawić, czasem zachwycić, czasem zastanowić. To wszystko znajdziecie w tej książce. To jest gotowy scenariusz na ponadprzeciętny film o nas ... Czy zatem to dobra książka? Tego nie wiem. Z pewnością jest to książka prawdziwa, warta lektury, warta zamyślenia, warta odczytania, odkrycia meandrów ludzkiej namiętności i ludzkiej kondycji. Zastanawiamy się (po niej) co się z nami stało i dokąd zmierzamy. To bardzo wiele. To chyba wystarczający powód do lektury...

   Niech nas nie odstraszą te antyczne wycieczki. Są wytwornym ornamentem, ale ornamentem potrzebnym. Co więcej, autor próbuje pokazać nam tło greckiej tragedii, która rozegrała się na naszych oczach w medialnej przestrzeni kryzysu ostatnich lat. Kryzysu, który zajął i dotknął całą Europę. Kryzysu, który zapukał do naszych drzwi i nadal stoi gdzieś na zewnątrz gotów tu powrócić, a może i powracający gdzieś niepostrzeżenie od nowa. Autor dobrze go ujął i opisał – w tle majaczy współczesne wychowanie, współczesna pustka mentalna, intelektualna, współczesna choroba ludzkości polegająca na egocentrycznym spojrzeniu na świat i na tegoż świata ujmowanie z perspektyw liberalnego indywidualizmu oraz demokratycznego labiryntu pojęć i wartości. Całokształt jak w klasycznej greckiej tragedii prowadzi do katastrofy. Zbrodnia i kara. A potem może i katharsis – oczyszczenie. Autor bawi się konwencją. Nie ma jednak trzech jedności, nie ma katastrofy, ani oczyszczenia, nie ma deus ex machina. Godot nie przyjechał. Na końcu pozostają same pytania. Pytania bolesne, głębokie, wnikliwe – pytania dla pytań. Może jedynie w nich jest jeszcze jakaś szansa?

   „Dzieci Kaina” w tej optyce to bardzo ważna książka. Znamienne, że wyszła spod pióra Greka. Nikos Panagiotopoulos urodził się w 1963 roku w Chalandri (przedmieścia Aten). Studiował Inżynierię Mechaniczną, jednocześnie angażując się w teatr. Pracował jako redaktor artystyczny (od 1989 do 1992) w gazetach, czasopismach i telewizji. W ostatnich latach, oprócz pisarstwa, zajmował się zawodowo scenopisarstwem. Tworzył scenariusze do seriali telewizyjnych, a od 1995 zajmuje się niemal wyłącznie kinem. Jest aktywnym członkiem Grupy Scenarzystów Greckich oraz wykładowcą na kierunkach filmowych. Jego pierwszy zbiór opowiadań otrzymał Nagrodę im. Marii Ralli dla debiutujących pisarzy. Potem napisał „Dzieci Kaina”.

   Ten życiorys jasno pokazuje, że dziś ważna literatura może tworzyć się na pograniczu sztuk. Ich interferencja jest ożywcza, twórcza i wysoce kreatywna. Nasz świat doznał przecież tej dojmującej transformacji ze świata słowa w świat obrazu i bez szczególnego ujęcia narracyjnego tegoż obrazu dzisiejsza literatura może zdać się martwą. W przypadku Nikosa tak się nie dzieje. Obraz na kartach tej książki wciąż nam towarzyszy. Jest nieodzownym elementem opowiadanej historii, przy czym widzimy go obejrzanymi filmami, własnymi turystycznymi doznaniami, naszą zbuntowaną muzyką, która stała się już klasyką, widzimy też wnętrzem, czyli samym sobą. To dziś wielka sztuka potrafić słowami wytworzyć takie efekty i takie wrażenia. Z pewnością ogromne gratulacje należą się autorowi przekładu – Pani Katarzynie Rowińskiej.

   Jak  możemy podsumować „Dzieci Kaina”? To proste. Ten Grek... Tak, tak napiszę z przekąsem– ten Grek, ten szalony Grek, scenarzysta i filmowiec - miał ambicje napisać nam książkę o nas. W zasadzie mu się to udało. Odsączając greckie realia, (dość miłe, nie powiem), ta historia jest o nas. O naszej Kainowej nierównowadze moralnej, o naszej ponurej tułaczce w codzienności, o naszej karze za ... no właśnie, za co? Za te dwie wojny i za wzniesione potem „żelazne kurtyny”? Za bezkrwawą rewolucję daną darmo, za dzieci kwiaty, które udawaliśmy? Za wolność i tolerancję? Za to, że takim zorganizowaliśmy ten świat? A może za to, że chcieliśmy być tak bardzo normalni, tak wolni, nowocześni i w końcu, na końcu, tak bezwolni, że aż zgubiliśmy wszelkie wyznaczniki i sensy? Nie odpowiem Wam no to pytanie, bo i po co. Chcemy czy nie, my, dzieci Kaina, potrzebujemy jak wody - haustu świeżego powietrza ... o nie – potrzebujemy o wiele więcej, potrzebujemy tym powietrzem wręcz najgłębiej jak to tylko możliwe odetchnąć. Mocno i głęboko.

   I zapewne potrzebujemy też wytchnienia. Od stęchlizny tego świata, który jakoś tak samoistnie ... sam się nam dziś stworzył... aby opowiedzieć nam i straszyć nas, że wszystko już było.

   „Tragicznie zakończyło się dla grupy sześciorga wycieczkowiczów przypadające na miniony długi weekend święto Pięćdziesiątnicy. Christos Dialegmenos, lat 47, spadł do morza z wysokości około stu metrów, gdy wraz z pięciorgiem przyjaciół wracał do wsi Kienurio z miejscowości Milos. Droga, którą obrali, wiodła trudnym do przebycia szlakiem. Pierwsze informacje wskazują na nieszczęśliwy wypadek. Policja rozpoczęła poszukiwania ciała mężczyzny, które, jak sugerują okoliczni mieszkańcy, najprawdopodobniej zostało porwane przez silne prądy morskie charakterystyczne dla tego obszaru. Mężczyzna pozostawił żonę i dwoje dzieci.”

   Dalej następuje kolejny akt dramatu. I kolejny. Następny, i jeszcze jeden. Wracamy trzydzieści lat wcześniej. I jesteśmy tu i teraz. Nigdy nie wiemy – gdzie jesteśmy. Świat też nie wie, gdzie się znalazł. Pozostaje nam czekać. Na Godota. No to idziemy. Chodźmy...

 

Andrzej Walter

 

Nikos Panagiotopoulos „Dzieci Kaina”. Wydawnictwo Książkowe Klimaty, seria Greckie Klimaty, Wrocław 2015. Stron 416. ISBN: 978-83-64887-21-5

– tłumaczenie i przekład: Katarzyna Rowińska

Pin It