Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

 

 

 

Vivat Ossolineum

bez dogmatuGdy patrzę na nowe okładki egzemplarzy Biblioteki Narodowej wydawanych od dziesięcioleci przez Zakład Narodowy im. Ossolińskich, doznaję krzepiącego uczucia. Bierze się ono z konstatacji nie pozbawionej (o horrendum) krzepiącego zaskoczenia, że tego typu wspaniała działalność na rzecz kultury polskiej trwa nadal.

Właśnie dzięki Ossolineum powróciłem po wielu latach do lektury „Bez dogmatu” Henryka Sienkiewicza. Tym razem ze wstępem profesora Tadeusza Bujnickiego (zbieżność nazwisk nieprzypadkowa – to syn słynnego kiedyś poety wileńskiego, współzałożyciela przedwojennej grupy poetyckiej „Żagary”, Teodora Bujnickiego), wybitnego znawcy twórczości Henryka Sienkiewicza.

 

Odebrałem tę niezwykłą (w tym przypadku słowo „niezwykła” bynajmniej nie jest banałem) powieść Sienkiewicza jako szokująco aktualną, a przede wszystkim szokująco proroczą. Ten piewca narodowej krzepy i krzepiciel polskich serc w „Trylogii” i „Krzyżkach”, ten piewca (choć byli i tacy, którzy podejrzewali mocno skrytą kpinę i zawoalowaną krytykę) dorobkiewiczostwa i konformizmu połaniecczyzny w „Rodzinie Połanieckich”, napisał epistolarną powieść o dekadencji,  o zwątpieniu, o dekompozycji niektórych tzw. tradycyjnych polsko-katolickich wartości w duchowości i świadomości części polskich elit umysłowych. Sienkiewicz obrazuje ten moment w polskiej historii kulturowo-społecznej, w którym tradycyjny katalog polskiej tradycji patriotyczno-ziemiańsko-katolicko-konserwatywnej oraz optymizm pozytywistyczny (pokazała to Ewa Paczoska w  znakomitym eseju „Prawdziwy koniec XIX wieku”) zaczynają podlegać ciśnieniu nowej epoki, później nazwanej modernizmem, z jej pesymizmem, zwątpieniem, względnością ocen, przerafinowaniem uczuciowym i umysłowym, sceptycyzmem w stosunku do starej cywilizacji, pośpiechem.  Nie tylko Sienkiewicz czuł i zauważał ten nastrój. W „Nad Niemnem” Elizy Orzeszkowej jest postać Zygmunta Korczyńskiego, młodego człowieka, który expressis verbis, w rozmowie ze swoją matką, powstańczą, patriotyczną wdową, gwałtownie deklaruje radykalny kosmopolityzm, odrzuca tradycyjne „polskie wartości i powinności” i wybiera życie za granicą.

To był czas (tzw. „akcja” „Bez dogmatu” to lata 1883-1884, a rok wydania 1887) początku starcia dwóch światów - archaicznej obyczajowości, moralności, myślenia i czucia ze światem uderzającym w te archaizmy. To czas zbliżania się wielkiego przełomu modernistycznego, w Polsce nazwanego, a jakże, Młodą Polską. O swojej powieści Sienkiewicz napisał w jednym z listów, że „zachciało mu się zstąpić trochę głębiej w duszę nowożytnego, przecywilizowanego człowieka”. Ten „przecywilizowany człowiek”, główny bohater „Bez dogmatu”, to Leon Płoszowski, polski arystokrata, także arystokrata ducha, człowiek wyrafinowany, wykwintny, uczony, ktoś przypominający amoralnego Petroniusza, a przy tym kosmopolita, co prawda połączony więzami z Polską, ale większość czasu spędzający większość czasu w Rzymie i Paryżu. I wiele na to wskazuje (zwraca na to uwagę m.in. badaczka twórczości i biografii Sienkiewicza prof. Jolanta Sztachelska), że Płoszowski jest w znacznym stopniu porte parole pisarza, że był on w gruncie rzeczy bliższy postawom sceptycznym wobec tradycji narodowej, że przeżywał podobne do swojego bohatera dylematy i że był mu o wiele bliższy duchowo i intelektualnie niż Skrzetuscy, Wołodyjowscy, Nowowiejscy, Wiśniowieccy,  i inni polscy patriotyczni wojownicy z jego powieści. Kto wie, czy to właśnie nie jest prawda o psychice Henryka Sienkiewicza, krzepiciela serc polskich”, pisarza, którego Bolesław Prus, Stanisław Brzozowski i Witold Gombrowicz uważali za „klasyka ciemnoty polskiej”, herolda szlachetczyzny, pisarza kościółkowego, niemal reakcjonistę. Kto wie, czy monumentalne wizje „Trylogii” i „Bez dogmatu” były jedynie w wydaniu Sienkiewicza wielkim teatrum, powodowanym raczej estetycznym upodobaniem do Sarmatyzmu oraz wyczuciem koniunktury czytelniczej, aniżeli zwierciadłem jego wewnętrznych przekonań.

I jeszcze jedno. „Bez dogmatu” brzmi dziś bardzo współcześnie, bo można się w nim doczytać podobnego mechanizmu, który animuje dzisiejszą, nam współczesną rzeczywistość polską. Po sporze między Sarmatyzmem a Cudzoziemszczyzną, swojactwem i kosmopolityzmem u schyłku XVIII wieku (znakomicie pokazali to m.in. Franciszek Zabłocki w „Sarmatyzmie” czy Henryk Rzewuski w „Listopadzie”, genialnie i metaforycznie ujmował  ten motyw Juliusz Słowacki w takich dramatach jak „Horsztyński”, „Fantazy”, „Lilla Weneda” czy „Kordian”), po sporze między Tradycją a Nowoczesnością w epoce „Bez dogmatu”, przeżywamy prawdopodobnie trzecią odsłonę tego dramatu, który po katastrofie smoleńskiej przybrał formę paroksyzmu, gwałtownego, radykalnego konfliktu między Polską europejską dążącą ku nowoczesności i Polską postsarmacką, wrogom zmianom, antyeuropejską.

O „Bez dogmatu” jednak tyle, wszystko znajdą Państwo w opracowaniu Tadeusza Bujnickiego, natomiast jeszcze kilka zdań natomiast o serii Biblioteka Narodowa. W ostatnich latach ukazało się kilka znakomitych, arcycennych edycji, m.in. ponowne wydanie mickiewiczowskiego „Pana Tadeusza”, a także „Wybory poezji” Hieronima Morsztyna, Tadeusza Różewicza, Wisławy Szymborskiej, „Wybór pism” Mikołaja Reja, a także „Wybór pism” Mikołaja Reja. Przyznam, że szczególnie ostrzę sobie zęby na lekturę wyboru opowiadań Josepha Conrada oraz „Polskiej jesieni” Jana Józefa Szczepańskiego. Znam co prawda te dzieła, ale nie czytałem ich akurat wraz z opracowaniem krytycznym Ossolineum, a te opracowania nie mają sobie równych w polskim edytorstwie. A w czasach zagrożeń dla kultury polskiej, w szczególności dla coraz częstszych zagrożeń wolności ekspresji artystycznej. Wszystkim, których fascynuje dawna polska literatura i polska myśl krytyczna, powinni po te edycje bezwzględnie sięgnąć. Vivat Ossolineum!

Henryk Sienkiewicz – „Bez dogmatu”, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 2015 , str. CXII oraz 503, ISBN 978-83-61056-88-1

--

 

„Lord Jim” zremasteryzowany

LordJimTo moje już n-te spotkanie z „Lordem Jimem”. Pierwsze miało miejsce w „szczenięcych latach”, w 1968 roku, a było to spotkanie z dwutomowym wydaniem PIW z popularnej serii klasyki z logiem „skowronka”, z niezapomnianymi okładkami przedstawiającymi żaglowce, a zaprojektowanymi przez Aleksandra Stefanowskiego. To sprawiało, że - nieświadomemu niedorostkowi - naiwnie wydawało mi się w pierwszej chwili, że można tę powieść postawić obok „Dzieci kapitana Granta” Juliusza Verne, „Czerwonego korsarza” Jamesa Fenimore Coopera czy „Wyspy skarbów” Roberta Louisa Stevensona. Pomyliłem się oczywiście i ta pierwsza, młodzieńcza lektura „Lorda Jima” była dla mnie bardzo trudna.

 Tym razem kolejne spotkanie zawdzięczam wydawnictwu MG, które także dostarcza czytelnikom wielkiej klasyki, acz bez dodatku aparatu naukowego, jak Ossolineum. Do tego w nowym przekładzie Emilii Węsławskiej, który „zluzował” historyczny, zasłużony, ale z lekka już archaiczny przekład Anieli Zagórskiej, znajomej Conrada.

„Lord Jim”, to powieść o odpowiedzialności moralnej, o winie i karze, o poczuciu winy i jej odkupieniu, o ekstremalnych próbach, przed którymi człowiek stawiany jest przez los, monumentalny moralitet o uwarunkowaniach godności ludzkiej. Napisano o tym dziele dziesiątki tomów, setki szkiców i esejów, bo przecież conradologia należy do najobfitszych w publikacje gałęzi literaturoznawstwa, tym bardziej, że łączyła zawsze siły polskie i angielskie. Tytułowy oficer z „Patny” właśnie te wszystkie doświadczenia winy i jej odkupienia przeżywa i właściwie jest – pars pro toto – każdym z nas. Właśnie na tym polega wielkość tego dzieła, do którego ciągle warto wracać, tym razem dzięki wydawnictwu MG. Gorąco rekomenduję tę lekturę. 

Joseph Conrad – „Lord Jim”, przekł. Emilia Węsławska, wyd. MG, Warszawa 2016, str. 352, ISBN 978-83-7779-342-8

--

 

Ten monumentalny Sandor Marai

dziennik 1943 1948Zawsze niemal odruchowo porównuję walory prozy powieściowej i walory dzienników u tych wybitnych pisarzy, którzy diarystykę uprawiali bądź uprawiają. W przypadku Gombrowicza stawiam miedzy jego powieściami a dziennikami znak równości. To równie wybitne dzieła literatury. Z Nałkowskiej wolę dzienniki od jej prozy. Z Dąbrowskiej także. Nie wiem, czy nie graniczy to z deprecjonowaniem walorów ich prozy, ale mam nadzieję, że nie. Z Iwaszkiewicza wolę jednak prozę, choć jego dzienniki są w warstwie faktograficznej frapujące. Podobnie z Jana Józefa Szczepańskiego – wolę jego prozę niż dzienniki. Podobnie z Mrożkiem. Andrzej Kijowski był prozaikiem tylko w wąskim zakresie. Był przede wszystkim eseistą i właśnie autorem znakomitego dziennika. Mógłbym tak długo, ale spójrzmy z tego punktu widzenia na dziennik Maraia. Ogromnie cenię, i nie jestem rzecz jasna odosobniony, ale postawiłbym między nią a dziennikami znak równości, remis, ze wskazaniem na dzienniki. Jego powieści są wybitne, ale ostatecznie mógłbym się bez nich obejść, znalazłbym powabniejsza prozę. Bez dzienników już nie. To monumentalne dzieło wielkiego artysty, wielkiego umysłu, znakomitego erudyty. Tom pierwszy obejmuje życie w faszystowskich Węgrzech i kilka lat życia na Węgrzech stalinowskich, aż do momentu emigracji z pierwszym postojem w Wiedniu (1943-1948). Już samo to podwójne doświadczenie czyni ze świadectwa Marai’a coś niezwykłego. Przepraszam za odrobinę patosu, ale lektura tego tomu, to wielka uczta estetyczna, intelektualna i duchowa.  Nic dodać nic ująć. I tylko jeden ciemny aspekt tej lektury - to, co wokół nas zanadto i niepokojąco zaczyna upodabniać się do obrazu naszkicowanego przed dziesięcioleciami. Marai nasz współczesny?

Sandor Marai – „Dziennik 1943-1948”, wyd. „Czytelnik”, Warszawa 2016, wybór, przekład, opracowanie, przypisy i posłowie Teresy Worowskiej, str. 525, ISBN 978-83-07-03380-8

 

-- 

 

Kobiety w arcymęskim cesarstwie

pierwsze damyCo za satysfakcja! Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów popularna rzecz o starożytnym Rzymie nie sporządzona metodą „kopiuj-wklej”, lecz będąca autorską opowieścią na bazie ustaleń naukowych, na podstawie bogatego piśmiennictwa, jednocześnie nie bez cech dobrego eseju. Autorka opowiada o najważniejszych kobietach Rzymu i rozpoczyna od „matki” albo „pierwszej damy” cesarskiego Rzymu”, sławnej Livii, żony cesarza Augusta. Ta Livia zawsze kojarzy mi się z tzw. Villa Livia, której ruiny, wznoszące się nad okolicą, można zobaczyć w podrzymskiej Prima Porta, nieopodal stacji kolejowej „Prima Porta”. Byłem tam wiele razy od 1995 roku począwszy, liczne dziesiątki razy obok niej przechodziłem, ale nigdy nie znalazłem sobie wystarczającej determinacji, by wspiąć się na zadrzewione wzgórze w upał, a zawsze bywam w Rzymie w upały. Może  ta  lektura skłoni mnie, by tam wreszcie się przy najbliższej okazji wspiąć. Kolejne rozdziały poświęcone są innym kobietom Augusta, kobietom czasu Tyberiusza, ostatnim cesarzowym dynastii julijsko-klaudyjskiej, pierwszym damom Flawiuszów, pierwszym damom drugiego stulecia, cesarzowej filozofce Julii Domnie, pierwszej cesarzowej chrześcijańskiej i kobietom w czasach Konstantyna oraz pierwszym damom ostatniej rzymskiej dynastii cesarskiej. Dobrze napisana, bogata w fakty, w interesujące interpretacje, ciekawie naświetlona kobieca historia najbardziej męskiego z męskich państw – starożytnego Rzymu. Pyszna lektura.

Annelise Freisenbruch – „Pierwsze damy antycznego Rzymu”, przekł. Grażyna Waluga, wyd. Bellona, Warszawa 2017, str. 615, ISBN 978-83

--

 

Z Krakowem w tle

slonce umieraPo tej dawce rzeczy o dużym i jeszcze większym ciężarze gatunkowym, czy to artystycznym czy tematycznym, teraz coś lżejszego, dla pań zwłaszcza (mam nadzieję, że feministki nie wypatrzą tego zdania).

„Młoda artystka z Krakowa spotyka na swoje drodze ulicznego muzyka, który wniesie w jej poplątane życie uczucie i tajemnicę” – tak przedstawia temat tej powieści Ewy Cielesz wydawnictwo. To tom pierwszy. Drugi ukarze się jesienią. Bardzo sympatyczne czytadło.

Ewa Cielesz – „Słońce umiera  i tańczy”, wyd. Axis Mundi, Warszawa 2017, str. 228, ISBN 978-83-64980-46-6

Pin It