Michał Piętniewicz

 

Sutki i piersi. O tomie Magdaleny Gospodarek „Rekord szczęścia”.

 


Piętniewicz Michał
     Magdalena Gospodarek: szczerze pisze o seksie i miłości w tym swoim „Rekordzie szczęścia”.
Cały czas chodzi tam albo o pieprzenie, seks, albo o uczucia, które nastają wtedy, kiedy seksu nie ma. Więc jest to trochę monotematyczne. Ale dobrze napisane.
Ma talent dziewczyna, widzę taki zalążek, szansę jej poetyki: odrealnienie sytuacji rzeczywistych, przejście z tymi doświadczeniami trochę za lustro, nie całkiem, żeby nie zwariować, ale trochę.
Jakby ona doprowadziła do pewnej granicy ten seks i tę miłość, bo tam to już jest: pewna, mocna dykcja, cała miłością do mężczyzny przepełniona, w sumie jest to dość ciekawe.


Autorka dużą wagę przywiązuje do zewnętrzności, zmysłów, smaków, zapachów, barw, strojów, ubrań. Innymi słowy do pewnego rodzaju elegancji. Również seks tam nie jest stricte pierwotnym odruchem, ale obwarowany zostaje pewnymi rytuałami, spotkaniami w kawiarni, randkami, posiada swój kodeks i savoir vivre.
     Ten tom, „Rekord szczęścia”, wydaje mi się ciekawy, jako hołd bezwzględnej miłości i bezwzględnego oddania mężczyźnie. Możemy podejrzewać, że jest to mężczyzna silny i zaradny, skoro z okna jego wieżowca roztacza się widok na Manhattan.
Możemy podejrzewać, nawet wysnuć wniosek z tomu, że jest to również mężczyzna, znający rozmaite tricki, dzięki którym zdobywa się kobietę, powiedzmy, jak to wynika z tomu, na zawsze, po ostatnim oddechu, podmiot liryczny deklaruje, że dalej chce być Jego.
Miłość przedstawiona w tomie jest zwierzęca czasem, pierwotna, na pewno nie jest to miłość platoniczna, czy filozoficzna albo intelektualna, niewiele też w tej miłości uczucia, pojmowanego jako relacja dusz.
Albowiem mamy w tym tomie bardziej do czynienia z relacją ciał, kierowanych instynktem pierwotnym, instynktem zaspokojenia siebie nawzajem.
Choć tom jest dobry poetycko i sprawny, brakuje mi w nim pogłębienia relacji damsko – męskiej, choćby poprzez odniesienie do jakiejkolwiek, szerszej całości, czy to społecznej czy to filozoficznej, czy kulturowej.
Jedyną, samowsobną, samoswoją, autoteliczną oraz solipsystyczną całością czasoprzestrzenną, która wyłania się z tomu Magdaleny Gospodarek, jest całość wspólnego, dzielonego z nieco obłędnym (może również trochę obłąkanym, niezwykle pazernym na doznania seksualne), kochankiem, pokoju, w którym rozgrywa się przedstawiony w tomie dramat damsko – męski.
Słowo dramat nie ma tutaj wymiaru aksjologicznego ani antropologicznego, ani filozoficznego, albowiem trzeba je raczej kojarzyć ściśle ze słowem scena.
Jeszcze precyzyjniej, dookreślić trzeba czasoprzestrzeń tej sceny, przymiotnikiem łóżkowa.
Cały bowiem tom Magdaleny Gospodarek, jest rozpisanym na wiele pojedynczych wierszy, sprawozdaniem ze scen łóżkowych.
Oczywiście kwestie prywatne zostawiam na boku, nie wnikam w sprawy ekshibicjonizmu, ponieważ nie obcujemy tutaj z dziennikiem, lecz z wierszami,
których wyznaniowość i bezpośredniość, powinna zostać wzięta w nawias, jak zawsze w liryce, która jest przecież liryką roli, nie człowieka bowiem przedstawia, ale pewien portret czy maskę teatralną. Na ile ona (owa maska), faktycznie jest prawdziwa, albo przedstawia nagie fakty, nie jest zadaniem interpretatora, ale historyka literatury czy biografisty, który szczegóły intymne z wierszy, zestawia na zasadzie analogii, podobieństwa czy sprzeczności, bądź przeciwieństwa, z faktycznym życiem autorki, do którego wstępu, jak sądzę, na razie nie mamy.
Jak przedstawia się ten tom względem interpretacji psychoanalitycznej, zostawiam literaturoznawcom, którzy zajmują się psychoanalizą.
Dość wspomnieć, że podmiot liryczny w tomie jest bardzo zmysłowy (zmysłowa), bo podmiotem jest kobieta, chciwa zapachów, smaków, aromatów, drapieżności, ale przede wszystkim zewnętrzności, powierzchni świata, wyrażającej się na przykład w elegancko nakrytym stole, przy którym odbywa się randka, albo smukłym, dobrze leżącym w dłoni, kieliszku.
Zatem seksualność przedstawiona w tomie, jest również owej powierzchni atrybutem, jej niezbywalną częścią.
Skóra pierwotności jest szorstka, dla wszystkich.
Niemniej pewne emanacje emocjonalno – duchowe, które jakby wbrew owej instynktownie pojętej pierwotności w życiu i poezji się dzieją, nie zostały w tomie Magdaleny Gospodarek uwzględnione.
Mowa tutaj na przykład o związku opartym na realnej głębi, która na przykład znosi całkiem nieźle oddalenie, nawet całkowite oddalenie, całkowite zerwanie, czy nawet oddalenie wynikające z faktu śmierci kogoś z kochającej się pary.
Oczywiście, wiersz – wyznanie, chyba najlepszy poetycko z całego tomu, pomieszczony na końcu tomu, jakoś to tłumaczy, ale tłumaczy jedynie częściowo i co tu nie rzec, dosyć iluzorycznie.
Albowiem przez cały czas trwania akcji, czy owej sceny łóżkowej, o której wspomniałem, kochanek jest bardzo blisko, na wyciągnięcie ręki.
Ta, powiedziałbym klaustrofobiczna bliskość owego obłędnego ukochanego, jakoś stoi w pewnej, logicznej sprzeczności z wyznaniem końcowym -  które przekornie i w kontekście całości tomu i jego kompozycji, niewiarygodnie moim zdaniem rozprawia się z kwestią odejścia, czy też rozstania.
Miłość to dwoje, samodzielnych podmiotów, które nie mogą bez siebie żyć, napisał przed laty nieodżałowany ks. prof. Józef Tischner.
W tomie „Rekord szczęścia”, rzeczywiście mamy do czynienia ze specyficznym rekordem, ale nie tyle miłości chyba, co zmysłowego nienasycenia i pożądania.
Pożądanie czyni podmiot niejako uprzedmiotowionym, o tym wspomniał z kolei w pięknej książce „Miłość i odpowiedzialność”, Karol Wojtyła, św. Jan Paweł II.
Oczywiście nie neguje się tutaj seksualności, jako naturalnego daru od Stwórcy, który powinien dawać radość i pomnażać potomstwo.
Raczej chodzi o ten moment w pożądaniu, kiedy zatracają się granice, dzielące miłość opartą na szacunku i przyjaźni, w rodzaj perwersyjnej gry, samolubnej rozkoszy,
która niczym innym jest jak solipsystyczną i mało pożywną, niewiele do tematu człowieczeństwa wnoszącą, grą wzajemną egoizmów, częstokroć pozornie jedynie będących jednością psychofizyczną, a w istocie zwalczającą się grą dysharmonii, dysonansów oraz przeciwieństw, łagodniejących na chwile w akcie seksualnym, by potem znów powrócić, ze wzmożoną siłą, i tak w kółko, ów mechanizm zdaje się nie mieć końca, pożądanie li tylko na sobie oparte, goni w piętkę, zjada własny ogon.
Nie mówię, że podmiot liryczny „Rekordu szczęścia” nie potrafi kochać. Wskazuję jedynie na pewne niebezpieczeństwa literackie, ujęcia tematu pożądania jedynie poprzez kontekst zmysłowy, cielesny, erotyczny, owych gier i zabaw erotycznych oraz scen łóżkowych, będących wynikiem właśnie tych gier.
     Magdalena Gospodarek to poetka pierwotnej, zwierzęcej, instynktownej zmysłowości, przedstawienia cielesności przede wszystkim w tym aspekcie.
I jest to, co tu dużo nie powiedzieć, chyba aspekt najgłówniejszy.
Dobry warsztat poetycki, tak zwane poetyckie ucho, czucie słowa literackiego w sposób większy aniżeli elementarny, rokują tutaj pewne nadzieje związane z rozwojem tej poetyki.
Trudno powiedzieć, w którą stronę to pójdzie.
Każdy rekord szczęścia jest przecież równocześnie swoim przeciwieństwem, rekordem smutku, miłość cielesna nie załatwi ani jednego ani drugiego.
Stąd potrzeba moim zdaniem otwarcia tej poetyki na konteksty inne od prywatnego, umieszczenia jej w szerszej całości, o czym już wspomniałem.
Brakuje mi przede wszystkim w tomie „Rekord szczęścia” pogłębienia tematu miłości – która opiera się nawet najbardziej sprawnej ekwilibrystyce językowej.
W pozornie dychotomicznej parze: sutki, które służą do ssania w miłosnej pieszczocie i piersi, które służą do karmienia dzieci, podmiot wierszy Magdaleny Gospodarek, wybiera zdecydowanie pierwszy człon tej alternatywy.
Czy to dobrze?
Jak powiedziałem, pozorna to dychotomia i manichejska, bo też jest ten tom jakby egzemplifikacją manichejskich tęsknot i manichejskiego myślenia, akcentujący jedynie ciało, jako przedmiot właściwej kontemplacji, duszę traktując nieco po macoszemu.
Na pewno umieścić go można na antypodach myślenia o miłości, jako o uczuciu platonicznym, będącym swoistą wędrówką duszy poprzez świat i zaświat.
Również sprawa romantyczności jest tutaj zupełnie nieoczywista i jakby zaprzeczona.
Z całą pewnością jest to tom na swój sposób intrygujący (przede wszystkim ze względu na swoje walory językowe, język poetycki jest tutaj bowiem jakby nowy, świeży, nieco odkrywczy poetycko, wciągający).
Równocześnie autor powyższego rozpoznania, stać zawsze będzie po stronie tych, którym wychodzi trochę gorzej, a którzy chcą szlachetniej.
I tyle.

 

Pin It