Anna Maria Musz

 

Na kolcach jeża”, czyli poetycki korowód Jana Stanisława Kiczora

 

na kolcach jezaBył w staropolszczyźnie piękny zwyczaj tworzenia sylw, czyli obszernych ksiąg domowych z różnorodnymi zapiskami. Obok refleksji, wspomnień czy ważnych dat i wydarzeń, spisywało się w nich także ciekawostki bądź warte uwagi wyimki. I choć w kolejnych wiekach domowy ten zwyczaj zanikł, samą ideą literatury sylwicznej „zaopiekowali” się już wyłącznie twórcy: prozaicy oraz poeci. A przyznać trzeba – piszę o tym trzymając w ręku najnowszą książkę poetycką Jana Stanisława Kiczora „Na kolcach jeża” – że w przypadku poety, zwłaszcza obdarzonego dużą wyobraźnią i zmysłem językowym, sylwa stanowi znakomity pretekst do objawienia czytelnikom pełni talentu, poczucia humoru i literackiej zręczności. Zresztą nie tylko samo zróżnicowanie tematyki i formy poetyckich tekstów skłania mnie do poszukiwania relacji między literaturą staropolską a iście barokowym bogactwem premierowego tomu warszawskiego poety. Jest bowiem także w tych wierszach miejsce dla przyjaciół (jak na staropolskiej uczcie), jest biesiadna swoboda (uczta odbywa się wszak głównie w gronie literatów, którzy z reguły abstynencją się nie katują), jest wreszcie miejsce dla utworów układających się w cykle poetyckie – i dla krótkich, kilkuwersowych miniatur.

 

            Być może, choć to tylko domysł, taka właśnie forma najnowszego tomu Jana Stanisława Kiczora jest powiązana w pewien sposób z faktem, że publikacja ukazuje się w roku, w którym autor świętuje jubileusz siedemdziesięciolecia urodzin. Refleksje dotyczące przeszłości, teraźniejszości i przyszłości są zresztą leitmotivem „Na kolcach jeża”, podrzucają także kolejne obrazy, z których można zbudować sugestywny wizerunek podmiotu lirycznego. Komu zatem poeta oddaje głos w wierszach? Wykreowany przez niego podmiot jest mężczyzną w słusznym wieku, z rozbrajającą i nieco kokieteryjną szczerością przyznającym się do licznych słabostek, ale też deklarującym niezmienne umiłowanie życia we wszystkich jego aspektach. Wiele spośród jego monologów stanowi wykładnię pogodnej i zdroworozsądkowej życiowej filozofii, jak choćby w wierszu „(Nie)wygoda”:

 

Niech wrzawę czynią inni poeci,

Chwały, sukcesów i klaki godni,

Ja zaś sam sobie wyjdę naprzeciw,

Bo tak jest mądrzej, no i wygodniej.

 

Bez wątpienia bowiem podmiot liryczny „Na kolcach jeża” jest poetą. Widać to nie tylko w sposobie przeżywania i odtwarzania otaczającego świata, ale także w bezpośrednich zwierzeniach i wyznaniach. Niejedna refleksja poświęcona jest wierszom i samym aktom ich tworzenia, niejedna uwaga stanowi poważną lub żartobliwą potyczkę z poetyckim tworzywem. Satyra w wykonaniu Jana Stanisława Kiczora bywa w tym tomie wyjątkowo cięta, o czym świadczy choćby taki cytat z wiersza „Przerąbane”:

 

Pić zacząłem dość wcześnie z nadzieją, że zanim

flaszka dno poogląda, jeż krótko przystrzyże,

widok dwóch karaluchów na ścianie – omami

i listonosz nie wkurwi z wiadomym awizem

- wiersz się ze mnie wytoczy jak z piwniczki antał.

 

Lecz byłem już pijany w końcu drugiej strofy

i stan się wciąż pogarszał na początku trzeciej,

więc powstał wierszyk marny (żaden z niego profit).

A myszki nie są białe (lecz to pewnie wiecie);

na dodatek się szczerzą starczą bezzębnością.

 

Poeta z wielką łatwością łączy różne formy i języki – wysoki z niskim, liryczny z potocznym – nie tracąc przy tym nic ze swego charakterystycznego stylu. Jego podmiot liryczny bywa i subtelnym lirykiem, i nieco moralistą, i prześmiewcą, i uważnym krytykiem rzeczywistości. Nie traci z oczu rzeczywistości politycznej i społecznej, odnotowując jak Już jesteśmy gotowi. Idziemy na wojnę./

Z kawą, torebką chipsów – przed telewizory [„Popołudniowo”]. Wiedząc, czym jest prawdziwe wzruszenie, bezlitośnie demaskuje cały fałszywy i pusty teatr na przykład świątecznych obrzędów, w których zagubiła się prawdziwa świętość:

 

Była podniosłość, był też nastrój

(choć może wcale go nie było?),

może to tylko rewia błaznów

podmieniających jakość w ilość,

a Mikołajem – zwykły diler?

 

Ktoś się oburzy, że świętości

trywializuję w głupi sposób,

lecz przecież u was jam nie gościł

i własny mieszam gar bigosu

(a ingrediencji nie pamiętam).

 

[„Szarości”]

 

Jednocześnie bardzo często kieruje wzrok nie na innych, a na siebie – własne wnętrze, radości i słabości, sukcesy czy też klęski. Nie ukrywa, że bagaż doświadczeń i przeżyć wpływa na odbiór rzeczywistości, gdy Wnętrze rozkłada zewnętrzność [„Majaczenie”]. Zwierza się z niespełnionych nadziei i tęsknot, rejestruje i nazywa – bez rozdzierania szat – odległy, a momentami przybliżający się lęk przed nieodwołalnym i nieznajomym:

 

(…)

więc cóż oznaczać ma ten świat,

który buduje mara senna?

 

Może to tylko, że już czas,

że wszystko za nas ustalone;

ty fruniesz w świata zgiełk i blask,

ja ciemnym będę szedł kanionem.

 

[„Mara senna”]

 

Jest jednak w tych lirycznych wyznaniach udzielający się czytelnikowi spokój i poczucie równowagi; afirmacji zarówno rządzących światem praw, jak i skutków ludzkich decyzji. Nie oznacza to, że podmiot liryczny akceptuje wszystkie obserwowane zjawiska – te negatywne potrafi wytykać i piętnować. Ale w kwestiach egzystencjalnych i eschatologicznych, w refleksjach związanych z życiem wewnętrznym i w relacjach z innymi ludźmi wykazuje się on daleko posuniętą subtelnością, empatią i czułością. Bez tego wyczucia nie mógłby poczynić takich na przykład wyznań:

 

Gdy zmierzch do wyznań był już skory,

Zaplataliśmy nasze dni,

Ty cerowałaś mój życiorys

Środkiem mgły.

 

[„Od początku”]

 

- albo takich obserwacji:

 

A rzecz się dzieje w tym skrawku ich świata,

Który nie pochmurnieje (jeśli, to na krótko),

I czas jakby się dla nich w powoje oplatał,

By tworzyć przeciwwagę boleściom czy smutkom.

 

To brzmi zbyt idealnie, więc bywam zdziwiony,

Że wśród gonitwy świata, pomieszania pojęć

Żyje pięknie tych dwoje na sobie skupionych,

Pielęgnując wzajemną dla siebie ostoję.

 

[„Dla Joli i Wiesława”]

 

A skoro jesteśmy przy dedykacjach, skoncentrujmy się na chwilę właśnie na tej części twórczości Jana Stanisława Kiczora. Poeta pisze bowiem często i chętnie zarówno o – jak i dla znajomych. W poetyckiej formie składa życzenia, prowadzi dialog, snuje wspomnienia albo plany. Osoby związane ze środowiskiem literackim, w którym Kiczor uczestniczy, bez trudu rozpoznają adresatów jego tekstów; niektórzy spośród nich są zresztą wskazani nie tylko imiennie, ale wręcz z nazwiska. Mam i ja w tej części tomu swój ulubiony fragment, nie wskażę go jednak, wystrzegając się prywaty... dla usprawiedliwienia dodam tylko, że wiersz nie do mnie jest adresowany.

            Lekkość i finezja tekstów z „Na kolcach jeża” przejawia się również w tekstach utrzymanych w klimacie bliskim przedwojennym kabaretom i poezji Gałczyńskiego czy Tuwima...  I choć pojedyncze wiersze czy raczej wersy z tego tomu być może sprawiałyby wrażenie nieco zachowawczych czy też zdominowanych przez rymowaną formę, to takich zbyt „uładzonych” fragmentów jest dosłownie kilka – co zresztą w żaden sposób nie wpływa na odbiór całości. Za to kunszt poezji rymowanej Jana Stanisława Kiczora w pełni docenić można dzięki takim wierszom, jak „Wieczór w Pradze” czy „Rozkołysanie”. W tym drugim czytamy:

 

Ach, moja pani

ze smartfonem w ręku,

nie wiem, czyś na to jest gotowa,

ale tak chętnie bym zamieszkał

w tym malusieńkim pudełku

i błąkał się po twoich słowach

jak po ogrodzie pachnącym

fiołkiem czy różą.

Powiedz, pragnę za dużo?

 

Za to „Wieczór w Pradze”, który ujął mnie szczególnie obrazem, rytmem i tanecznym rozkołysaniem pozwolę sobie zacytować w całości, by na zakończenie pozostawić Czytelników właśnie z tym klimatem:

 

Roztańczyłem się. Noc bladła.

Tam, do diabła

- wzrok już mnie całkiem omamił:

Ile deszczów, ile śniegów

wiszących nad latarniami?

A to trzeba takiej chwili

z chwil tysiąca:

jakiś pomnik się pochylił,

jakby pląsał,

wyszczerzyły się radośnie maszkarony:

mało takich, jak ta dzisiaj, chwil szalonych.

 

A ten śnieg, co zawisł cicho,

grozi palcem,

jakaś jejmość rozdawała dziś kuksańce,

a ten deszcz to w końcu nie wie,

czy ma padać

(jest nadzieja, że ze śniegiem się dogada),

więc latarnie poczekają biało-złote.

Jakieś dziewczę w ciszę wdziera się z chichotem.

I rozbija się ten chichot wprost o ściany,

o latarnie, o spóźnionych, o zawianych.

 

A we mnie wszystko wciąż tańczy,

radość się ślizga w buciorach

i płyną latarnie Wełtawą

prosto pod most Karola.

--------------------------

Jan Stanisław Kiczor, Na kolcach jeża. Wstęp: Jarosław Jabrzemski. Wyd.: Fundacja Duży Format 2017, s. 114.

 

znaczek1

 

Zdzisław Antolski

 

Z JEŻEM ZA PAN BRAT

 

    Jan Stanisław Kiczor to poeta, który ma w darze od natury niesłychaną łatwość operowania słowem poetyckim, rytmem, rymem i porównaniem. Dzięki doskonałej znajomości tradycji literackiej, potrafi on doskonale wcielać się w ducha dawnych mistrzów. To bardzo uprzywilejowana sytuacja, ale również  niebezpieczna dla twórcy, bo stwarza okazje do popadnięcia w tzw. łatwiznę, produkowanie wierszy hurtowo i ześlizgiwanie się na umysłowe mielizny.

    Na szczęście JSK mądrze gospodaruje swoim talentem, choć w jego dorobku znajdziemy zarówno wiersze poważne, dotykające podstaw ludzkiej egzystencji, jak i wiersze ulotne, pisane dla rozbawienia towarzystwa, wiersze przewrotne, ironiczne i po prostu humorystyczne. Od razu muszę stwierdzić, ze niezmiernie mało jest w dzisiejszym, tak bardzo licznym, środowisku poetów polskich, takich właśnie, niejednoznacznych twórców, którzy potrafią czytelnika zmusić do myślenia, ale także pobudzić do śmiechu i zachęcić do autoironii. Ma w sobie Kiczor coś z Boya i atmosfery Zielonego Balonika, ale także myślę, ze świetnie odnalazłby się wśród Skamandrytów w Ziemiańskie, gdzie humor podszyty erotyzmem, bardzo był w cenie, zwłaszcza gdy przy stoliku bawił się również generał Bolesław Wieniawa Długoszowski („Dzwoniąc szablą, od progu idzie piękny Bolek, ulubieniec Cezara i bożyszcze Polek", jak pisał Antoni Słonimski)., również poeta, choć obowiązki wojskowe nie dawały mu zbyt wiele czasu na literackie zajęcia.

    JSK zdaje sobie sprawę, że jego poetyka jest „niemodna” i „niedzisiejsza”, o czym kilka krotnie wspomina w wierszach zamieszczonych w swoim ostatnim zbiorze zatytułowanym „Na kolcach jeża”. Najpełniej, niemalże „programowo” rozprawia się ze współczesnymi „trendami” w wierszu „List do Krystyny”.

 

Zważ, moja droga, na ten fakt, że się „zmieniła” nam poezja.

Wypadła jakby z pięknych ram i pod stołami szuka przesłań,

Gdzie wśród odpadków leży wers myśli banalnej i niechlujnej,

Gdzie koprolalia tworzy wdzięk na miarę czasów – tak to ujmę.

 

    Trudno nie zgodzić się z JSK, ze forma dzisiejszej poezji, przynajmniej w dużej jej części, jest niechlujna, przypadkowa, a przesłanie, jakie zawiera, często banalne, żeby nie powiedzieć prostackie. Choć oczywiście broniłbym prawa do poszukiwań i eksperymentów, które nie muszą być skazane na pospolitość ani płytkość. Poezja współczesna często zawiesza głos, bardziej przemilcza niż dopowiada, pozostawia duże pole niedopowiedzeniom i mniej dba o piękno, a bardziej o prawdę, osobną, indywidualną.

    Ale trzeba też zauważyć, że chyba nigdy jeszcze w Polsce nie tworzyła tak liczna grupa osób mieniących się poetami, autorów rozlicznych almanachów, zlotów i zjazdów, a także portali internetowych. Mam nawet podejrzenie, ze Internet przyczynił się do tak wielkiego rozmnożenia poetyckiej braci. Poziom artystyczny tej „masy krytycznej” poetyckiej jest bardzo różny, czasem przygniatający swoim brakiem indywidualności, a czasem słabości poetyckiej formy, o treści nie wspominając. Podstawowymi cechami tej masowej poezji jest brak indywidualności i brak myśli schowanej za wielo- i pustosłowiem. Pewna moja znajoma z portalu literackiego mawia: - Dzisiaj wiersze piszą wszyscy… I zaiste coś jest na rzeczy.

 

A ty byś chciała, abym znów wspominał senność nocnej ciszy,

Wodził w marzenia, których nikt nie ma ochoty dziś usłyszeć,

Rozbudzał piękno słów i barw skryte w wielkości ludzkich mitów

I w symbolice dawnej tkwił dla dreszczy twoich i zachwytu.

 

    Wydaje mi się, że tutaj autor nieco przesadził, jeśli chodzi o „niepopularność” (nazwijmy to tak nowocześnie i medialnie) klasycznej poezji u czytelników. Ale czegóż zatem chce dzisiejszy poeta i czytelnik?

 

A tutaj trzeba rwać słowa jak kępy zwiędłej trawy,

Do bólu szczypać ludzką jaźń, szyderstwo jakieś pozostawić.

Dzisiaj poeta jawi się jak z aparatem paparazzi,

Za wszelką cenę zrobić news i tylko jakoś go uszlachcić.

 

    Z tym szczypaniem do bólu ludzkiej jaźni, to jeszcze się zgodzę, zwłaszcza że nie tylko ja uważam, iż prawda musi boleć, ale oczywiście występuje też zjawisko pisania drastycznego tylko dla rozgłosu i reklamy. Cóż, skandaliści mają łatwiej, choć żyją krócej, jak choćby najwybitniejsi: Andrzej Bursa, Rafał Wojaczek, Tomasz Pułka… Jednak myślę, że bardziej zagraża nam pospolita grafomania, pisanie tekstów bez sensu, bez ładu i składu, o niczym. Utworów imitujących poezję, lecz nie będących poezją.

 

Lecz ja nie będę czołgał się poprzez szczeliny, dziury w płotach,

Jeżeli wejdę to poprzez drzwi, choćbym się musiał z kimś szamotać.

I choć krytyka wzburza się na staromodność takiej frazy,

Dla ciebie piszę – dobrze wiem, o jakim wierszu dzisiaj marzysz.

 

    Tutaj odezwała się duma poety, świadomego swojej wartości. Choć Bogiem a prawdą, nie przypominam sobie, żeby krytyka pastwiła się nad JSK, raczej zbiera pochwały od takich wymagających krytyków jak Leszek Żuliński, czy Stefan Jurkowski, z którymi autor „Chichotu na rozstajach” pozostaje w komitywie. Nie tylko z nimi zresztą, w omawianym tomiku aż roi się od dedykacji, które czasami zastępują tytuł utworu. Nie chwaląc się, ja również zostałem obdarowany przez Szanownego Autora, który wszak przyznaje się do przynależności do „scyzoryków kieleckich”. Przed laty, w czasach swojej młodości, działał w kieleckim Wojewódzkim Domu Kultury, w Dyskusyjnym Klubie Filmowym, w którym swoje filmy robił również młodziutki Janusz Anderman, o czym detalicznie opowiedział w jednej ze swoich „fotografii”.  Niektórzy z przyjaciół już odeszli, jak choćby niezapomniany Zbigniew Irzyk, redaktor tygodnika „Kierunki”, autor wspomnień o warszawskiej literackiej cyganerii z czasów komunistycznych, któremu JSK poświęcił ciepły wiersz-wspomnienie.

 

    Ale Autor, oprócz tego, ze pisze dla grona wiernych czytelników, przede wszystkim tworzy dla własnej satysfakcji:

 

Strojny w czarowność przyjaznych kątów

Z własnych lub, bywa, cudzych zasłyszeń

Bez napinania, psychicznych tortur,

Klasyczny w formie – wiersz dzisiaj piszę.

 

Niech wrzawę czynią inni poeci,

Chwały, sukcesów i klaki głodni,

Ja zaś sam sobie wyjdę naprzeciw,

Bo tak jest mądrzej, no i wygodniej.

 

Czasami (bywa w stanie upojnym)

Coś pchnę na konkurs (bo rozum drzemie);

Z tą poetyką - jestem spokojny,

Werdykt sprowadzi szybko na ziemię.

 

    Tu bym się z Szanownym Poetą nie zgodził, bo jest laureatem kilku prestiżowych konkursów, a i w Kielcach, choć nie na najwyższym, ale stał na podium kilkakrotnie. Wiersz zaś tak kończy:

 

Ale to wszystko przecież nieważne,

O własnym szczęściu trzeba pamiętać

I w ciszy domu, ciszy przyjaznej,

Spokojnie czytać Brylla, Herberta…

 

    Ja bym dodał, że trzeba także czytać Jana Stanisława Kiczora… Ale może nie wszyscy czytelnicy znają tę postać, więc postanowiłem przytoczyć jego sylwetkę z okładki najnowszego tomiku: „Jan Stanisław Kiczor (ur. 15.05.1947 r.). Autor siedmiu tomików poetyckich, finalista kilkunastu ogólnopolskich konkursów poetyckich. Na stałe mieszka w Warszawie. Debiutował “wierszami tygodnia” w 2011 r. w e-tygodniku literacko-artystycznym “Pisarze.pl”, z którym nadal współpracuje. Jego wiersze ukazały się w takich tytułach, jak: “POEZJA dzisiaj”, “Liry Dram”, “Tygiel”, “Nowa Gazeta Literacka”, “Krytyka Literacka”, “Gazeta Kulturalna”, “Poezja ART”, w prasie lokalnej, oraz rozlicznych antologiach. Jest współwłaścicielem forum literackiego “Ogród Ciszy”, na którym także publikuje. Od 2013 roku - członek Związku Literatów Polskich”.

    Bohdan Zadura, mój ulubiony poeta, redaktor naczelny miesięcznika „Twórczość” i wg. mnie najbardziej oryginalny z żyjących współcześnie poetów, stwierdził w wierszu „Na wszelki wypadek”, iż „Albowiem pisarz ze mnie jak z koziej dupy trąba czego mówić nie powinienem przekonany że są ode mnie gorsi”. Cóż, zawsze się można pocieszać, że są gorsi…

    Po lekturze zbiorku Jana Stanisława Kiczora „Na kolcach jeża” chciałbym z całą mocą zaakcentować, że poeta z niego pełną gębą. Wiersze, zawarte w tomiku, to są rozmowy autora z samym sobą i z innymi ludźmi, z czytelnikami i poetami. Nie ma w nich za grosz mentorstwa, jak chciał mi wmówić pewien znajomy poeta, ani pouczania, jest wiele wątpliwości, niedopowiedzeń i światłocienia. Ale jest dominująca duchowa potrzeba dialogu, szukania wspólnych tematów. Bo Jan Stanisław Kiczor to człowiek niezwykle towarzyski i życzliwy innym poetom, co odczułem na własnej skórze i duszy. Lubi głośne czytania i rozmowy, zwłaszcza przy szlachetnych trunkach, jak sam imć Onufry Zagłoba.

    Kocha też nasze polskie Boże Narodzenie i Zaduszki i nocne rodaków rozmowy, a nawet zastanawia się, co znaczy dziś hasło: Bóg, Honor, Ojczyzna? A czyni to bez patosu i patriotycznego zadęcia, a zupełnie po prostu, zwyczajnie i codziennie. Ale jeśli w jego wierszach pobrzmiewają echa poezji Jana z Czarnolasu, poetów Baroku i Romantyzmu i słychać brzmienie Lutni Leśmiana i Staffa i Skamandrytów, to nigdy nie jest to czcze naśladownictwo, ale efekt rozmiłowania w polskości, w tradycji literackiej i kwestia twórczej kontynuacji. W dodatku zawsze z poczuciem humoru i autoironią.

    Nie umiem tylko rozszyfrować tytułu zbiorku. Bo cóż ma oznaczać „Na kolcach jeża”? Czy jest to ulubiony sposób komunikacji Autora, ale przecież piekielnie niewygodny? Czy też aluzja, że jeż byle kogo, ani byle czego na swoim grzbiecie dźwigał nie będzie?

………………………………………………..

Jan Stanisław Kiczor „Na kolcach jeża”, Fundacja Duży Format, Warszawa, 2017, s. 113

Zdzisław Antolski

 

Pin It