Lech Śliwonik

 

Lekcja dla  teatru 

Rewanż  zlekceważonych

 

sliwonik lech

 

W dwóch miastach – Bydgoszczy i Kaliszu – rozegrały się w teatrach podobne wydarzenia. Mimo wysokiej samooceny dyrekcji, wspieranej kategoryczną ofensywą zewnętrznych sprzymierzeńców i mediów, lokalna władza nie przedłuża kontraktu – ogłasza konkurs, który dotychczasowe kierownictwo przegrywa. W obu przypadkach dotyczy to sceny, lokującej się w nurcie teatru krytycznego  (inne autocharakterystyki: politycznie zaangażowany, progresywny).  Ciekawe czy liderzy tego nurtu zorientowali się jakie popełnili błędy. I który błąd był decydujący.

 

Teatrem Polskim im. H. Konieczki w Bydgoszczy przez osiem lat kierował Paweł Łysak, po jego odejściu (2014) ogłoszono konkurs. Wygrał – mocno popierany przez poprzednika – Paweł Wodziński. Zadeklarował kontynuację dotychczasowej linii. Niebawem okazało się, że zapowiedź realizuje, ale znacznie silniej kieruje scenę w stronę faworyzowanego przez część środowiska „teatru krytycznego”. Pojawili się nowi reżyserzy, nowi aktorzy, zmienił się charakter Festiwalu „Prapremiery”, prowadzonego przez Teatr. Część zespołu podnosiła wartość linii programowej jako „związanej tematycznie z równościowymi i demokratycznymi projektami społecznymi”. Stronnicy dyrekcji – część krytyki i środowiska – chętnie podkreślali ogólnopolskie sukcesy: zaproszenia na festiwale, zdobyte nagrody. Inaczej widzieli sytuację bydgoscy teatromani – widownia pustoszała, coraz więcej było głosów krytycznych. 

Kiedy prezydent Bydgoszczy zapowiedział ogłoszenie konkursu, część zespołu wyraziła sprzeciw – wystosowała list otwarty, po spektaklach odczytywała ze sceny „protest”, w sukurs przybyły media. Konkurs został ogłoszony, zgłosiło się 7 kandydatów. Termin rozstrzygnięcia przez komisję ustalono na 17 marca. I wtedy opinia publiczna została zaalarmowana dwoma zbiorowymi oświadczeniami. To bardzo ważne dokumenty – odnoszą się do sytuacji Teatru Polskiego w Bydgoszczy, ale w istocie składają się na syntezę - wskazują na jeden z najważniejszych, najtrudniejszych  i najbardziej zakłamywanych problemów  polskiego życia teatralnego. Pierwszy (w kolejności) dokument to „Otwarty list poparcia środowiska artystycznego dla kandydatury Pawła Wodzińskiego”, podpisany przez 35 (przeważnie Warszawa) twórców teatru, badaczy, krytyków, dziennikarzy.  Drugi – „Petycja ws konkursu na dyrektora Teatru Polskiego” jest sygnowany przez bydgoskich „twórców teatru, literatury, sztuk plastycznych, a także widzów teatralnych”. Pierwszy nazwać można „olimpijską narracją” (termin z poetyki – trafny bo mieści się w nim wszechwiedza i patrzenie z dystansu)  teatralnych autorytetów, drugi komentarzem tubylców. Zestawienie fragmentów tekstów pozwala wydestylować dwuskładnikową (pozornie!) esencję. Dokonajmy tego zestawienia, kierując reflektor na dwie sprawy.

      Teatr – linia programowa

Narracja olimpijska:  Trzy sezony jego [Wodzińskiego] dyrekcji zaowocowały pobudzającym do myślenia i podejmującym istotne tematy społeczne i kulturowe programem artystycznym oraz ustabilizowaniem niezwykłego zespołu, świadomego pełnienia misji publicznej. W tym czasie powstały aż 22 premiery teatralne, co oznacza, że niemal w każdym miesiącu realizowano nowe przedstawienie. W tę intensywną pracę bydgoskiego teatru zaangażowani byli uznani artyści teatralni, reżyserki i reżyserzy, których twórczość nie tylko zyskała uznanie publiczności, ale została też doceniona na polskich i zagranicznych festiwalach. 

Komentarz tubylców:  Krytycznie oceniamy kadencję Pana Dyrektora Pawła Wodzińskiego oraz jego zastępcy Pana Bartosza Frąckowiaka. Teatr ze sceny prowadzącej ożywczy dialog z widownią zmienił się w silnie zideologizowane, hermetyczne laboratorium. Proces ten rozpoczął się już za rządów poprzedniego dyrektora, jednak przez jego następców został doprowadzony do absurdu. 

Niestety, repertuar proponowany przez Panów Wodzińskiego i Frąckowiaka preferuje spektakle będące na ogół toporną ilustracją haseł politycznych bądź reportaży z jednego kręgu ideowego. Znamienny jest odwrót od klasyki, od wielkiej literatury na rzecz naprędce tworzonych scenariuszy mających niewiele wspólnego z dobrą dramaturgią, często zaś wymierzonych we wrażliwość i przekonania dużej części odbiorców. 

       Teatr - publiczność

Narracja olimpijska:  Od czasu objęcia dyrekcji przez Pawła Wodzińskiego bydgoskim spektaklom towarzyszą rozbudowane wydarzenia kontekstowe - działania edukacyjne, debaty i warsztaty - prowadzone przez wybitnych twórców, ekspertów i dziennikarzy. Co więcej, w myśl misji publicznej wydarzenia te są ogólnodostępne i darmowe, dzięki czemu mogą w nich uczestniczyć wszyscy chętni. Doprowadziły one do utworzenia grupy wiernej publiczności biorącej żywy udział w życiu teatru, twórczo rozbudzonej wieloma adresowanymi do niej programami, zainteresowanej proponowanymi przez teatr formami - jednym słowem, publiczności, która znalazła tu swoje miejsce. 

Komentarz tubylców:  W wystąpieniach zespołu artystycznego publikowanych w ostatnim czasie w ogóle nie pojawia się widz. Nieoficjalnie zaś ze strony zespołu padają stwierdzenia w rodzaju "widz nie jest nam potrzebny". Budzi to nasz sprzeciw i zaniepokojenie. Uważamy, że teatr jest wielką rozmową o człowieku, ale do rozmowy potrzebne są co najmniej dwie strony. Bez widowni teatr traci swój podstawowy sens i staje się jałową publicystyką. 

Teatr Polski w Bydgoszczy jest JEDYNĄ zawodową sceną w mieście, stąd ciąży na nim obowiązek prowadzenia dialogu z widzami o różnorodnych, w tym również odmiennych od kierownictwa teatru, poglądach. Dotychczasowy kurs kierownictwa teatru spowodował odpływ części widowni, która nie znajduje w nim propozycji dla siebie. 

*

Głębszej różnicy być nie może: zdaniem autorytetów – osiągnięto spełnienie, stan idealny;  zdaniem tubylców – nic nie zasługuje na pozytywną ocenę. Jaka jest przyczyna takiego stanu? Odpowiedź jest boleśnie prosta –  zlekceważono widza. Sporządzono program  (w tym repertuar, działania pozaspektaklowe) wedle własnego uznania, a raczej własnego „widzimisię”. Doszło do zniweczenia tego, co zawsze było podstawą sensem  istnienia teatru: dialogu. Jak to było możliwe? Tu musimy wyjść poza teren Bydgoszczy. Otóż pewna część polskiego teatru – wcale nie mała, mocno wspierana przez niektóre media i spójny odłam  krytyków i badaczy – buduje swój byt na sformułowanej i kategorycznie propagowanej tezie: my tworzymy teatr  artystyczny i społeczny. To pierwsze znaczy –  kreator decyduje o kształcie i zawartości dzieła sztuki i nikt nie ma prawa się wtrącać; krytyka zostanie zlekceważona lub wyszydzona, protest - uznany za niszczenie wolności artysty. Drugie zawiera się w oznajmieniu, że zadaniem teatru jest „przepracowywanie ważnych tematów społecznych” (powtarzają to autorytety). Oczywiście, sam teatr rozstrzyga, co dla społeczeństwa jest ważne. A jeśli ktoś się uprze i kwestionuje wagę? – będzie zacofańcem, wstecznikiem, wrogiem demokracji. „Rozbudowane działania kontekstowe” (autorytety) zaczynają wypierać spektakle. Coraz więcej debat, „edukacji”, warsztatów z ich obowiązkową zmorą – ćwiczeniami integracyjnymi. Coraz mniej tego, co od wieków nazywa się repertuarem, czyli wystawiania pewnego kanonu kulturowego – polskiej i światowej dramaturgii. Kierowniczka artystyczna sceny kaliskiej, Weronika Szczawińska,  oświadcza bez owijania w bawełnę: teatr ma przeciwstawiać się „powtarzaniu utartych wyborów repertuarowych”. Sami napiszemy – scenariusze, projekty, performance albo „przepiszemy” dawne starocie. W jednoteatralnym mieście, teatr repertuarowy nie chce grać repertuaru, ale nie rezygnuje z dotacji, należnej scenie repertuarowej.

A co z publicznością, która przywykła do teatru repertuarowego, która czeka na klasyczny dramat w tradycyjnej inscenizacji, albo – o, zgrozo! – na komedię czy farsę? Odpowiedź  banalnie prosta – jest niepotrzebna. Oświadczenia grupy pod nazwą Kaliska Inicjatywa Miejska można określić tylko jednym mianem: haniebne. Grupa obywatelska wyklucza inna grupę: „Odeszło  [!] część admiratorów fars i widzów preferujących klasyczną estetykę, ale dołączyli poszukiwacze oryginalnych form”. Kim są ci, którzy odeszli? Wyższy stopień  hańby, osiąga wybitna – w ocenie „Gazety Wyborczej” -  badaczka teatru: „Władze [Bydgoszczy] chcą Teatru Kulturalnego Miasta, przed którym nie będzie pikiet, tylko mieszczki z mieszczanami w salonowych humorach. Wystarczy, żeby zapełnić widownię…”. No, właśnie – mieszczaństwo! Kiedyś mówiło się wprost – kołtuneria. Prof. Krystyna Duniec z PAN wie, kto jest  wrogiem postępu. Wroga trzeba wygnać, bo mamy już „grupę wiernej publiczności…twórczo rozbudzonej” (autorytety) przez progresywny teatr.  Taka „rekonstrukcja” nie jest w Polsce czynem oryginalnym. 

 Dzisiejsi inżynierowie widowni mają dobre wzory w przeszłości – budowniczych jedynie słusznej idei i praktyki realizmu socjalistycznego. „W ciągu dwu ostatnich lat widownia przekształciła się z mieszczańsko-inteligenckiej na inteligencko-robotniczą. Przy dalszej aktywizacji partii i związków zawodowych proces ten będzie stale pogłębiał się…” – tłumaczył na naradzie w Oborach konstruktor systemu, Włodzimierz Sokorski. Jego podwładny, szef departamentu zapowiadał  „coraz bardziej klasowy charakter widowni; oznaczać to będzie odchodzenie mieszczaństwa, a przypływ do teatru ludzi pracujących.” Mniejsze pieski dziennikarskie ujadały na „zjawisko mieszczańskości teatru”, na „uleganie ideologii drobnomieszczańskiej”. Nie minął rok, a tuba prasowa systemu (Jaszcz) obwieściła triumf roku przełomu: „trudno mówić o jakiejkolwiek przewadze widowni mieszczańskiej”. Na tę inżynierię poszły gigantyczne środki, włączono partię i aparat państwowy. A mimo wszystko – porażka. Po 20 latach badacze problemu (Hieronim Kubiak, Kazimierz Żygulski, Maria Burdowicz-Nowicka) stwierdzili że udział klasy robotniczej w teatrze instytucjonalnym mierzyć można tylko w promilach!!! Mieszczuch wygrał.

Wygrał i dzisiaj – głównie dzięki wsparciu przez lokalne samorządy. Nie dlatego że one „pisowskie”, ale dlatego że pojęły prostą prawdę: niebawem wybory, a o wynikach nie będę decydowały głosy autorytetów, jurorów festiwali, żurnalistów. Kartki do urn będą wrzucali miejscowi, a oni zostali przez teatr obrażeni wzgardą, lekceważeniem. Teatr mieniący się politycznym niczego nie zrozumiał z politycznej klęski swojej formacji po odrzuceniu „moherów”.

*

Refleksja nie całkiem obok relacjonowanej sytuacji – minęło zaledwie pięć lat od momentu, gdy  te same autorytety wznosiły okrzyk: „widz nie jest klientem”, zwracały się zalotnie do „naszych widzów, dyskutantów, współtwórców kultury”, zachęcały do odzewu na adres www.poparcie_widzów. Albo porozumienie było pozorne, naciągane, albo doszło do zerwania, bo jedna strona poczuła swa siłę, uznała że może stawiać warunki. To zapewne jest najcięższym grzechem teatru krytycznego. Czego można mu życzyć? Może wspólnego  wykonania pieśni wypijmy za błędy… 

 

Lech Śliwonik

Kwartalnik TKT „Scena” nr 1-2 / 2017

 

Pin It