Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

 

 

 

Niemczyzna okiem Maxa Frischa

z dziennikaDziwna trochę była moja lektura tego dziennika. W pierwsze stronice wchodzi się mozolnie, chropowato, bez dużej przyjemności czytelniczej, jest w narracji Frischa jakaś szorstkość, zdawkowość, zapiski jakby z użytkowego brulionu, notatnika, wiele wygląda na czysto przypadkowe i bez znaczenia dla postronnego czytelnika, jak choćby uwagi o niemieckim życiu literackim lat 1973/1974. Lektura zdaje się mieć niezbyt ponętny smak, mulisty, nijaki, jakby żuło się tekturę. I oto powoli, trochę niepostrzeżenie, z tego absmaku zaczynają się wyłaniać smaczne drobinki, mulistość przeradza się w smak coraz bardziej wyrafinowany i lekturę kończy się ze smakiem dobrej, szwajcarskiej czekolady w ustach. Dzienniki berlińskie Frischa robią wrażenie kompletnej improwizacji i przypadkowości, ale jak zapewnia autor posłowia Thomas Strassle, powstały jako przemyślana konstrukcja, kompozycja. To co w  nich najsmakowitsze, to cierpki smak niemczyzny podany przez wybitnego niemieckiego (w sensie języka, bo państwowo był Szwajcarem) dramaturga i ciekawego myśliciela. Dostajemy tu fragmentaryczne, ale sugestywne portrety Berlina, Zűrichu, portrety ważnych postaci niemieckiego pisarstwa, jak m.in. Gunter Grass, Jurek Becker, Rolf Biermann, Christa Wolf, Magnus Enzesberger, ciepłe uwagi o Bertoldzie Brechcie i cierpkie o Tomaszu Mannie, olimpijczyku niemieckiej literatury, którego Frisch raczej nie cenił, ujmując rzecz najdelikatniej. Szczególnie unikalne są uwagi na temat Niemieckiej Republiki Demokratycznej, w której Frisch bywał, aby spotykać się z tamtejszymi pisarzami i której klimat intelektualny i ideologiczny opisywał. Do treści zapisków dołączona jest garść objaśnień, niezbędnych postronnemu czytelnikowi do lepszego zrozumienia całości. Słowem - wyborna, esencjonalna lektura, więc warto było przetrwać początkowe lizanie papieru ściernego.

 

Max Frisch – Z dziennika berlińskiego”, Wydawnictwo Czarne, Warszawa 2017, przekł. Małgorzata Łukasiewicz, opracował i  podał do druku Thomas Strassle i Margit Unser, str. 222, ISBN 978-83-8049-564-7

--

 

„Pisać, by tracić życie”

locus„Rozpoczynał się kwiecień, gdy w ów czwartek mój uczony przyjaciel, mistrz Marcjal Canterel zaprosił mnie wraz z kilkorgiem swoich bliskich przyjaciół na zwiedzanie ogromnego parku, który otacza jego piękną willę w Montmorency”.

To pierwsze zdanie powieści „Locus solus” brzmi jak owo słynne, wykpione przez Andre Bretona za Paulem Valery stereotypowe zdanie typowe dla konwencjonalnej powieści: „Markiza wyszła z domu o piątej”. I rzeczywiście, czytając pierwszy akapit powieści Raymonda Roussel „Locus Solus” można na chwilę odnieść złudne wrażenie, że zaczyna się oto jakaś kolejna tradycyjna powieść realistyczna. Podobne wrażenie można odnieść jeszcze przez półtorej strony tej lektury. Jednak już bardzo szybko, trochę jakby niepostrzeżenie materia niby-realistyczna „odlatuje” w eter i wnikamy w świat kompletnej, totalnej fantazji, wyzwolony z jakichkolwiek więzów prawdopodobieństwa. Ona też ma powierzchowne atrybuty quasi-realistycznej narracji, ale tylko w zakresie składni i słownictwa, reszta jest czystą imaginacją i swobodną, alogiczną kreacją wyobraźni, właściwie jakimś rodzajem pre-nadrealizmu. Takie właśnie jest pisarstwo Raymonda Roussel (1877-1933), francuskiego pisarza, dramaturga i poety, którego na polu francuskiej tradycji literackiej można jakimiś nićmi skojarzeń, głównie na polu estetyzacji i subtelności stylu połączyć z Marcelem Proustem czy Huymansem, twórcą „Na wspak”, ale które tak naprawdę było aktem samotniczym i jako człowieka i jako pisarza. Jak zwraca uwagę w posłowiu do „Locus Solus” Andrzej Sosnowski, doktryna pisarska Roussela polegała na totalnym odrzuceniu realizmu, tak aby jego pisarstwo nie miało nic wspólnego z jakąkolwiek rzeczywistością  a nawet z życiowym prawdopodobieństwem.  Roussel odrzucał życie i pisał po to, „aby stracić życie”, żeby je zmarnować. Czy je nienawidził? Może tak, a na pewno się od niego izolował. Podobnie jak w literaturze,  postępował z życiem samym, gdy podróżując w najdalsze egzotyczne krainy, jak Indie czy Chiny, nigdy nie opuszczał hotelowego pokoju. Jego lekceważący, pogardliwy stosunek do życia wyrażał się także w tym, że ilekroć skłaniało go ono by z  niego zaczerpnął, np. dla zrealizowania potrzeby homoseksualnej czy narkotycznej (był nałogowym i wszechstronnym narkomanem) zawsze za to płacił, bo nie chciał być życiu nic winnym, niczego mu zawdzięczać. Redukowane do niezbędnego minimum związki z życiem traktował jak wynik kontraktu. Ten kontrakt prawdopodobnie zakończył z jednostronnej woli, samobójstwem w neapolitańskim hotelu. Jako pisarz (poza swoją najważniejszą powieścią „Locus solus” napisał też m.in. „Impresje z Afryki” i dramat „Słoneczny pył” ) zajmował się też lingwistycznymi eksperymentami, choćby grą homonimów czy homofonów, grą słownych skojarzeń, eliminowaniem fabuły z quasi reporterskiego opisu, euforycznymi sekwencjami zdań i skojarzeń. Wielbił prozę Juliusza Verne, którego uważał swojego mistrza duchowego i za największego geniusza literatury, a o sobie mówił, że „wyobraźnia jest dla niego wszystkim, życie niczym”. Był w pewnym sensie pisarzem wypełniającym modernistyczne hasło „Sztuka dla sztuki” i witkacowski postulat „Czystej Formy”. Był cały, i jako człowiek i jako pisarz ucieleśnieniem literatury „w stanie czystym”. A zatem, miłośnicy literatury, który nie oczekujecie od niej wiedzy, porady, wzruszenia, przygody, opowieści, udziału  czymś, poparcia czegoś czy zaangażowania w cokolwiek, innymi słowy niczego od niej nie oczekujecie poza literaturą samą w jej solipsystycznym akcie tworzenia i lektury, jeśli istniejecie – zapnijcie pasy i lećcie w przestworza antyżycia, imaginacyjną rakietą,  z Raymondem Roussel na pokładzie.

Raymond Roussel – „Locus Solus”, przekł. Anna Wolicka, posłowie Andrzej Sosnowski, wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2017, str. 336, ISBN 978-83

--

 

Kambodża i okolice

Kampucza„Ten tu nazywa się Mouhot. Henri Mouhot. Henryk Nauka. Zacznijmy wszystko od początku. Od jego przyrządów lepidopterologa. Popatrzmy, jak z siatka na motyle zbliża się do lasu i znika w ciemnościach, z których nigdy nie wyjdzie. Mouhot zaginął. (…) Mouhot to nos Kleopatry i teodycea Leibnitza, opowieść o trzepocie skrzydeł motyla, który powoduje katastrofę tysiące kilometrów dalej lub kilkadziesiąt lat później. Gdyby nie Mouhot, Ieng Sary, Ieng Thirith czy Pol Pot nie ujrzeliby zapewne ulicy Saint-Andre-des-Arts. Ciągnąc za sobą wyzysk, podbój, kolonizację i wojnę, ten pokojowo nastawiony naukowiec sprawia, że zderzają się tu Wschód z Zachodem”.

Ten cytat z jednego z rozdziałów opowieści Patricka Deville (rocznik 1957) „Kampucza” kapitalnie ogniskuje tworzywo tego dzieła. Użyję może nieco egzaltowanego określenia, ale ta opowieść mnie zachwyciła, i w sferze formy literackiej i w sferze treści. Co do formy, to zapewne ktoś mógłby zarzucić (ja nie) Deville’owi nadmiar literackiej estetyzacji opisywanego świata, przecież okrutnego. Cóż, autor jest Francuzem, a zatem spadkobiercą tradycji literackich, w których aspekt estetyczny odgrywał i odgrywa wyjątkową rolę. Dla mnie to nie wada, bo dzięki temu przyjemność lektury jest wielka, a walory poznawcze na tym nie tracą. Mój zachwyt nie jest zresztą zaskakujący, jako że „Kampucza” uznana została za najlepszą powieść francuską w ankiecie prestiżowego tygodnika literackiego „Lire” („Czytać”) w 2011 roku. Osią opowieści ( bo w sensie gatunkowym powieścią „Kampucza” nie jest, bliżej jej do reportażu pomieszanego z esejem) jest podróż autora, reporterska właśnie, w górę Mekongu, ku granicy chińskiej, w czasie procesu przywódców Czerwonych Khmerów w Phnom Penh w 2009 roku i w 2010 roku podczas buntu Czerwonych Koszul w Tajlandii. „Kampucza” choć od kambodżańskiego Angkoru i jego posągów, „zjaw w wilgotnych ciemnościach lasu” się zaczyna, tworzy przecież znacznie szerszą panoramę tego regionu świata. Jest tu bowiem i o kolonializmach francuskim i angielskim, wojna w Wietnamie, Laos, Chiny walka Vietkongu Ho Chi Minha z agresją USA i awantura z grabieżą kambodżańskich dzieła sztuki przez młodego Andre Malraux, wybitnego pisarza i intelektualisty, przyszłego ministra kultury w rządzie de Gaulle’a. Są echa dawnych wypraw francuskich w te rejony, jest upadek francuskich Indochin, jest Pol Pot, książę Norodom Sihanouk i generał Lon Nol. Jest też Paryż lat sześćdziesiątych jako intelektualny matecznik przyszłych Czerwonych Khmerów. Bliska przeszłość, prawie teraźniejszość, miesza się z przeszłością, ta dalszą i tą najdalszą, sięgającą chwilami nawet XVII wieku. Jak na Francuza przystało jest też tło literackie, zaznaczone choćby w staromodnych mottach poprzedzających niektóre rozdziały, jak u Waltera Scotta. A pośród tego literackiego tła, poza Malraux, także Graham Greene, Pierre Loti i także, przywołany m.in. w motcie z „Lorda Jima” i w odniesieniu do „Jadra ciemności”, (nasz ? - trochę jednak i nasz) Joseph Conrad, Korzeniowski bądź co bądź. Do tego nuta mrocznej poetyczności.

Sam Deville to pisarz francuski, który znaczącą część swojego dotychczasowego życia spędził poza Francją, głównie w Afryce, ale także w Ameryce Południowej i Środkowej. Absolwent wydziału literatury i filozofii Uniwersytetu w Nantes nazywany bywa erudytą o duszy poety. To już czwarta znakomita decyzja wydawnictwa Noir sur Blanc, którego nakładem, przed „Kampuczą” ukazały się trzy wcześniejsze o-powieści Deville’a. Jeszcze jeden miałem pożytek czy przyjemność z tej lektury. W jednym zdaniu autor przywołuje „W 80 dni dookoła świata” Juliusza Verne. Otóż to. Opowieść Deville’a obudziła we mnie reminiscencje dziecięcych i młodzieńczych lektur, Verne’a właśnie, ale też Sienkiewicza (przywołanie postaci generała Gordona wymienionego we „W pustyni i w puszczy”), Stevensona, Kiplinga („Księga dżungli”) i wielu innych. Kapitalny koktajl znakomitego stylu, wielkiej erudycji, ogromnej wrażliwości i spostrzegawczości i mrocznej poetyczności. Wielka literatura. Nie tylko francuska.

Patrick Deville – „Kampucza”, przekł. Jan Maria Kłoczowski,  wyd. Noir sur Blanc, Warszawa 2017, str. 221,  ISBN 978-83-65613-30-1

--

 

Widelec we francuskim gardle

jarzmo wielkosciNo i znów trochę Francji, ale w innym kontekście tematycznym. Obraz dzisiejszej Francji uginającej się pod ciężkimi kłopotami i coraz mniej słodkiej, jakże kontrastuje z dawnym obrazem „la douce France” („słodkiej Francji”). Autorzy zbioru „Jarzmo wielkości Francji” cytują słowa de Gaulle’a: „Moja emocjonalna strona ma tendencję do wyobrażania sobie Francji jako księżniczki w bajce lub Madonny na freskach, mającej podniosłe i wyjątkowe przeznaczenie, że Opatrzność stworzyła ją albo do pełnego sukcesu, albo przykładowych nieszczęść. Jeśli mimo to w jej działaniach przejawia się przeciętność, uderza mnie absurdalna anomalia. Pozytywna strona mojego intelektu upewnia mnie jednak, że Francja nie jest sobą, dopóki nie znajduje się w pierwszym szeregu”. Z tego nieuchronnie wynika, że Francja już nie będzie sobą. Czegoż jednak można się spodziewać, skoro Emmanuel Macron, wychowanek prestiżowego humanistycznego paryskiego Liceum Henryka IV i nauczycielki literatury francuskiej w tej szkole, powiedział wkrótce po tegorocznym majowym wyborze, że nie istnieje nic takiego, jak kultura francuska. Autorzy wywiadów, Agaton Koziński i Marcin Darmas nie kryją swojego krytycznego i niechętnego stosunku do współczesnej Francji, który ma źródło w ich prawicowo-konserwatywnych poglądach z jednej strony i w ich niechęci do tradycyjnego, laickiego progresywizmu Francji, jej twardej świeckości, sceptycyzmu w stosunku do religii. W tych zresztą cechach Francji upatrują części przyczyn obecnych kłopotów Francji. Widzą ją jako kraj, który wyrzekłszy się chrześcijańskiego dziedzictwa „najstarszej córy Kościoła” brnie nieuchronnie w poddaństwo wobec islamu stającego się we Francji coraz potężniejszą siłą. „Uległość” Michela Houellebecqa, „Samobójstwo francuskie” Erica Zemmoura, „Zarzynany kraj” Nataszy Polony, „Smutna tożsamość” Alaina Finkelkrauta, „Dekadencja” Michela Onfraya czy „Czasy kapitulacji” Chantal Delsol,  ten pakiet książek opisujących „wielką smutę” współczesnej Francji przywołują autorzy jako dodatkowy znak legitymizacji ich poglądów i diagnoz. Z tego wizerunku wyziera rzeczywistość społeczeństwa, które z tradycyjnej roli wcielenia hedonizmu i radości życia stało się synonimem społeczeństwa depresyjnego. Zgodnie z regułą Hitchcocka, że dobry thriller zaczyna się od wybuchu bomby atomowej, a potem napięcie stale rośnie, w pierwszym wywiadzie, z Pascalem Brucknerem powiada on, że warunkiem przeżycia Francji jest to, by „odzyskać kontrolę nad całym terytorium Francji, bo dziś są całe dzielnice zdominowane przez muzułmanów. To właściwie ostatni moment. Naprawdę obawiam się, że Francja stoi na krawędzi wojny domowej”. I dodaje: „Uważam, że policja i wojsko muszą odbić każdą francuską dzielnicę, w której dziś dominują muzułmanie”. W takim razie, także na podstawie własnych obserwacji francuskich na miejscu uważam, że Francja jest stracona, bo sformułowane przez Brucknera postulaty nie są możliwe do spełnienia nie tylko z powodów demograficznych, ale przede wszystkim filozoficznych, mentalnych, psychologicznych, społecznych i w końcu politycznych. We Francji nie ma siły, która mogłaby uruchomić taką logikę samoobrony przed islamizacją. Jest na to za późno, bo masa krytyczna ludności muzułmańskiej przekroczyła czerwoną linię bezpieczeństwa-niebezpieczeństwa. Z dwudziestu wywiadów z francuskimi intelektualistami, z dodatkiem jednego intelektualisty-artysty polsko-francuskiego, Andrzeja Żuławskiego, które składają  się na tę książkę, wyłania się obraz owładniętej kryzysem Unii Europejskiej i owładniętej kryzysem Francji, przy czym wydaje się nawet, że kryzys tej drugiej jest znacznie trudniejszy do przezwyciężenia. Nie jest to obraz spójny, lecz migotliwa mozaika różnych, często sprzecznych poglądów. I tak Chantal Delsol krytykuje centralizm państwa francuskiego i jego nadmiernie opiekuńcze cechy pozbawiające ludzi instynktu samozachowawczego. Rozmowy składające się na blok „Islam i zamachy terrorystyczne” pozostawiają wrażenie bezradności Francji wobec narastającej islamizacji. Jednak tylko jeden rozmówca, Pierre Manent nieśmiało wychodzi naprzeciw sugestiom polskiego interlokutora, że głównym źródłem dramatu Francji jest jej odwrócenie się od dziedzictwa chrześcijańskiego. Także Manent dobitnie uzmysławia, że „Les Trente Glorieuses” czyli 30 wspaniałych lat prosperity i dobrobytu Zachodu lat - mniej więcej i umownie ujętych - 1960-1995, to już tylko zamknięta historyczna epoka. Nawiązując do kwestii muzułmańskiej we Francji, Manent zwraca uwagę na rosnące wpływy finansowe krajów Zatoki Perskiej we Francji i wprost proporcjonalną utratę tych wpływów przez rdzenną Francję, także w prestiżowych instytucjach francuskiej nauki i kultury, takich jak Luwr czy Sorbona. O prezydencie Emmanuelu Macronie w tych rozmowach mówi się mało i sprawia to wrażenie braku wiary w szanse na odegranie przez niego opatrznościowej roli i tylko Georges Mink ma trochę wiary w niego, bardziej jednak konwencjonalnej niż szczerej. Mink wyraża też wiarę w odbudowanie dobrych relacji Francji z Polską, a stan obecny określa jako „widelec tkwiący we francuskim gardle”. Najmocniejsze kwestie padają jednak w wywiadach tworzących podrozdziały z bloków „Islam i zamachy terrorystyczne” i „Charlie Hebdo”. Generalnie jednak można z nich wywieść wrażenie, że francuscy intelektualiści nie mają recepty na rozwiązanie tej kwestii i też żaden z nich nie wskazuję na tę receptę, którą podsuwa Pascal Bruckner. Podrozdział „Intelektualiści” odbiega od francuskiego leitmotiwu, ale najbardziej nasycony jest konfrontacyjnym stylem narzucanym przez polskich dziennikarzy katolickich niektórym rozmówcom reprezentującym francuski laicyzm i progresywizm. Momentami „nasi wysłannicy w Paryżu” bywają bardzo obcesowi i agresywni w obronie swoich „wartości”. I nawet sam tytuł podrozdziału jest wyraźnym nawiązaniem do słynnych „Intelektualistów” Paula Johnsona, który jako pierwszy dał, przed ponad dwiema dekadami, hasło do uznania intelektualistów za głównych winowajców największych nieszczęść XX wieku. Ostatni podrozdział. Blok „Wschód”, poświęcony jest, z jednej strony diagnozie i konstatacji nieuchronnego historycznego triumfu Chin, krytyce i obronie Polski jako kraju idącego ku Rosji Putina, ale też i Rosji jako „papierowego tygrysa”. Ktoś określił kiedyś Francję sarkastycznie jako „ZSRR, któremu się udało”. Już dziś widać, że Francji nie uda się udźwignąć jarzma własnej wielkości. Czy uda się jej wyjąć widelec ze swojego gardła i ocalić głowę? Z tego zbioru nie wyłania się spójny, syntetyczny obraz kluczowych problemów epoki. Jest natomiast bogata, różnorodna paleta rozmaitych poglądów, pośród których każdy może znaleźć coś przekonującego dla siebie albo coś wbrew swojemu przekonaniu. Rekomenduję tę lekturę z przekonaniem.

Marcin Darmas, Agaton Koziński – „Jarzmo wielkości Francji”, wyd. Dialog, Warszawa 2017, str. 219, ISBN 978-83-8002-712-1

--

 

 Stanisławowska Warszawa malarzy. Nie tylko Bacciarelli i Canaletto

malarze w warszawieNie dziwię się autorce tej monografii, Aleksandrze Bernatowicz, że zawodowo zajęła się epoką stanisławowską, a w szczególności jej wymiarem kulturowo-artystycznym. Czasy schyłku Rzeczypospolitej, okres panowania króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, owo babie lato kończącej się siedemsetletniej wtedy Polski monarchicznej, przy całym swoim tragizmie z punktu widzenia losów państwa, były jednocześnie czasami rozkwitu kulturowego, którego wyrazem emblematycznym, nie jedynym, acz głównym, była właśnie działalność „Króla Stasia” - jego mecenat, jego Łazienki z ich klasycystyczną architekturą, „obiady czwartkowe” czy działalność licznych artystów malarzy, także obcego pochodzenia, tworzących nad Wisłą pod światłym i troskliwym królewskim spojrzeniem. O ile jednak o niektórych artystach i ich dziełach - głównie jednak o gronie najbardziej znanych z Marcello Bacciarellim i Bernardem Belotto Canaletto na czele - można sporo dowiedzieć się z licznych publikacji, od podręcznikowych i leksykonowych począwszy a na monografiach w rodzaju „Stanisław August i jego czasy” Andrzeja Zahorskiego czy „Stanisław August” Stanisława Cata Mackiewicza,  a także licznych pracach Jerzego łojka, m.in. o Konstytucji 3 Maja skończywszy, a dzieła same obejrzeć w polskich galeriach muzealnych, choćby w łazienkowskim Pałacu na Wodzie, o tyle gdy o  mnie chodzi, nigdy dotąd nie natknąłem się na publikację, która podejmowałaby temat kulis kulturowych, społecznych i ekonomicznych świata malarzy Warszawy czasów Stanisława Augusta, a przy tym tak szczegółowo i rozlegle zarazem, jak to uczyniła Aleksandra Bernatowicz w swojej obszernej pracy. A ukazuje ona w niej ten świat niejako od początków do fazy finalnej: od licznych form edukacji artystów, poprzez ich kondycję społeczną i pochodzenie narodowe, modele ich karier, dochody, majątki, „warsztat zawodowy”, ich rolę w „wizualizacji idei narodu”, postawę wobec wydarzeń politycznych, społecznych i militarnych. Ten oparty na bogatym materiale źródłowym opis wzbogacony jest o garść aneksów zawierających niektóre dokumenty, ilustrujące część ukazanych zjawisk. Tę pasjonującą lekturę wzbogacają i umilają estetycznie liczne reprodukcje dzieł niektórych jej bohaterów. Ale już sam tylko odautorski wstęp, generalnie pozycjonujący podstawowe pola tematyczne, od liczbowych i organizacyjnych począwszy, warszawskiego monde’u malarskiego jest prawdziwą kopalnią pasjonującej wiedzy, uzmysławiającą jak rozległy i frapujący jest to temat. Gorąco polecam tę lekturę, zwłaszcza, choć nie tylko, miłośnikom sztuki i historii polskiego Oświecenia i rządów ostatniego króla Polski.

Aleksandra Bernatowicz – „Malarze w warszawie czasów Stanisława Augusta. Status-Aspiracje-Twórczość”, wyd. Instytut Sztuki PAN, Warszawa 2016, str. 548, ISBN 978-83-65630-02-5

--

 

Prababka Stefania czyli przyspieszony rytm epok

bilety do nowoczesnosciMagdalena Gawin tematyką swoich wybornych esejów utrafiła dokładnie w jedną z moich największych pasji – w zagadnienie doświadczenia nowoczesnego człowieka, który w ciągu swojego nie aż tak przecież długiego zazwyczaj życia przeżywa nawet kilka historycznych i kulturowych epok. Nowoczesnego – w wiekach przednowoczesnych tempo przemian było znacznie wolniejsze. We wstępie eseistka sprecyzowała pojęcie nowoczesności. To nie jest tak, że tylko nasza epoka jest nowoczesna. Każda epoka, także starożytna Grecja i Rzym też były w stosunku do wcześniejszych epok nowoczesne, a już supernowoczesny Paryż Balzaca i Waltera Benjamina był wręcz kwintesencją nowoczesności. Rzecz w tym, że dopiero tak naprawdę na przełomie XIX i XX wieku ruszyło z kopyta owo tempo przemian właściwe naszym czasom. Starożytny patrycjusz rzymski i współczesny mu rzymski plebejusz rodzili się i umierali  w zasadzie w takim samym świecie, w którym się rodzili i w którym przemiana następowała w tempie niezauważalnym dla ludzkiego oka i umysłu. Przywołany przez Magdalenę Gawin mieszkaniec Warszawy urodzony u schyłku lat osiemdziesiątych XIX wieku, gdy po Warszawie można było jeździć wyłącznie dorożką, dożywał PRL-owskiej starości lat sześćdziesiątych już przed telewizorem, z odkurzaczem i lodówką, a na ulicy mógł doświadczać całkiem sporego już ruchu samochodowego robionego głównie przez  syreny, moskwicze i warszawy. Sam miałem podobne doświadczenie. Dopiero gdy miałem 11 lat, zmarła  moja prababka Stefania po mężu Bielińska, dobrze mi znana z licznych u niej odwiedzin, choć zamieniłem z nią zaledwie kilka zdań i zapamiętałem jako „zmurszałą” staruszkę. Urodziła się ona w roku 1878 i dopiero po wielu latach uzmysłowiłem sobie, że był to rok, w którym zaczyna się akcja „Lalki” Bolesława Prusa, i że prababka którą znałem urodziła się 14 lat po Powstaniu Styczniowym, 22 lata po śmierci Adama Mickiewicza i w roku śmierci Andrzeja Towiańskiego, 41 lat po śmierci ostatniego żyjącego członka robespierre’owskiego Komitetu Ocalenia Publicznego Bertranda Barere i 48 lat po wybuchu Powstania Listopadowego, była rówieśniczką Stanisława Brzozowskiego i była tylko o 8 lat młodsza od Lenina. Prababka Stefania swojej konfrontacji z nowoczesnością etapu PRL  nie zniosła bezkolizyjnie, bo nie mogłem jej przekonać, że Władysław Gomułka, którego przemowę z Sali Kongresowej Pałacu Kultury w Warszawie transmitowała w 1967 roku ówczesna telewizja, nie chowa się w niewielkiej skrzynce nadajnika „Stadion” produkcji Niemieckiej Republiki Demokratycznej i na tyłach tej skrzynki lub nawet w jej wnętrzu usiłowała go zdybać. Czyż to nie znakomity w swej rozczulającej groteskowości przykład na tempo przemian, któremu niektórzy „nie dawali rady” nawet na poziomie czystej techniki? Casus mojej babki uświadomił mi po latach. Jednak to nie nostalgia powodowała Magdaleną Gawin. Dokonuje ona próby intelektualnej rekonstrukcji procesu tych przemian, owej konfrontacji człowieka z mijającymi epokami i z ich atrybutami. Gawin bada pod tym względem i wiek XIX, który był szybkim już wiekiem pary i elektryczności, jak mówi w „Lalce” pani Wąsowska do Wokulskiego i czas PRL, którego osobliwość polegała na tym, że w zniszczonym wojną kraju, formowanym w oparciu o marksistowską ideologię rekonstruowano świat rzeczy i pojęć sprzed wojny, m.in. z chęci odratowania ciągłości i przeciwstawienia się uniformizującej ideologii. Stąd np. w PRL z siermiężnym realizmem socjalistycznym codzienności sąsiadowały tego rodzaju sentymentalne „rekonstrukcje” przeszłości jak Kabaret Starszych Panow, moda na „przedwojenną elegancję i szyk” oraz inne „wytworne formy bytu”. Forsowany przez władzę bohater pracy socjalistycznej przegrywał z wzorcem eleganckiego mężczyzny na jachcie z „Noża w wodzie” Romana Polańskiego, a estetyka jazzu, tajemnicze zachodnie auta i klimat „Złego” Leopolda Tyrmanda wygrywały w społecznej wyobraźni z estetyką i patosem wielkich budów socjalizmu, traktorami orającymi wiosnę oraz tradycjami ruchu robotniczego. I przecież nie chodziło tylko o zwykłe formy materialne, o habitus codzienności, ale przede wszystkim o ludzką świadomość, która pośród natłoku i gęstości zdarzeń, pośród lawiny przemian intensywnie pracowała aby poradzić sobie z otaczającą rzeczywistością. I właśnie o tym niezwykłym świadomościowym slalomie w czasie i przestrzeni opowiadają znakomite eseje Magdaleny Gawin. Przewyborna, przepyszna lektura. 

 Magdalena Gawin – „Bilet do nowoczesności. O kulturze polskiej XIX i XX wieku”, wyd. Teologia Polityczna, Warszawa 2014, str. 237, ISBN 978-83-62884-76-6

--

 

Jason Bourne leży nad Wisłą

polska jakoNakładem tej samej „Teologii Politycznej” ukazał się nie mniej wyborny zbiór esejów Dariusza Karłowicza. Ten autor z kolei za metaforę Polski i jej doświadczenia przyjął popularnego bohatera filmowej popkultury, Jasona Bourne’a. Przypomnijmy, że tytułowy Jason Bourne grany przez Matta Damona ma tożsamość, ale stracił pamięć o niej i podejmuje walkę o jej odzyskanie w oparciu o bardzo blade ślady i poszlaki. Zdaniem Karłowicza w takiej sytuacji Polska znalazła się w 1989 roku i od tego czasu (dodam od siebie, że zataczając się od ściany do ściany) szuka tej swojej zagubionej tożsamości, próbując znaleźć najbardziej odpowiadającą jej formę polskiego bytu i stylu bycia. I tak jak Bourne, choć nie pamięta swojej tożsamości, to wyraża ją w swoich nieuświadomionych nawykach odruchach, odczuciach fantomowych. W 1989 roku Polacy objawili się niczym spadkobiercy „Solidarności” i sierpnia 1980 roku, ale już wkrótce przemodelowali się na sieroty po PRL oddając dwukrotnie władzę Sojuszowi Lewicy Demokratycznej, by po jakimś czasie odnaleźć w sobie naprzemiennie to impulsy liberalno-wolnościowe już to patriotyczno-nacjonalistyczno-katolickie. I tak to poszukiwanie tożsamości przez Polskę-Bourne’a trwa nadal, a na obecnym etapie zatrzymało się w sektorze stężonego, emocjonalnego, tyrtejskiego patriotyzmu. W tym poszukiwaniu Polska ma trudności ze zdecydowaniem się kim chce być, czy nowoczesną, „wybierającą przyszłość”, czy pogrążoną w chmurach historycznych już to cierpień, już to przewag narodowych, czy najważniejsza jest dla niej ciepła woda w kranie czy „tylko pod tym krzyżem, tylko pod tym znakiem” i „wstawanie z kolan”. Karłowicz temu poszukiwaniu tożsamości i odzyskiwaniu pamięci i wybieraniu właściwej formy przez Polskę-Bourne’a uważnie się przygląda i wyciąga z nich wnioski jeśli nie zawsze takie, z jakimi się zgadzam, to zawsze uczone i w błyskotliwym stylu.

Dariusz Karłowicz – „Polska jako Jason Bourne”, wyd. Teologia Polityczna, Warszawa 2017, str.323, ISBN 978-83-62884-37-7

--

 

Neoendek rozlicza JP (ale nie II)

zlowrogi cien marszalkaJak na zdeklarowanego, a do tego genetycznego endeka przystało Rafał Ziemkiewicz nie lubi Józefa Piłsudskiego. Wiadomo: w Polsce przez dziesięciolecia trwał pojedynek na trumny Marszałka i Pana Romana. Może i nawet, w postaci resztówkowej i schyłkowej, epigońskiej trwa nadal. A że w Polsce postać Marszałka jest na ogół otoczona sympatią i podziwem, a nawet obłokiem mitu, więc Ziemkiewicz postanowił się z mitem rozliczyć. W swojej opowieści Ziemkiewicz ukazuje rozmaite meandry życia Piłsudskiego i jego działalności niepodległościowej oraz politycznej, a czyni to ciekawie, potoczyście, dobrze się to czyta. Co prawda historycy wytykają mu brak kompetencji naukowych, w związku z tym mniejsze czy większe błędy faktograficzne oraz interpretacyjne, ale że i ja zawodowym historykiem-specjalistą nie jestem, więc zainteresowanych tym, gdzie i w czym Ziemkiewicz się pomylił do historyków odsyłam. Przechodzę natomiast do clou ideowej, polityko historycznej wymowy książki czyli do jej głównej krytycznej tezy w odniesieniu do JP. Otóż Ziemkiewicz zarzuca Komendantowi, że rzucił potężny, dyktatorski, nietzscheański, potężny cień na najcenniejszy atrybut Polaków jako narodu, na ich republikanizm, na ich zdolność do wspólnotowego kształtowania polskiego losu. Swoim despotyzmem, swoim kalibrem ciężarem, wodzostwem, megalomanią, Piłsudski zdaniem Ziemkiewicz Polaków „zwałaszył” (określenie moje) wyrabiając w nich zgubny nawyk szukania wodza, który stanąłby na ich czele. I że to Piłsudski jest praprzyczyną polskiej niesprawności państwowej, prywaty i bezkarności politycznych sitw, plemienności i kłótliwości w życiu politycznym oraz ich imposybilizmu. Hm, teza to dyskusyjna, bo z licznych lektur dotyczących dziejów,  w tym choćby „Rzeczpospolitej Obojga Narodów” Pawła Jasienicy czy dzieł takich klasyków myśli historycznej jak krakowscy „stańczycy” z Bobrowskim i Szujskim, a także z eseistyki publicystyczno-historycznej Cata Mackiewicza na czele wynika, że wspomniane cechy Polacy, Sarmaci przejawiali już w XVII wieku, o XVIII nawet nie wspominając. Dlaczego akurat Piłsudski miałby być temu winny? A poza tym bronię Marszałka z życiorysowego obowiązku, jako wnuk Teofila, odznaczonego przez tegoż w 1919 roku Krzyżem Legionowym, co potwierdza podpis Komendanta (może faksymile?) złożony na dyplomie przyznania odznaczenia, obok podpisu Józefa Becka. Drugie odznaczenie, Krzyż POW, dostał dziadek od pułkownika Adama Koca i generała Rydza-Śmigłego, co potwierdzają i ich podpisy. Niech mi więc Ziemkiewicz nie ma za złe, że bronię honoru Komendanta, jak na wnuka Legionisty i Peowiaka przystało.  Mimo dyskusyjności tej tezy „Złowrogi cień Marszałka” czyta się dobrze, nie tylko dlatego, że dobrze zarysowany, ale także dlatego, że pokazuje polskiego bohatera narodowego obrazoburczo i przekornie.

Rafał Ziemkiewicz – „Złowrogi cień marszałka”, wyd. Fabryka Słów, Lublin 2017, str. 443, 978-83-7964-140-6

--

 

Wyspiański – „Ecce homo”

wyspianski dopoki starczy zyciaO ile czegoś nie przegapiłem, to biograficzny portret Stanisława Wyspiańskiego autorstwa Moniki Śliwińskiej jest pierwszą tej skali syntezą życia i twórczości Czwartego Wieszcza, jak go niektórzy określali, od czasu ukazania się syntez Wojciecha Natansona i Alicji Okońskiej, czyli od lat 70-tych. Rzuciłem się do lektury, bo od czasu, gdy w styczniu 1973 roku obejrzałem w kinie „Wesele” w reżyserii Andrzeja Wajdy, jest to dla mnie pisarz arcyważny i ilekroć jestem w Krakowie, zawsze o jakiś akcencie z nim (Wyspianskim) związanym pamiętam. Aliści można zapytać, czy tak bogatej bibliografii poświęconej Wyspiańskiemu był jeszcze sens zbierania tego wszystkiego w kolejną edycję. Otóż warto i to bardzo, a portret monograficzny Śliwińskiej mnie do tego przekonał.  Po pierwsze, jako się rzekło, praca Śliwińskiej, choć nie jest klasyczną biografią ani historyczno-literacką analizą twórczości Wyspiańskiego,  jest cenną, syntetyczną sylwetką, a zebrane przez autorkę materiały źródłowe zostały pokazane w nowoczesnym ujęciu, z uwzględnieniem współczesnej wrażliwości czytelniczej. Z powrotami do badania  „klasycznych” autorów jest jak z destylacją whisky - każda kolejna czyni ją coraz bardziej szlachetną i klarowną. Ujęty w trzech dużych częściach („Barwa”, „Światło”, „Mrok”) postać Wyspiańskiego jawi się przede wszystkim, na pierwszym planie jako człowiek, cierpiący, kochający, tworzący, a dopiero na planie drugim jako artysta. A to w przypadku tego akurat twórcy jest szczególnie uzasadnione, bo przyjmowanie jego twórczości, tak bardzo osobiście przeżytej, przecierpianej, wyrywanej z trzewi, byłoby dalece redukujące. Cel, jakim było pokazanie Wyspiańskiego z towarzyszącymi mu w tle słowami „Ecce homo” osiągnęła Monika Śliwińska z dużą klasą.

Monika Śliwińska – „Wyspiański. Dopóki starczy życia”, wyd. Iskry, Warszawa 2017, str. 514, ISBN 978-83-244-0487-2

--

 

Od Atamana łobody do Senor Lobo

poeta wobecUrodzony w Lublinie w 1909 roku Józef Łobodowski ukształtował swój talent poetycki w kręgu grupki lubelskiej awangardy poetyckiej skupionej wokół Józefa Czechowicza w latach trzydziestych. W Lublinie też ukończył Liceum im. Jana Zamoyskiego oraz KUL. Los wojenny rzucił go w końcu do Madrytu, gdzie pracował w tamtejszym radiu emigracyjnym („Tu radio Madryt”). Obok działalności poetyckiej zajmował się też krytyką i publicystyką literacką, publikując obficie m.in. na łamach paryskiej „Kultury”. W serii „W kręgu paryskiej kultury” ukazał się zbiór jego szkiców poświęconych główni zagadnieniom poetyckim, w tematycznych głównie ukraińskich kontekstach, które były tematyczna osią zainteresowań Łobodowskiego, także jako poety (m.in. tom poetycki „Złota Hramota”. Kapitalny zasób wiedzy o tej tematyce i prawdziwe świadectwo erudycji autora.

Józef Łobodowski – „Poeta wobec sejsmicznych ruchów historii”, wybór, opracowanie i posłowie Hałyna Dubyk, wyd. Instytut Literacki Kultura-Instytut Książki, Paryż-Kraków 2101, str. 318, ISBN 978-83-61005-53-7

--

 

 

 

Ksiądz, który żył Witkacym

powiernik witkacegoNiewykluczone, że to on był prototypem postaci księdza Wyprztyka z „Pożegnania jesieni”. Ksiądz Henryk Kazimierowicz (1896-1942), przyjaciel Witkacego. Jeden z jego znajomych tak wspominał odwiedziny u księdza w latach trzydziestych. „Mały niepozorny, twarz bardzo zeszpecona ospą, nieogolona od paru dni, rogowe okulary, sutanna jak toga studenta w Cambridge, rękawy w strzępach, dół we frędzlach”. Potem następował opis mieszkania księdza, prawdziwej kwatery dziwaka abnegata, który także nosił się ekstrawagancko, ale tylko z niedbałości o strój („gdy ksiądz dowiedział się, że przeczytałem „Pragmatystów” i wiem, kto to Freud, lody pękły…”). (…) „wystawił w zorganizowanym przez siebie teatrze parafialnym „Wariata i zakonnicę” (to nie bajka)”. Sztuki Witkacego wystawiał zresztą w różnych parafiach kompletując obsadę spośród miejscowych parafian. Jako uczony wymyślił określenie „religioznawstwo” i poświęcił liczne prace psychologii religii, w ujęciu psychoanalitycznym. Mimo to jego nazwisko jest do dziś pomijane w konfesyjnej literaturze naukowej poświęconej psychologii religii, a także w bibliografiach. Regularnie pisał do ortodoksyjnie katolickiego pisma „Pro Christo”, a jednocześnie myślał o modernizacji prasy katolickiej, marzył o katolickim „Nożu w bżuchu”. „Był niewątpliwie  człowiekiem wybitnym, tak jak Witkacy – geniuszem zawczesnym”. Księga „Powiernik Witkacego” składa się z dwóch części - opowieści o życiu i myśli księdza oraz z wyboru jego pism, imponujących rozległością tematyki, siłą myślenia i erudycją. Księga pasjonująca.

„Powiernik Witkacego. Pisma rozproszone ks. Henryka Kazimierowicza”, zbiór i wstęp Przemysław Pawlak, wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2017, str. 486, ISBN 978-83-64822-84-1

--

 

Pasażer „Transatlantyku” czyli wice-Gombrowicz

turysci z bocianich gniazdGombrowicz czyni o nim wzmiankę na pierwszej stronie „Transatlantyku”: „Ze mną Czesław Straszewicz, towarzysz mój, kajutę dzielił, bo obaj jako literatki żal się Boże mało co opierzone na tę pierwszą nowego okrętu podróż zaproszeni zostaliśmy (…)”. Czesław Straszewicz (1904-1963) zadebiutował kilkoma powieściami u schyłku lat trzydziestych: „Gromami z jasnego nieba” (1936), „Litością” oraz „Przeklętą Wenecją”, obiema z 1939 roku, tuż sprzed Katastrofy. I takie też były te powieści, katastroficzne, zgodnie z nastrojem epoki (przyznam, że żadnej z ich nie czytałem, więc podaję to z drugiej ręki, ale przeczytać zamierzam, bo ponowna już lektura „Turystów z bocianich gniazd” (1953) utwierdziła mnie w opinii, że Straszewicz, to pisarz wyborny, choć niektórzy na emigracji przesadzali pewnie dość mocno, że lepszy od Gombrowicza – nie lepszy, inny). Był też Straszewicz przed wojną młodym publicystą umiarkowanej, państwowotwórczej prawicy i współpracował z „Polityką” Jerzego Giedroycia, bywając często w redakcji przy Długiej 25 czyli był poniekąd „giedroyczykiem”. Nic też dziwnego, że na emigracji to Giedroyc wyciągnął go z pisarskiego niebytu i pisać do swojej „Kultury” niemal mu po wojskowemu rozkazał.

Ujmując rzecz najogólniej, „Turyści” podejmują pokrewną problematykę temu, o czym gombrowiczowski „Transatlantyk”, czyli problemat polskości, jej uwikłania, jej sens niewolniczy i zwodniczy, jej śmieszność, ale i jej zatruty, pociągający czar. Można w pewnym uproszczeniu rzec, że „Turyści” to Transatlantyk light, bez jego chłodnego, rezonerskiego, doktrynerskiego tonu, bez jego pychy („Na toż ja, Gombrowicz…”), bardziej ludzki, bardziej rodzajowy i realistyczny, nie tak chłodny w stosunku do ludzi, ba ciepły i poczciwy w swej nieco sarmacko-szlacheckiej satyrze. Jest to też przebogaty obraz zagadnień emigracji powojennej, jej kompleksów, uwikłań, śmieszności, paradoksów, nie pozbawiony przy tym cech powieści przygodowej, nawet awanturniczej, czegoś pośredniego między krytycyzmem i satyrą a la Gombro a gawędą szlachecką w typie „Pamiątek Soplicy” Henryka Rzewuskiego. Do tego dochodzą dwa cenne bonusy: jeden w postaci świetnego wstępu, który wyjaśnia tło historyczne i literackie wokół Straszewicza, więc mamy w komplecie: przyjemność z lektury prozaika i kontekstową wiedzę od autora wstępu, a drugi to esej z 1952 roku „Pióra w ukropie, czyli strach nami rządzi”. W całości lektura przewyborna.

Czesław Straszewicz – „Turyści z bocianich gniazd”, wstęp Andrzej Stanisław Kowalczyk, wyd. Instytut Literacki „Kultura”, Instytut Książki, Warszawa-Paryż 2016, str. 261, ISBN 978-83-61005-41-4

--

 

Powrót Golema

golem lowres„Dramat w ośmiu obrazach” – „Golem” należy czytać w intelektualnym dublecie ze wstępnym esejem „Golem-„symbol duszy” Laury Quercioli Mincer, profesorki literatury polskiej na uniwersytecie w Genui. Nie będę udawał, że jestem znawcą tego fascynującego motywu europejskiej kultury, acz przecież natykałem się na niego przez dziesięciolecia wielokrotnie, choćby przy okazji lektury powieści Gustawa Meyrinka „Golem” i oglądania ekspresjonistycznego filmu niemieckiego z 1920 roku Paula Wegenera a także reminiscencji motywu  w „Golemie” Piotra Szulkina. Dlatego posłużę się rekomendacją sformułowaną przez edytora: „Gliniany bałwan zwany Golemem, stworzony do służby ludziom i powołany do życia przez średniowiecznych rabinów, przechodził liczne metamorfozy. Z mitologicznej tradycji przekształcił się w symbol ludzkiej potrzeby kontrolowania otaczającego świata; w Golemie jako symbolu zawarta jest także bolesna samoświadomość istoty stworzonej (…) Golem jest symbolem zarówno mitycznej przeszłości, jak i zdominowanego przez technologię współczesnego (i przyszłego) świata, symbolem konstruktywnego i destruktywnego aspektu ludzkiego działania oraz dylematu związanego z użyciem siły”. (…) Golem ma też, jak „inne żydowskie symbole, aspekt lokalny, jako narzędzie obrony Żydów przed atakami antysemitów”. Przypomnijmy, że „lokalny” oznacza także usytuowanie pierwotnej historii Golema w Pradze czeskiej.

Wydany przez Sic! dramat H. Lejwika pochodzi z 1921 roku i jest jedną z wielu, a jednocześnie jedną z najważniejszych artystycznych mutacji motywu Golema. Lektura znakomita i mroczna, zarówno ze względu na treść jak i estetykę.

  1. Lejwik – „Golem”, przekł. Olka Mincera, wyd. Sic!, Warszawa 2017, str. 297

--

 

Deleuze czyta Nietzschego

Nietzsche oficynaW tej niewielkiej książeczce wybitny myśliciel XX wieku, Gilles Deleuze (1925-1995) jeden z wielkich guru postmodernizmu (obok np. Francois Lyotarda) czyta wielkiego myśliciela i ciemnego proroka XX wieku, zmarłego na samym jego progu, inicjatora modernizmu, Friedricha Nietzsche (1844-1900). Deleuze urodził się ćwierć wieku po śmierci Nietzschego, a zmarł śmiercią samobójczą 95 lat po jego śmierci. W istocie dzieli ich wiek, prawie stulecie. Pierwszy dokonał rewolucyjnego wyłomu w dotychczasowej tradycji i modusie myśli ludzkiej, kładąc podwaliny pod nowoczesność. Drugi skonfrontował się ze światem, który Nietzsche wyprorokował, ale i po części poniekąd stworzył. To dlatego proces czytania i myślenia Deleuze’a o Nietzschem jest tak fascynujący dla każdego, komu bliska jest współczesna filozofia. I dlatego też, zanim zarekomenduję ten znakomity esej, zrobię coś czego właściwie nie powinienem w tym miejscu czynić,  bo nie piszemy tu przecież encyklopedii. Dołączę encyklopedyczną notę o autorze eseju. Mówienie bowiem o eseju Deleuze’a o Nietzschem bez przywołania najkrótszej noty o jego (Deleuze’a) filozofii byłoby opowiadaniem „ślepemu o kolorach”. A zatem – „Gilles Deleuze urodził się 18 stycznia 1925 roku, Paryżu, a zmarł 4 listopada 1995, też w Paryżu, śmiercią samobójczą. Jest często utożsamiany z nie-Heglowską „filozofią różnicy”, która przypomina myśl Jacques’a Derridy. Jednak Deleuzjanska inspiracja płynęła bardziej od Nietzschego aniżeli Heideggera, i jego metoda nie jest dekonstrukcją. Deleuze napisał wiele oryginalnych prac w obrębie francuskiej powojennej filozofii odnośnie postaci historycznych, takich jak Hume, Kant, Bergson, Leibniz i Spinoza, zanim zaproponował własną wysoce skomplikowaną i interdyscyplinarną koncepcję obrazu myśli, którą nazwał 'empiryzmem transcendentalnym', przedstawionym w „Różnicy i powtórzeniu‟ oraz „Logice sensu‟. Zaraz potem nawiązał kontakt z radykalnym psychoanalitykiem Feliksem Guattarim, we współpracy z którym napisał cztery prace w ciągu następnych dwóch dekad, poczynając od francuskiego bestsellera z 1972 roku „L'Anti-Oedipe‟, który ugruntował ich pozycje, „ Mille Plateaux‟ oraz „Co to jest filozofia?‟, bestseller w 1991. Przed i pomiędzy współpracą z Guattarim, Deleuze pisał liczne studia estetyczne, takie jak wpływowe książki o Prouście, Baconie, o kinie, a także studium o Foucaulcie, jego serdecznym znajomym i sprzymierzeńcu. Od 1969 roku był wykładowcą na Ósmym Uniwersytecie Paryskim (Vincennes/St Denis), gdzie pracował do emerytury w 1987. W listopadzie 1995 roku, niezdolny do żadnej twórczej pracy na skutek postępującej choroby układu oddechowego, odebrał sobie życie wyskakując z okna apartamentu w Paryżu. W wielu wspomnieniach był określany jako ostatni wielki filozof francuski. Kariera Deleuze'a sięga roku 1945, chociaż pozostawał nieznany aż do 1962 kiedy ukazała się publikacja „Nietzsche i filozofia‟, a jego twórczość pozostawała poza zasięgiem świata anglojęzycznego aż do początków lat dziewięćdziesiątych, kiedy zostały przetłumaczone jego ważniejsze indywidualne dzieła. Myśl Deleuze'a nie przystaje do żadnej oficjalnej doktryny teoretycznej, nawet jeśli niektóre idee przywodzą na myśl dekonstrukcję czy postmodernizm. Pomimo długotrwałej znajomości z Jeanem-François Lyotardem, Deleuze nie interesował się takimi zagadnieniami, jak myśl postmodernistyczna, koniec historii albo upadek metafizyki. Pomimo wieloletniej przyjaźni i poparcia ze strony Foucaulta Deleuze nie przyjął praktyki metody empirycznego studiowania dyskursów historycznych, które okazały się bardzo wpływowe w obrębie nowego historyzmu, jak i innych podejść krytycznych. Zamiast tego, jego uwaga całkowicie skupiła się na wytrwałym i systematycznym projekcie odnowy samej filozofii, rozumianej jako sztuka kreowania koncepcji aniżeli logicznej kalkulacji, legitymizowania nauki, czy doktryny odzwierciedlania rzeczywistości. Jego dzieło jest zawsze afirmatywne nawet kiedy podejmuje się krytyki i nigdy nie uprzywilejowuje żadnego modelu myślowego na dłuższą metę, np. tekstualnego modelu dekonstrukcji”. (Noty o Nietzschem nie przywołam, bo jego dzieło i biografia są tak monumentalne, że nawet najbardziej lakoniczna nota w wikipedii liczy kilkanaście stron).

Wydawnictwo Officyna tak rekomenduje esej Deleuze’a: „Świetna i króciutka wykładnia myśli Nietzschego. Deleuze skupił się głównie na językowej warstwie dzieł filozofa (filologa raczej). To w niej dostrzegał prawdziwy geniusz autora „Tako rzecze Zaratustra”. Większą część książki, wypełniają wybrane przez autora fragmenty dzieł Nietzschego. Ilustrują one najistotniejsze wątki jego myśli. Dzięki takiemu rozwiązaniu, książkę można śmiało polecić wszystkim intelektualnie wytrwałym czytelnikom, nie koniecznie obeznanym w materii filozofii. Po opublikowaniu w roku 1962 doskonałej pracy „Nietzsche i filozofia” – pracy będącej kamieniem milowym na drodze renesansu nietzscheanizmu i jego nowoczesnej recepcji, pracy czyniącej z Nietzschego patrona filozofii końca XX wieku – Gilles Deleuze trzy lata później ponownie zdołał uruchomić swą perfekcyjnie skonstruowaną maszynę interpretacji dzieła niemieckiego myśliciela. A co bardziej zdumiewające, tym razem była to „maszyna w miniaturze” - Deleuze zawarł swój wykład w tekście o dziesięciokrotnie skromniejszej objętości niż poprzedni...”

A teraz dodam coś od siebie, od czytelnika tego eseju. To nie tylko myślenie wielkiego filozofa o innym wielkim filozofie (kwestię miejsc w historycznym rankingu wielkości filozofów, kwestię poziomu ich wielkości zostawmy na boku, bo to nietwórcze), ale także wielkiego pisarza o wielkim pisarzu. Jak wiadomo, tylko nieliczni wielcy filozofowie byli wielkimi pisarzami, n.p. nie był nim wielki Kant i nie on jeden. Byli nimi i Nietzsche i Deleuze. Stąd atrakcyjność czytelnicza eseju Deleuze’a. Stąd atrakcyjność czytelnicza dzieł Nietzschego. Jednak nie to jest istotą, esencją wartości dzieła obu filozofów. Bo nie o atrakcyjność literacką jako taką ich dzieł w tym przypadku przede wszystkim chodzi, lecz o to, że słowo w jakim rzeźbili swoją filozofię to wcale nie tylko forma i ozdobnik, odrębny od treści. Inny wielki myśliciel, twórca filozofii języka Ludwik Wittgenstein napisał przecież, że myślimy wyłącznie językiem i że „granice naszego języka są granicami naszego świata, naszego rozumu”. To właśnie zatem język filozofii tworzy owąż filozofię. Dzieło Nietzschego i dzieło Deleuze’a współtworzą jeden z najważniejszych segmentów filozofii nowożytnej. I jedno i drugie, mimo klasy literackiej i klarowności myślowej, nie są jednak, ze względu na złożoność tworzywa, łatwe w lekturze. I właśnie lektura eseju „Nietzsche” Deleuze’a jest znakomitym punktem wyjścia do wędrówki przez myśl obu filozofów, szczeliną, przez którą można wniknąć do Sezamu Ich Filozofii.

Gilles Deleuze – „Nietzsche”, przekł. Bohdan Banasiak, wyd. Officyna, Łódź 2000, str. 149, ISBN 978-83-86989750

--

 

 Ciało należy także do kultury

film cialoInteresuję się teorią filmu od przeszło czterdziestu lat i pamiętam, że kiedyś pisano o nim inaczej. Z jednej strony pojawiały się mniej czy bardziej popularne rozważania, syntezy, opowieści o filmach czy poszczególnych kinematografiach (m.in. Aleksander Jackiewicz, Jerzy Płażewski, Stanisław Janicki, Alicja Helman), z drugiej - czytana tylko przez specjalistów „filmologia seminaryjna”, bardzo hermetyczna i koncentrująca się na drobiazgowych i zawiłych rozważaniach nad „językiem kina”. Ten model pisania o kinie jaki reprezentuje praca Karola Jachymka, pojawił się z opóźnieniem, w Polsce ma on metrykę nie dłuższą niż ćwierć wieku. Autor nie przypadkiem powołuje się we wstępie na francuską historyczną szkołę „Annales”, bo to ona właśnie, zapoczątkowana pod koniec lat trzydziestych przez Marca Blocha i Luciena Febvre, dała wzór także innym dziedzinom humanistyki. Metodologia szkoły „Annales” polegała na zastąpieniu praktykowanego jeszcze od starożytnych kronikarzy i historyków rzymskich, od Plutarcha czy Liwiusza począwszy, modelu historii-opowieści - historią-problemem oraz zwróceniem uwagi na teraźniejszość historii, czyli na uwypuklenie jej współczesnego sensu w miejsce traktowania jej wyłącznie jako archiwarium „pamiątek przeszłości”(„Pamięć  i historia” Jacquesa Le Goff). Do zastąpienia historii filmu-opowieści historią-problemem doszła także interdyscyplinarność czyli korzystanie z dorobku i metod innych nauk, a także „mikrohistoria” czyli badanie w przeszłości nie tylko wielkich procesów i postaci historycznych, ale także najdrobniejszych zjawisk, ze zjawiskami życia codziennego włącznie, jego wąskich obszarów, ułomków, okruchów, włącznie z rolą „odgrywaną” przez martwe przedmioty. W polskim piśmiennictwie filmowym lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych i osiemdziesiątych tego rodzaju spojrzenie pojawiało się jedynie w marginalnych dygresjach czy wtórnych przywołaniach, a na polu krytyki i eseistyki filmowej ten typ myślenia o materii filmu występował jedynie w pisaniu Zygmunta Kałużyńskiego, a i to w postaci popularnej, publicystycznej, nieco ludycznej lub bardziej wyrafinowanej w eseistycznym wydaniu np. Konrada Eberhardta, też jednak nie opartej na naukowej dyscyplinie. Dopiero, jako się rzekło, od lat 90-tych o filmie zaczęto pisać poprzez filtr obserwacji konkretnych fenomenów. Np. Rafał Marszałek zapoczątkował analizowanie powojennej kultury polskiej i jej rozmaitych aspektów, w tym materialnych czy socjologicznych, poprzez pryzmat filmu czasów PRL. Jego śladem poszło wielu autorów, w mniej czy bardziej udany sposób analizujących poszczególne fenomeny życia PRL, takie jak życie towarzyskie, alkohol, seks, cywilizację praktyczną, pracę, organizację życia codziennego, rolę i miejsce kobiecości, stosunek do wartości materialnych, do Zachodu, świadomość zbiorową w różnych jej aspektach i wiele, wiele innych aspektów. Jedni (np. wspomniany Marszałek czy Iwona Kurz) podejmowali te tematy w sposób poważny intelektualnie, inni (np. Sławomir Koper) ograniczali się do ujmowania tych zagadnień w popularne a tym samym spłaszczone, produkowane seryjnie obrazki (wspomniany Koper).

Karol Jachymek podjął się swej pracy na poważnie i wziął za temat ciało, ale nie tylko jako ciało w aspekcie erotycznym czy fizjologicznym, lecz również w wielu innych aspektach jego funkcjonowania, w modzie, sporcie, w społeczeństwie, rytuałach, polityce, mitologiach, kulturze, obyczajowości etc. Jachymek wyciągnął wnioski ze sformułowania późnego syna szkoły „Annales” Jacquesa Le Goff, który napisał, że wbrew długo panującemu przekonaniu, iż ciało należy wyłącznie do natury, należy ono także do kultury. Wyciągnął też wnioski ze sformułowania Waltera Benjamina, który zauważył, że kino jest medium, które „jest w stanie unaocznić szereg zjawisk nieuchwytnych w codziennej percepcji świata”.  A także ze zdania Merleau-Ponty, że psychologia bohatera filmowego jest nierozerwanie związana z jego cielesnym aspektem. Takich ujęć można by zacytować więcej, zapoznanie się z nimi zostawiam czytelnikom. Wychodząc z takich podstaw, Jachymek przeanalizował polskie kino lat 60-tych (z uwzględnieniem wcześniejszych prefiguracji ale i następstw wykraczających poza ścisłą, kalendarzową periodyzację). Najpierw zajął się aspektem erotycznym kina („seks za Gomułki”), następnie „ciałem codziennym” za artystyczny punkt wyjścia i patrona obierając sobie Kazimierza Karabasza, „ciałem urodziwym” („kociaki” i „seksbomby” polskiego kina), „ciałem młodym” czyli dziecięcym i młodzieżowym, „ciałem egzstencjalnym” (n.p. w kinie Jerzego Skolimowskiego), „ciałem użytecznym” (sport, praca), a także „ciałem fantastycznym” (fantastyka i wyobraźnia filmowa) oraz „ciałem nieprofesjonalnym”, w całej jego anarchiczności i spontanicznym nieokiełznaniu (np. twórczość Andrzeja i Janusza Kondratiuków). Co prawda nie ma w pracy Jachymka rozdziału o „ciele historycznym” czy „ciele męczeńskim” (bardzo byłoby to na czasie), ale analizując niektóre aspekty kina Andrzeja Wajdy nie pominął on i tego aspektu. Wędrówka po blisko siedemsetstronicowym, imponującym dziele Jachymka była dla mnie pasjonująca, pouczająca, zabawna, sentymentalna (przypomnienie wrażeń młodego widza  z tamtych lat), pełna wspaniałych wrażeń estetycznych oraz impulsów intelektualnych. Życzę jej wszystkim miłośnikom mądrej percepcji kina i mądrze pojmowanej (a o to wyjątkowo dziś trudno) najnowszej historii Polski.

Karol Jachymek – „Film-Ciało-Historia. Kino polskie lat sześćdziesiątych”, wyd. Wydawnictwo Naukowe Katedra, Gdańsk 2016, str. 753, ISBN 978-83-65155-10-8 

Pin It