Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

 

 

 

Antyk  po antyku

antyk w malarstwieZ dzieciństwa pierwszej połowy lat sześćdziesiątych moje spotkania z antykiem to przede wszystkim hollywoodzkie produkcje filmowe: „Wojna trojańska”, „Helena Trojańska” „Upadek Cesarstwa Rzymskiego” z Sofią Loren, „Kleopatra” z Liz Taylor, także powieści z czasów rzymskich i greckich: „Uczniowie Spartakusa” Haliny Rudnickiej, „Przygody Meliklesa Greka” Witolda Makowieckiego, „Quo vadis” Henryka Sienkiewicza. Tego antyku było sporo nawet  w telewizji, bo to były czasy seriali opartych na „Eneidzie” Wergiliusza czy „Odysei” Homera. Także wspaniały polski Teatr Telewizji tamtych czasów wystawiał „Odprawę posłów greckich” Jana Kochanowskiego, „Juliusza Cezara” Williama Szekspira. „Antygonę” Sofoklesa, „Obronę Ksantypy”, „Amfitriona 38” Jeana Giraudoux jakieś komedie Arystofanesa. Obrazy i rzeźby antyczne oglądało się przede wszystkim w podręcznikowych reprodukcjach, w albumach historii sztuki oraz na fotografiach. Czasami oglądało się je w muzeach, acz w muzeach polskich nie jest tych motywów wiele, choć w Muzeum Narodowym w Krakowie (choćby „Pochodnie Nerona” Siemiradzkiego i Warszawie nieco ich jest. Zwłaszcza w Pałacu na Wodzie w Łazienkach warszawskich czy w pałacu w Wilanowie jest sporo rzeźb (Oranżeria) i obrazów klasycystycznych, nawiązujących do antyku.

 

Znawczyni sztuki i znakomita narratorka, autorka wielu już książek o historii sztuki i obyczajów, Bożena Fabiani przygotowała tym razem syntetyczną opowieść o klasycyzmie, czyli antyku powracającym w sferze sztuki po półtora tysiąca lat. Opowiada o malarskich ujęciach najsłynniejszych postaci i legend antyku, Jowisza-Zeusa, Diany, Orfeusza i Eurydyki, Apolla, Marsjasza, Homera i wielu innych. Po prawdzie tytuł publikacji wydaje się być trochę na wyrost, bo w malarstwie XXI wieku antyk właściwie w ogóle nie jest obecny, a jeśli nawet, to w postaci daleko idących postmodernistycznych wariacji i przetworzeń, a jedynym uwzględnionym przez fabiani XX i XXI-wiecznym artystą nawiązującym do sztuki antycznej był polski, światowej sławy rzeźbiarz Igor Mitoraj.

Bożena Fabiani jak zwykle o podjętym temacie opowiada nie tylko kompetentnie, ale także barwnie, zajmująco, z pasją i wykwintem, a przy tym z uwzględnieniem współczesnej artystycznej wrażliwości i współczesnego typu percepcji. Gorąco rekomenduję tę znakomitą pozycję książkową.

Bożena Fabiani – „Antyk w malarstwie XV-XXI wiek”, wyd. PWN, Warszawa 2017, str. 332, ISBN 978-83-01-19230-3

 

 

Literackie meandry II RP

zamiast epickiejOkres II Rzeczypospolitej w prozie powieściowej był czasem prób stworzenia polskiego modelu realizmu powieściowego. Paradoks sprawił, że droga do owego modelu prowadziła przez eksperymenty odrywające prozę od jej XIX-wiecznych, realistycznych korzeni. Na przykładzie kilkunastu wybitnych względnie ważnych powieści z tego okresu, takich jak „Łuk”, „Generał Barcz” czy „Czarne skrzydła” Juliusza Kaden-Bandrowskiego, „Uczta zwycięstwa” czy „Pokolenie Marka Świdy” Andrzeja Struga, „Przedwiośnie” Stefana Żeromskiego, „Romansu Teresy Hennert” czy „Niedobrej miłości” Zofii Nałkowskiej, „Dzikuski” Ireny Zarzyckiej czy „Iwonki” Juliusza Germana, Pawłowski dokonał analizy sposobu konstruowania obrazu świata społecznego, mechanizmów władzy, doświadczenia rozproszenia i nieciągłości rzeczywistości kraju, który wyszedł z zaborów, trwałości porządku wywodzącego się z zaborów, a także konstruowania obrazu rzeczywistości przy użyciu konwencji romansu psychologicznego i obyczajowego. Pawłowski zastosował do tych analiz ogromny aparat interdyscyplinarny: teoretyczno-literacki, historyczno-literacki, antropologiczny, psychologiczny, socjologiczny, politologiczny i dał  wbrew brzmieniu tytułu - kapitalną syntezę zagadnień związanych z prozą fabularna XX-lecia międzywojennego.

Łukasz Pawłowski – „Zamiast epickiej syntezy. Problemy konstruowania rzeczywistości społecznej w II Rzeczypospolitej w prozie fabularnej lat dwudziestych”, wyd. PWN, Warszawa, str. 224, ISBN 978-83-61552-93-2

 

 

Rok 1863 – poczęcie polskiej nowoczesności?

rok1863Ustalanie tzw. genealogii narodowych bywa zazwyczaj praktyką wykraczającą poza ustalenia klasycznej historiografii. Co oznacza termin narodziny Polski, czytaj – państwowości polskiej – wiemy. To dość oczywiste. Państwo Mieszka I, małżeństwo z Dobrawą, chrzest, oficjalna sakra religijna i polityczna. Co jednak oznacza tytułowy zwrot „narodziny nowej Polski”? Ktoś napisał (czy nie Gombrowicz?) że „Pan Tadeusz”, to wspaniały kamień grobowy położony na trupie Polski szlacheckiej. Efektowne sformułowanie ale czy trafne. Czy trafność takiego sformułowania w ogóle jest weryfikowalna? Czy to tylko subiektywna metafora, intelektualny, efektowny bon mot? Podobnie jest z tytułem pracy, o której mowa. U podstaw tej zbiorowej pracy pod zespołową redakcją naukową znalazła się teza, że początek nowej, czytaj „nowoczesnej” (?) Polski to rok 1863, powstanie styczniowe, jego klęska i jej konsekwencje. W czym tkwi uzasadnienie tej tezy, skądinąd niecałkowicie oryginalnej, bo jej zalążki znajdowałem jeszcze w peerelowskim, z połowy lat siedemdziesiątych, licealnym podręczniku do nauki historii dla klasy III, gdzie wzmiankowano lakonicznie, że klęska powstania i związane z nią konfiskaty majątków szlacheckich podkopały podstawy systemu społecznego opartego o tę klasę, dały początek narodzinom warstwy inteligenckiej, a także w istotnym stopniu podważyły (choć na pewno nie złamały) moralno-symboliczną, wielowiekową dominację szlachty i jej roli ideokratycznej w narodzie. Autor przedmowy do „Narodzin nowej Polski”, Mirosław Filipowicz zwraca we wstępie do zbioru także na to, że także następczo, właśnie w odniesieniu do „epoki Powstania Styczniowego” nastąpiła dezidealizacja ważnego mitu konstytuującego powstańczą szlachtę 1863 roku – szlachtę Kresów Wschodnich, mitu rzekomej idylli społecznej, której ona właśnie miała być twórcą i zwornikiem. Dopóki idylli tej zaprzeczali historycy PRL-owsy i radzieccy, ich wysiłkom przypisywano motywacje ideologiczno-polityczne. Gdy jednak silny cios owej idealizacji zadał bezstronny i życzliwy Polsce francuski historyk Daniel Beauvois, doszło do pęknięcia i utorowania szlaku dla nowego myślenia o tej sferze dziejów Polski. Demaskacja mitu Kresów, była jednocześnie demaskacją szlachetnej, idealnej Polski, która nigdy nie krzywdziła innych, a tylko sama zawsze była obcych ofiarą. Zbiorowej pracy wyraźnie towarzyszy duch Marii Janion, której badania i dzieła odcisnęły potężne piętno na myślenia o polskim wieku XIX, na rewolucyjnej niemal przemianie. Piętnaście szkiców na jakie składa się tom, to fascynująca mieszanina składająca się z tekstów takich klasyków jak wspomniany Beauvois, Zdzisław Najder czy Kazimiera Szczuka, jak i tekstów autorów młodszych, mniej znanych, ale dzię,i temu wnoszących do tematycznej perspektywy świeże spojrzenie. I tak, Beauvois poświęcił swój szkic „fantomowemu”, czyli pozornemu powstaniu styczniowemu na Rusi, a m.in. Grażyna Borkowska napisała o Polsce po 1863 roku, Katarzyna Wrzesińska o syntezie składników romantycznych i pozytywistycznych w myśli politycznej endecji, Arkadiusz Bagłajewski o „regresie języka polityki” w kontekście napięcia między mesjanizmem a romantyczną nowoczesnością, Michał Kuziak o dwóch nowoczesnościach, Norwida i Marksa. Kilka szkiców poświęcone jest tematowi 1863 roku i narodzinom „nowej Polski” w kontekście i perspektywie sprawy żydowskiej. Katarzyna Czeczot szlaków tej tematyki poszukała w „Nocach o dniach” Marii Dąbrowskiej, Agnieszka Wróbel spojrzała n zagadnienie romantycznej polskości i temat tytułowy przez pryzmat twórczości Tadeusza Konwickiego, Kazimiera Szczuka nadała swojemu szkicowi feministycznie przekorny tytuł: „O Orzeszkowej, co za mężem na Sybir nie pojechała”, a Zdzisław Najder, rocznik 1930 przypomniał o ty, czym rok 1863 był dla jego pokolenia.

Fascynująca to lektura dla każdego, kto fascynuje się fenomenem polskiego problematu dziejowego, kto - krytycznie czy apologetycznie - interesuje się duchem „Polski wieczyście nieśmiertelnej”. Dla miłośników dzieła i myśli Marii Janion będzie to jakby kolejne, choć per procura, spotkanie z jej geniuszem.

„Rok 1863. Narodziny nowej Polski”, pod red. Moniki-Rudaś-Grodzkiej i innych, wyd. Instytut Literacki PAN, str. 263, ISBN 978-83-64703-97-3

 

 

Pasek nasz współczesny

pamietnikiKto chce zrozumieć źródła polskiej natury, polskiego, także współczesnego, modusu życia, polskie odruchy, febliki, emocje, imperatywy, ale także współczesnego charakteru życia politycznego, w tym charakteru państwa PiS, ten powinien starannie nie tylko przeczytać ale i gruntownie przestudiować „Pamiętniki” Jana Chryzostoma Paska. Kiedyś, w szkole średniej, przeczytałem bez przekonania i od niechcenia ich podręcznikowy wyjątek (ten o wydrze). Po latach powróciłem do nich jako do arcydzieła stylu sarmackiego, jako pysznej panoramy Rzeczypospolitej „panów braci”. Po raz trzeci, właśnie teraz, przeczytałem „Pamiętniki” jako portret natury polskiej, mający wymowę pesymistyczną, bo pokazujący, że bardzo mało zmieniliśmy się od czasów pana Jana Chryzostoma i  że nasze ówczesne wady żyją sobie w najlepsze do dziś, przeszło trzysta lat później. Jako lektura - „Pamiętniki” Paska – jako fenomen estetyczny, są niezmiennie pyszne i rozkoszne.

Jest jednak jeszcze jeden powód, żeby sięgnąć po piękne, iskrowe wydanie tego dzieła. Ten powód, to wspaniała, obszerna przedmowa o cechach wielkiego eseju, pióra wielkiego znawcy epoki, profesora Janusza Tazbira oraz wstęp innego wybitnego historyka, Władysława Czaplińskiego. Tych dwóch tekstów nie ma w większości, a może w żadnym z wielu poprzednich, licznych wydań „Pamiętników” Paska, a one, poza samym tekstem dzieła, stanowią o wielkiej wartości tej edycji. Rozkosz czytania Paska, Tazbira i Czaplińskiego w jednym przynajmniej dla mnie była niebywała.

Jan Chryzostom Pasek – „Pamiętniki”, przedmowa Janusz Tazbir, wstęp i objaśnienia Władysław Czapliński, wyd. „Iskry”, Warszawa 2009, str. 622, ISBN 978-83-244-0118-5

 

 

Z klasyki miłości

dzieje Tristan i IzoldaTematu tej opowieści przybliżać nie trzeba. To przecież nieśmiertelna, legendarna historia tragicznej miłości Tristana i Izoldy, można by rzec – wzorzec z Sevres miłości jako takiej, miłości nieśmiertelnej, tym razem we wspaniałym, dziś nieco archaicznie brzmiącym, a jednak przyjemnym w lekturze przekładzie Tadeusza Boya-Żeleńskiego, przekładzie z dzieła autora anonimowego. Przyznam, że nie miałem pewności czy lektura ta mnie wciągnie, mimo mego pociągu do literackich „staroci i starożytności”. A jednak – tak. Opowieść ozdobioną ilustracjami Jacques Marie Gastona Onfroy de Breville przeczytałem z przyjemnością lektury odrywającej od trywialnej i męczącej ohydy współczesności. Było to jak kąpiel w ożywczym strumieniu. Innym podobną kąpiel z przekonaniem polecam.

„Dzieje Tristana i Izoldy. Autor nieznany”, przekł. Tadeusz Boy-Żeleński, wyd. MG, Warszawa, str. 284, ISBN 978-83-7779-422-7

 

 

 

Historia Starego czyli pożegnanie Klaty

Edycja poświęcona jest dziejom Narodowego Starego Teatru. Otwiera ją szkic Dariusza Kosińskiego o głównych rysach zjawiska, jakim jest ta scena. Jest też krótka historia Starego rozpoczynająca się w 1781 roku. Są sylwetki zasłużonych i wielkich, patronki Heleny Modrzejewskiej, Juliusza Osterwy, Tadeusza Kantora, Władysława Krzemińskiego, Jerzego Jarockiego, Zygmunta Hubnera, Konrada Swinarskiego, Jana Pawła Gawlika, Andrzeja Wajdy i innych. Także młodszego pokolenia, od Mikołaja Grabowskiego po Jana Klatę i tych, którzy jak Michał Zadara, Monika Strzępka czy Paweł Miśkiewicz. Jest pożegnalny wywiad z Janem Klata i ciekawy o nim szkic Anny Burzyńskiej. Dodatkowym bonusem z tego ciekawej edycji są fotografie, nowoczesne i dynamiczne. Widzowie Starego powinni tę edycję poznać, a jedyną okazją do jej nabycia może być chyba tylko wizyta w teatrze przy placu Szczepańskim względnie przy Starowiślnej.

„Narodowy Stary Teatr”, red. Agata Dąbek, wyd. Narodowy Stary Teatr, Kraków 2017, str. 172, ISBN 83-86347-90-2

 

 

Żywi i umarli

do europyTakie dzieła trzeba wznawiać, bo to wielka humanistyka. I wydawnictwo Sic! wznowiło, po 17 latach, kapitalny esej Marii Janion „Do Europy tak, ale razem z naszymi umarłymi” Ogłaszając w 1990 roku koniec paradygmatu romantycznego w polskiej kulturze (nie jestem jednak pewien czy wielka uczona i myślicielka się nie pomyliła jednak) ogłosiła jednocześnie, że do Europy, do której będziemy zmierzać, powinniśmy iść „razem z naszymi umarłymi”. W tym konkretnym przypadku chodziło jej o polskich Żydów zamordowanych na naszej ziemi. Stąd rozdziały o „Legionie żydowskim” Mickiewicza, o starozakonnych Polakach Juliana Ursyna, o sporze o antysemityzm i inne tematy żydowskie, okołożydowskie i polsko-żydowskie. „Do Europy…” nie ma tego transgresyjnego, namiętnego, niemal narkotycznego żaru romantycznego co „Gorączka romantyczna”, „Romantyzm i historia”, czy „Wobec zła”, ale też wpisuje się – jak chyba wszystko w myśleniu i przeżywaniu Marii Janion. „Według tradycji romantycznej, szczególnie mi bliskiej, warstwy pokoleń oznaczają jeszcze coś innego: ideę łączności żywych z umarłymi”.(…) „Istota polskości odczytana przez poezję polską, to w tej perspektywie „przykucie przez ofiary niewinne”. (…) „Romantyzm w Polsce jest pewnym gestem, rytuałem, formą pamięci (…)” Mickiewicz „uważał, że misterium Dziadów nie może być nigdy przerwane”.

W tym kontekście przez pryzmat romantyzmu (pisał już o tym m.in. Leszek Kolankiewicz we wnikliwym eseju niedługo po 10 kwietnia 2010) należy interpretować „religię smoleńską” i te comiesięczne pisowskie „dziady” na Krakowskim Przedmieściu. Dziady? Tak, proszę bardzo, tradycja nakazuje, ale dlaczego co miesiąc? I dlaczego na Krakowskim Przedmieściu, do którego mają prawo także spadkobiercy pozytywizmu, jako że w pobliżu stoi pomnik Bolesława Prusa, w pobliżu była redakcja tygodnika „Prawdy” Aleksandra Świętochowskiego, redakcja „Przeglądu Tygodniowego” oraz mieszkanie Stanisława Wokulskiego, który romantykiem trochę był, ale w trupach się nie lubował, przeciwnie, pożądał pewnej nader żywej damy. Czytajcie wielką Janion.

Maria Janion – „Do Europy tak, ale razem z naszymi umarłymi”, wyd. Sic!, Warszawa 2017, str. 288, ISBN 978-83-65-459-091

 

 

Zakaz aborcji czyli hańba domowa

dziewiec rozmow o aborcjiPrzy lekturze tej książki towarzyszyła mi mieszanka takich odczuć jak oburzenie, irytacja, wściekłość i właściwie poczucie bezsilności. Zakaz aborcji, temat to jak wiadomo, w Polsce nie nowy, powracający jak stan zapalny od 28 lat. To nieustające, boyowskie Piekło Kobiet, z przerwami aktualne od 85 lat. Przypomnę pokrótce, dla porządku: tuż po przełomie 1989 roku, zanim jeszcze na dobre uformowały się struktury nowego, demokratycznego państwa polskiego, zanim jeszcze, w rezultacie wyborów 4 czerwca, powstał rząd Tadeusza Mazowieckiego, Kościół katolicki dał sygnał do szturmu politycznego na prawa kobiet i otwarcie wezwał do zniesienia ustawy z kwietnia 1956 roku zezwalającej na aborcję. Hierarchowie i proboszczowie nie cofnęli się przy tym przed kłamstwem, przed manipulacją. Głosili wszem i wobec, wbrew faktom, że ustawa z 1956 roku to prawo stalinowskie, choć w rzeczywistości był to jeden z aktów destalinizacji, o czym świadczy także data jej uchwalenia na fali odwilży przedpaździernikowej. Władze stalinowskie zachowały bowiem przedwojenne prawo antyaborcyjne zawarte w ustawie z 1932 roku. Przez cały okres stalinowski (1945-1955) aborcja, a raczej „spędzanie płodu” jak to wówczas określano, była więc w Polsce zakazana. W 1989 roku Kościół znalazł wśród posłów i senatorów „solidarnościowych” pokaźny szereg (ściślej biorąc: miażdżącą większość) promotorów wprowadzenia totalnego zakazu aborcji. W tej walce, która toczyła się przez ponad trzy lata, Kościół katolicki dążył do osiągnięcia maksimum. W krańcowych wariantach rozważano nawet wprowadzenie zakazu niektórych środków antykoncepcyjnych, w szczególności pigułek oraz spiral domacicznych, a także wprowadzenia przymusu regularnych, kontrolnych badań ginekologicznych, na podobieństwo praktyk w Rumunii Nicolae Ceausescu. W dążeniu do maksymalnych restrykcji Kościół zlekceważył nawet sensowny projekt wybitnego przedstawiciela inteligencji katolickiej, człowieka o nieposzlakowanej moralności, ojca wielodzietnej rodziny, Andrzeja Wielowieyskiego.  Proponował on pozostawić kobietom prawo do wyboru, czy chcą czy nie chcą utrzymać ciążę, przy jednoczesnym wprowadzeniu dla nich obowiązku dwukrotnej konsultacji psychologiczno-lekarskiej. Ten mechanizm na pewno spowodowałby dobrowolne wycofanie się wielu ciężarnych z zamiaru poddania się zabiegowi aborcji. Kościół odrzucił to rozsądne rozwiązanie, a jednocześnie odwrócił się od kręgów światłej inteligencji katolickiej skupionej wokół „Znaku” i „Tygodnika Powszechnego”, znajdując sobie sojusznika w radykalnych fanatykach katolickich. I tak jest do dziś, choć trzeba mieć nadzieję, że Czarny Protest z 3 października choć trochę otrzeźwi Kościół i umiarkowanych katolików (bo fanatyków od Kai Godek, Mariusza Dzierżawskiego i „Ordo Iuris” już nie).

Jednak emocje polityczne, hasła i zawołania bojowe, spory aktywistów pro-life i pro-choice, projekty i kontrprojekty ustaw dotyczących tej kwestii, to jedno, a konkretna, bardzo życiowa rzeczywistość, która dramatycznie dotykała i dotyka tysięcy kobiet padających ofiarami opresyjnego prawa i opresyjnych postaw wielu lekarzy, to drugie. Książka składa się z dziewięciu rozmów, które Krystyna Romanowska i Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin przeprowadziły z kobietami, które stanęły cieleśnie i psychicznie przed problemem niechcianej ciąży, zazwyczaj ciąży chorej. Wiem, że to słowo jest zdewaluowane, ale mogę określić te rozmowy jako „wstrząsające”, przerażające świadectwa kobiet, świadczące o tym w jak zacofanym obyczajowo żyjemy kraju. Tę książkę powinni przeczytać wszyscy, dla których jest ważna -  często z krańcowo przeciwnych powodów - kwestia prawnej regulacji kwestii przerywania ciąży. Ja tej książki nie rekomenduję, ja nakazuję jej lekturę.

„Dziewięć rozmów o aborcji”, Krystyna Romanowska, Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin, wyd. Czerwone i Czarne, Warszawa 2015, str. 258, ISBN 978-83-7700-284-1

 

 

Kosmos zwany Olsztynem

zaklad biograficznyGdańsk i Pomorze Gdańskie mają  - w literaturze - swoich portrecistów - Pawła Huelle i Stefana Chwina. Warmia i Mazury mają Erwina Kruka, niedawno zmarłego, ale nade wszystko mają Niemców: Siegfrieda Lenza, Ericha Wiecherta i Hansa Helmuta Kirsta. Poeta i prozaik rodem z Olsztyna, Kazimierz Brakoniecki tej luki nie wypełni, bo w innych rejestrach literackich się obraca, ale nie zmienia to faktu, że obszerny tom jego prozy wspomnieniowej i poezji wnosi sporo do portretu regionu. W bardzo osobistej, szczerej, fragmentami nawet ekshibicjonistycznej, nie wolnej od naturalizmu, nawet momentów obscenicznych (padają słowa o „ekskrementach codzienności”) prozie opowiada o swoim olsztyńskim dzieciństwie, seksualnym dojrzewaniu, dziecięcych religijnych obsesjach. Już pierwsze zdanie zwiastuje mocne wrażenia z tej lektury: „Pierdolony Stalin żył jeszcze na Kremlu (…) kiedy spocona i rozgorączkowana matka rodziła mnie 12 grudnia 1952 roku  w miasteczku Barczewo”. I jeszcze jedno ważne zdanie: „Każdy z nas chciał mieć pas z klamrą „Gott mit uns”, bo niemiecka przeszłość miasta i dookolnej krainy jest stale w tych wspomnieniach obecna. Przed naszymi oczyma przesuwa się życie autora, od „judeochrześcijańskiego dzieciństwa przez nieortodoksyjny buddyzm, po egzystencjalny naturalizm”. Mocna lektura.

Kazimierz Brakoniecki – „Zakład biograficzny Olsztyn”, wyd. Wspólnota Kulturowa Borussia, Olsztyn 2016, str. 403, ISBN 978-83-89233-83-7

 

 

Międzymorze – trudny ląd

przetwarzanie miedzymorzaPojęcie Międzymorza zwanego czasem Trójmorzem stało się ostatnio głośne jako projekt polityczny. Leszek Szaruga podszedł do tego zagadnienia niepolitycznie, lecz jako krytyk, eseista, badacz zajmujący się kulturowymi problemami Europy Środkowo-Wschodniej. O tym jak trudne są to problemy, świadczą obecne zawirowania w Unii Europejskiej i kłopoty jakie państwom „starej Unii”, do niedawna liderom integracji, sprawiają od pewnego czasu kraje Międzymorza, z Polską i Węgrami na czele. To one przede wszystkim przyczyniły się (obok kwestii uchodźców, ale i w połączeniu z nią) do pierwszego poważnego kryzysu strukturalnego UE jako wielkiego perspektywicznego projektu. Tom szkiców Leszka Szarugi uzupełnia niejako „Memoriał” Mitznera, bo obejmuje problemy Europy Środkowo-Wschodniej, tzw. Międzymorza, która po przełomie 1989 roku weszła w struktury Europy, ale przeżywa ciężkie bóle tego europejskiego przepoczwarzania się, o czym świadczą wydarzenia ostatnich dwóch zwłaszcza lat. Międzymorzu poświęcone są trzy pierwsze szkice Szarugi. Tuż obok pojawia się szkic o Auschwitz, wiersze Johannesa Bobrowskiego i Marii Fedeckiej, szkice o „Rosji pozapolitycznej” i „nieobjętej”, wiersze na niepodległość Ukrainy, temat Syberii, a także notatki o sztuce przekładu, który jest jednym z pół działalności twórczej Szarugi. Warty lektury ten tom.

Leszek Szaruga – „Przetwarzanie Międzymorza”, wyd. Instytut  Książki- Nowaja Polsza, Warszawa 2016, str. 229, ISBN 978-83-61005-42-1

 

 

Memoriał czyli pamiętnik

memorialPrzystępowałem do tej lektur najdelikatniej mówiąc – bez entuzjazmu, bo czułem zmęczenie tematyką radziecką, represjami NKWD, zsyłkami. Poza tym poziom wysoko wyśrubował Gustawa Herling-Grudziński w swoich „Upiorach rewolucji”. Poza tym – działała reguła „co za  dużo, to niezdrowo”. A jednak przeczytałem i nie żałuję. We wstępie do tego zbioru, jego autor, Piotr Mitzner zastanawia się jak pisać w Polsce o Rosji sine ira et studio, spokojnie, bez gniewu. Sam, co deklaruje, ma umiejętność spokojnej rozmowy z Rosjanami, także dzięki rodzinnym filiacjom. W tym zbiorze jest mowa o wielu rosyjskich sprawach, o szlachetnym „Memoriale”, o Brunonie Jasieńskim, są dokumenty z czasów represji (n.p. protokół przesłuchania Jasieńskiego przez NKWD), o Archipelagu Gułag, o represjach, o Arbacie, są głosy dysydentów, jest o upadku ZSRR. To cenna, zwarta synteza głównych wątków radziecko-rosyjskich relacji. Zdecydowanie doradzam lekturę, zwłaszcza w czasie, gdy po dwudziestoleciu cień Rosji znów się na naszym niebie pojawił.

Piotr Mitzner – „Memoriał. Droga do Rosji”, wyd. Instytut Książki-Nowaja Polsza, Kraków-Warszawa 2015, str. 189, ISBN 978-83-61005-32-2

 

 

Ci wspaniali mężczyźni w swych szalejących maszynach

polacy w rajdachMoja prywatna „era automobilizmu” (tu śmiech, a nawet rechot dziki) trwała cztery lata i zakończyła się 23 lipca 1980 roku przy ulicy Nadbystrzyckiej w Lublinie w godzinach popołudniowych, gdy wpadłem w poślizg na kałuży błota i przedachowałem z jednego pasa jezdni na drugi małym Fiatem 126 P. Ani mnie ani trzem wiezionym przeze mnie osobom płci żeńskiej nic się nie stało, co zakrawało na cud niemal. Od tej pory raz tylko, na jedną zimową godzinę usiadłem za kierownicą, przymuszony przez wyjątkową sytuację. Poza tym powiedziałem sobie: „Nigdy więcej”. I dotrzymałem – bez trudu – słowa. Może to i dobrze, bo może dzięki temu nadal kołaczę się po tym świecie. Może Opatrzność istnieje i mnie przestrzegła, żebym dalej nie jechał tą drogą? Może. Poza tym nigdy nie miałem feblika do automobilizmu, marek aut etc. Nudziło mnie to niepomiernie. Jednak jako pasażer ojeździłem się Warburgiem 312 standard i de Luxe prod. NRD, i później dużym Fiatem 125 P, i po kraju i za granicę. Nie zapomnę też jazdy z Lublina do Pobierowa na zachodnim Wybrzeżu polskimi drogami lata 1971 automobilem Syrena 105. To była dopiero jazda! Dziś zatem, po dziesięcioleciach, ożył we mnie niejaki sentyment do tamtych czasów, kiedy się, chcąc nie chcąc, o automobilizm się ocierałem, bo miałem wokół siebie mnóstwo kolegów zapalonych automobilistów, miłośników filmu „Znikający punkt” Richarda Sarafiana. Nigdy tego filmu nie widziałem, nawet przez moment nie przyszło mi do głowy żeby go oglądać, ale za to uwielbiałem i uwielbiam do dziś „Wielki wyścig” Blake Edwardsa, cudowną, szampańską komedię ze wspaniałą muzyką Henry Manciniego, o wyścigu automobilowym Nowy Jork-Paryż, w którym piękny Wielki Leslie (Tony Curtis) rywalizował z demonicznym Profesorem Fate (Jack Lemmon). Pamiętam też (znacznie gorszy i zabawny raczej PRL-owską siermiężnością) film Juliana Dziedziny „Czekam w Monte Carlo” ze Stanisławem Zaczykiem i Andrzejem Kopiczyńskim”.

Opowieść Muchy (też świetnego automobilisty) i Szelichowskiego to wzbogacona, uaktualniona wersja edycji „120 lat sportu samochodowego w Polsce”. Jest w niej i współczesność automobilowa z Leszkiem Kuzajem, Robertem Kubicą, Kajetanem Kajetanowiczem i odległa heroiczna przeszłość automobilowo-rajdowa z Sobiesławem Zasadą, Krzysztofem Komornickim czy Andrzejem Jaroszewiczem i ta niedawna z Krzysztofem Hołowczycem, i ta przedwojenna, i ta niedawna tragiczna z Marianem Bublewiczem i Januszem Kuligiem. Nie wiem tylko dlaczego na liście zasłużonych dla motoryzacji nie znalazł Marek Varisella.

 Autorzy tej opowieści sięgają i do historii powojennej automobilizmu, której uosobieniem są Zasada, Jaroszewicz, Komornicki, czy Varisella i tej „antycznej” z czasów II Rzeczypospolitej (1918-1939) i tej wręcz „przedpotopowej” ze Stanisławem Grodzickim, który u schyłku XIX wieku odbył automobilem samotny rajd z Warszawy do Paryża. Bogata w liczne fotografie, fascynująca opowieść pachnąca benzyną i spalinami.

Robert Mucha, Stanisław Szelichowski – „Polacy w rajdach i wyścigach samochodowych”, wyd. Axis Mundi, Warszawa 2017, str. 350, ISBN 978-83-64980-35-0

 

 

Opowieść o Poecie z „Wesela”

kazimierz przerwa tetmajer biografiaKto kocha  „Wesele” Wyspiańskiego nie może nie pamiętać kapitalnych kwestii Poety. I tych: „Taki mi się snuje dramat, groźny, szumny, posuwisty…” i tych z rozkosznego flirtu z Maryną, spuentowanego nawiązaniem do „Hamleta”: „Słowa, słowa, słowa, słowa”. W postaci Poety Wyspiański sportretował dowcipnie i ironicznie Kazimierza Przerwę-Tetmajera, wielkiego liryka Młodej Polski i to jemu poświęcił Tadeusz Januszewski swoją biograficzną opowieść. Mistrz liryki miłosnej był też mężczyzna wybitnie wrażliwym na kobiece wdzięki, miał aspiracje Don Juana czy Casanovy, podobno niespecjalnie spełnione w praktyce, ale kto to tak naprawdę wie? W sferze erotycznej, która zazwyczaj, dokonuje się jednak dyskrecjonalnie żadne zewnętrzne świadectwo nigdy nie jest miarodajne. I ów aspekt erotyczny biografii Przerwy-Tetmajera jest ważnym i fascynującym wątkiem opowieści Januszewskiego, co – żeby było jasne - uważam za jej zaletę. Z opowieści tej czytelnik niekoniecznie obeznany z twórczością Tetmajera może się też dowiedzieć, że był on nie tylko twórcą wierszy umieszczanych w kieszonkowych, użytkowych antologiach poezji miłosnej i nie tylko współtwórcą legendy Podhala w powieściach „Legenda Tatr” i „Na Skalnym Podhalu”, ale także autorem epopei napoleońsko-polskiej „Koniec epopei”, jak i demonicznych powieści psychologicznych z akcentami sensacyjnymi, pisanych „dla chleba”. I dowiedzieć się, że ten młodopolski król życia i miłości, ten dionizyjski hedonista miał bardzo ponury finał swego życia i chadzał po okupacyjnej Warszawie 1939-1940, jak ponury cień dawnej swej świetności. Kazimierz-Przerwa Tetmajer ma grób na Pęksowym Brzyzku w Zakopanem, ale byłoby pięknie, gdyby tablica go upamiętniająca znalazła się też na ścianie  Hotelu Europejskiego w Warszawie, gdzie zmarł.

Tadeusz Januszewski – „Kazimierz Przerwa-Tetmajer”, wyd. „Iskry”, Warszawa 2015, str. 287 , ISBN  978-83-244-0411-7

 

 

Tropizmy

niewysnione historieElżbietę Isakiewicz pamiętam sprzed mniej więcej dwóch dekad jako bojową prawicową publicystkę. Już dawno jednak się z tego wymiksowała i została pisarką, mistrzynią małych form. „Niewyśnione historie”, to zbiór kilkudziesięciu króciutkich, najwyżej dwustronicowych opowiadań. Każde z nich to jakaś jakby w kadrze zatrzymana sytuacja, obserwacja, impresja wzrokowa, słuchowa. Isakiewicz bierze pod swój mikroskop najdrobniejsze składniki życia, odruchy, gesty, okruchy, strzępy, okrawki. To nie są mini opowieści. Nie ma tu początku, rozwinięcia i  końca. Nie ma konceptów, mini fabuł z puentą. Jest tu całkowity, poddany regule Przypadku żywioł egzystencji. Na ogół to najbardziej szara codzienność (np. sytuacja przy kasie sklepowej w najkrótszym z opowiadań (?), choć od czasu do czasu pojawia się jakiś przywołany okruch literatury (Czechow, Proust) czy historii (Powstanie Warszawskie). Egzystencja w tych błyskach magnezji utrwalana przez Isakiewicz pozbawiona jest jakiejkolwiek tendencji, kierunku, to czysty żywioł biegu życia. Trochę jak w „Kosmosie” Gombrowicza, w pierwszej sekwencji marszu z Krupówek do pensjonatu żony Leona Wojtasa. Piasek, patyk, gałąź, sznurek, wróbel, kamyk, pot na twarzy… Trochę jak u Mirona Białoszewskiego, ale bez jego frazo- i słowotwórczej pomysłowości i brawury. Trochę jak u pisarzy francuskiej „nouveau roman” („nowej powieści”), gdzie tworzywem narracji były okruchy egzystencji zwane tropizmami, przypominającymi plamy nanoszone na płótno przez impresjonistów. Warto te prozę posmakować, dla odmiany i estetycznej higieny.

Elżbieta Isakiewicz – „Niewyśnione historie”, wyd. Sic!, Warszawa 2017, str. 158, ISBN 978-83—365-459-06-0

 

 

Bilans polski

w salonieTakże Piotr Wierzbicki dawno odszedł z posterunku publicystyki politycznej i zajął się muzyką, w tym Chopinem. Zbiór jego felietonów „W salonie” (plus trzy eseje, w tym o Czechowie i Tyrmandzie) obejmuje tematykę rozciągającą się od cyrku, poprzez „W pustyni i w puszczy”, podróż Czechowa na Sachalin, tańczącą mrówkę, aż po krytykę Jerzego Waldorfa z powodu wypowiedzi w dniu śmierci Witolda Lutosławskiego. Jego najkrótszy felieton, „Bilans polski”, pochodzący z „Gazety Polskiej” brzmi tak: „Omijają nas trzęsienia ziemi, wybuchy wulkanów, tornada i powodzie, w których giną tysiące. Nie omijają nas wojny światowe i rachuby totalitarnych reżimów. Ludzie obchodzą się z nami gorzej, bogowie – lepiej”. Święte słowa?

Piotr Wierzbicki – „W salonie”, wyd. Sic!, Warszawa 2017, str. 120, ISBN 978-83-65459-08-4

 

 

 

 

 

 

Przewodnik po populizmie

co to jest populizmPopuliści rządzą dziś w kilku co najmniej krajach, w tym w Europie. Wszystko stracone? Nil desperandum – powiada w swoim błyskotliwym eseju Jan-Werner Muller i jak biolog, jak entomolog opisuje strukturę zjawiska populizmu i anatomię mózgu populistów. Daje też przepis na to jak się przed populistami bronić. Tak jak przepis na obronę przed insektami. I pociesza – rządy populistów wcale nie mają bardzo długiej daty ważności. Czytajcie, bo potrzeba odtrutki na populizm. Śpieszcie się kochać populistów -  tak szybko odchodzą.

Jan-Werner Muller – „Co to jest populizm?”, przekł. Michał Sutowski, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2017, str. 155, ISBN 978-83

 

 

 

 

 

 

 

Chan i księżniczka

ali ninoKurban Said, Ali i Nino, obco wyglądają w moich oczach te słowa, nazwisko i imiona. Tę powieść przyswojono polszczyźnie po 80 latach od jej napisania. Także autor, Kurban Said (1905-1942) nie żyje już od 73 lat. Akcja jego powieści (rozpoczynająca się przed wybuchem pierwsze wojny światowej w Baku) toczy się w Azerbejdżanie i Gruzji i opowiada o miłości gruzińskiej księżniczki Nino i azerskiego chana Alego.  Jest to historia azersko-gruzińskich Romeo i Julii. A może bardziej, z uwagi na społeczne usytuowanie bohaterów, może ta historia kojarzyć się z miłością Zygmunta Augusta i Barbary Radziwiłłówny. Losy Alego i Nino stanową część legendy obu krajów, a w Baku znajduje się ich pomnik. Jak zauważa w notce informacyjnej Marcin Meller, powieść ta na kilka dziesięcioleci zaginęła i stosunkowo niedawno został znaleziona. Polecam wszystkim miłośnikom malowniczych, egzotycznych opowieści, nie tylko miłosnych.

Kurban Said – „Ali i Nino”, przekł. Agnieszka Gadzała, wyd. WAB (Grupa Wydawnicza Foksal), Warszawa 2017, str.302, ISBN 978-83-280-4526-2

 

 

Ostatnia powieść Charlotty Bronte

VilletteTytułowa „Vilette”, to Bruksela, gdzie rozgrywa się akcja tej powieści obyczajowo-miłosnej, o miłości zakazanej młodej kobiety do żonatego mężczyzny. Generalnie – czytadło, ale czytadło arcydzielne, tak jak czytadłem arcydzielnym są choćby „Nędznicy” Wiktora Hugo. Jak na dłoni mamy tu mistrzostwo pisarskie autorki i właściwą realistycznej prozie anglosaskiej mimetyczną umiejętność drobiazgowego i wiernego opisu świata przedstawionego. Do tego „Vilette” jest jedną z prekursorskich powieści, które zainaugurowały gatunek prozy psychologicznej. Faktura powieści jest bardzo bogata i zróżnicowana – od mistyki i gotyckiej konwencji po normalny realizm.  Czyta się tę „Vilette” wybornie.

Charlotte Bronte – „Vilette”, wprowadzenie Eryk Ostrowski, wyd. MG, Warszawa 2017, str. 684, 978-83-7779-424-1

 

 

 

 

Okolice wichrowych wzgórz

tajemnice wichrowychJuż sam tylko pierwszy rzut oka na tę księgę powoduje podziw. Blisko osiemset stron poświęcone tylko dwóm głównym postaciom, Charlotte Bronte i jej bratu, Branwellowi. To potężne studium oparte na bogatych źródłach jest już drugą publikacją Ostrowskiego, po  bestsellerowym dziele „Charlotte Bronte i jej siostry”. Nie czytałem jej, więc dopiero z tej kolejnej opowieści biograficznej dowiedziałem się, że słynne siostry od „Wichrowych wzgórz” miały jeszcze bardzo utalentowanego brata, malarza, poetę i prozaika. W pierwszej z tych ról pozostawił intrygujące obrazy będące jakby przeczuciem symbolizmu. W roli literackiej okazał się prekursorem stylu i tematyki fantasy. Praca Ostrowskiego to jednocześnie rozległy i szczegółowy, a przy tym frapujący obraz wiktoriańskiej Anglii. Polecam tę lekturę, ale uprzedzam, że wymaga sporo czasu i koncentracji.

Eryk Ostrowski – „Tajemnice wichrowych wzgórz”, przekł. Dorota Tukaj, wyd. PWN, Warszawa 2017, str. 785, ISBN 978-83-01-19168-9 

 

 

Pin It