Wacław Holewiński

 

Mebluję głowę książkami

 

mebluje-glowe

 

 

 

Rosja na szybko

wywiad ktoregoBez wątpienia dla korespondenta telewizyjnego kraj taki jak Rosja to super wyzwanie. Super! Ale jednocześnie placówka trudna, z zadaniami przynajmniej pozornie nie do spełnienia. Zwłaszcza, gdy jego „car”, „władca absolutny” ma uraz do polskich dziennikarzy. I demonstracyjnie ich lekceważy.

Arleta Bojke spędziła w Rosji kilka lat (2010–2013) i były to dla Rosji, ale także dla Polski lata ważne. Wystarczy przywołać wydarzenia z tego czasu: wybory parlamentarne, prezydenckie, fale protestów antykremlowskich, katastrofę smoleńską wreszcie.

 

Nie miała szansy na osobistą rozmowę z prezydentem Putinem, żaden polski dziennikarz zresztą takiej szansy nie dostał.

Zastosowała więc swoistą grę z czytelnikiem. Zadała pytania, które… no właśnie. Czy zadałaby je w bezpośredniej rozmowie z głową państwa? Pewnie nie, pewnie nie wszystkie. Może dlatego ta książka jest ciekawsza, bo Bojke nie musi kluczyć, nie musi potakiwać gdy wie, że polityk kłamie, może relacjonować to, co widziała, a nie to, co chcą jej opowiedzieć albo wmówić notable.

Jakie więc są te pytania (one rzeczywiście w książce są zadawane), a może inaczej: jakie problemy stawia korespondentka TVP (to tytuły rozdziałów). Wymieńmy: „Zielone ludziki”, „Bez wątpliwości” („W Donbasie nie ma rosyjskich żołnierzy naprawdę, czy tak jak na Krymie?”), „Operacja Donbas”, „Kozacy”, „Zawiedzione nadzieje” („Czy nie ma pan poczucia, że choć stawia się pan w roli obrońcy mieszkańców wschodu Ukrainy, to tak naprawdę ich pan zawiódł?”), „Car”, „Mocarstwo”, „Rosja bez Putina”, „Moja Rosja”, „Smoleńsk”. Celowo przytoczyłem tylko dwa pytania, przy reszcie kontekst jest na tyle jednoznaczny, że nie warto ich tu wklejać.

Czytałem „Wywiad, którego nie było” i utwierdzałem się w przekonaniu, że ten kraj, ludzie tam żyjący, przecież jakoś nam bliscy, są kulturowo, emocjonalnie, uczuciowo potwornie od nas dalecy. Niby to wszystko wiemy, niby każdy, kto choć trochę interesuje się Rosją to wie, a jednak za każdym razem szeroko otwieramy usta ze zdziwieniem.

Pisze Bojke „Pytałam sama siebie, czy przyjdzie taki dzień, kiedy rosyjskie społeczeństwo zażąda, by miliardy, które idą na wojsko czy rosyjską propagandę w kraju i za granicą, zostały wydane na drogi, odradzanie rolnictwa czy place zabaw. Za każdym razem dochodziłam do wniosku, że okazuje się, że poczuciem potęgi swojego państwa też można się najeść, a władzom można za nie dużo wybaczyć.” Przepraszam za przydługi cytat, ale wydaje się, że ta refleksja polskiej korespondentki jest nie tylko celna, prawdziwa, ona unaocznia jak bardzo mentalnie jest to inny kraj od reszty Europy.

Kim jest Putin, człowiek, który w ostatnich osiemnastu latach tak bardzo zdominował myślenie o Rosji, że nie sposób sobie wyobrazić, aby jakakolwiek strategiczna (ale często też lokalna, z pozoru nieistotna) decyzja mogła zapaść bez jego udziału? Tak, jest obecny w tej książce, a jednocześnie jest tylko punktem odniesienia. Bo mam wrażenie, że ważniejsze są wydarzenia i ludzie, od których pozornie nic nie zależy. Ci, którzy wyzywają Bojke, bo przedstawi ich w polskiej telewizji w złym świetle, albo ci, którzy kochają swój kraj i przyjaźnie zawiadomią o konferencji, na którą nie dostała zaproszenia. O demonstrantach, którzy nie boją się (albo potrafią stłumić swój strach), a w kraju totalitarnym nie jest to proste, o suto zastawionych stołach w urzędzie, gdy ma się tam zjawić telewizja (wódka, wódka, wciąż najlepszy afrodyzjak!).

Arleta Bojke rozmawia z przyjaciółmi Polski i tymi, którzy mają ją głęboko w…, często są to ważne postaci (na przykład Gleb Pawłowski), a niekiedy prości ludzie – może zresztą ich głos, w którym najczęściej jest podziw i uznanie dla „cara” jest wiodący. To inna książka niż na przykład „Co wy wiecie… o Rosji” Jacka Mateckiego. Inna, bo też rola korespondenta sprowadza go do roli przede wszystkim obserwatora ważnych wydarzeń, do codziennego, natychmiastowego ich relacjonowania. Mam wrażenie, że ten flesz, „setka”, którą trzeba przygotować natychmiast, stawia przed wysłannikiem telewizji ostre, niekiedy być może zmuszające do powierzchowności wymagania. Bo niewiele od niego – oczywiście poza własną inicjatywą – zależy. To „centrala” decyduje co i kiedy należy obsłużyć. Z drugiej jednak strony daje możliwości niepomiernie większe od tych, które ma „powolny” podróżnik. Daje szansę zobaczenia znacznie więcej, zmusza do rozmów, do konkretu.

Czym jest „Wywiad, którego nie było”? Zbeletryzowanym reportażem? Korespondencją wojenną” (tak, tak, Bojke musiała często zakładać hełm i kamizelkę kuloodporną)? Przemyśleniem, próbą zrozumienia Rosji? Ktoś powie: Rosja ma tysiąc obliczy – dobrych, złych, tragicznych, wzniosłych, okrutnych, bohaterskich. Wszystko prawda. Nie da się o tym kraju opowiedzieć jednoznacznie. Wbrew pozorom, ile byśmy tej Rosji nie przeklinali, zawsze będzie nas fascynować, wzbudzać emocje, powodować ból lub szybsze bicie serca. Może dlatego z taką ciekawością sięgamy po każdą o niej relację?

Arleta Bojke – Wywiad, którego nie było. Władimir Putin, PWN, Warszawa 2017, str. 269 +  14 (wkładka zdjęciowa).

Pin It