Andrzej Walter

 

Fak maj lajf

 

fak maj

 

   Zbigniew Lebioda jest redaktorem naczelnym gazety „Tylko życie” i zapełnia w głowach pustkę tego świata złaknionym zaistnienia w świetle reflektorów szarym robotnikom codzienności. Jest jednocześnie wyjątkową kanalią, która nie cofnie się ani o krok przed odarciem z tajemnicy wszelkich tabu. Jak możemy przeczytać na rewersie okładki – „bo to działa na każdego. Władza, pieniądze, sława. Są ludzie gotowi zapłacić każdą cenę. I zapłacą”.

   Fak maj lajf – najnowsza i debiutancka książka Marcina Kąckiego – to studium postaw ludzi sukcesu, ludzi, którzy znaleźli się na topie współczesności, ludzi z pierwszych stron gazet, czasopism i telewizyjnych ekranów. To książka o tyleż wstrząsająca, o ile łudziliśmy się jeszcze, że to tylko wybryk natury, że to jedynie „dzieje się gdzie indziej”, że to nas nie dotyczy. Otóż dotyczy nas to kompletnie, permanentnie i na co dzień. Jesteśmy w tym zanurzeniu dogłębnie. Tkwimy w tej bajce bardziej niż nam się wydaje. Jak? Choćby oddając głos na tego, czy innego polityka, słuchając hipokryzji „autorytetów” medialnych w zdawałoby się ważnych dyskusjach o otaczającym nas świecie czy decydując się na przykład na obejrzenie tego czy innego filmu. Nie myślimy wtedy o drugim dnie. Nie zastanawiamy się „kto i co za tym stoi”. Kierujemy się naiwną wiarą w szczere, dobre intencje. A tu okazuje się, że po drugiej stronie kurtyny są ludzie bez serc, bez szkieletów, bez żadnych zasad. I właśnie Kącki z precyzją zegarmistrza obnaża ten mechanizm.

 

   Warto zatrzymać się na moment na osobie autora. Kim jest Marcin Kącki? Świetnie oddaje to fragment recenzji Dariusza Nowackiego, która ukazała się na łamach „Gazety Wyborczej”.

 

   „Nie sposób czytać debiutanckiej powieści Marcina Kąckiego bez świadomości, kim jest autor i co do tej pory napisał. Z tym pierwszym nie ma kłopotu – to wybitny reporter i dziennikarz śledczy. Drugie nie pozostaje bez związku z „Fak maj lajf”. Można bowiem odnieść wrażenie, że literacka wypowiedź Kąckiego jest poniekąd syntezą jego wcześniejszych, pozaliterackich opisów.

 

Nie chodzi o kontynuację tematyczną, lecz o jednolite spojrzenie na świat – ponure, czarne widzenie naszej współczesności. Tak jakby sprawy, które dotąd wnikliwie opisywał, nie wołały o pomstę do nieba i nie dość nas przygnębiały. A przecież wołały i przygnębiały! Może mniej kariera Andrzeja Leppera („Lepperiada”), ale skandal, którego negatywnym bohaterem był Wojciech Krolopp i po części poznańskie mieszczaństwo („Maestro”) – na pewno. To samo trzeba powiedzieć o głośnym raporcie Kąckiego na temat ksenofobicznych i antysemickich ekscesów na Podlasiu, a zwłaszcza zadziwiającej bezkarności sprawców („Białystok. Biała siła, czarna pamięć”).

 

Przemoc i głupota są wszędzie Dotychczasowe, zawarte w jego reportażach czarnowidztwo wynikało oczywiście nie z osobniczych skłonności autora, ale z przyjętej konwencji i dziennikarskiego zaangażowania. Innymi słowy, to wadliwie urządzona rzeczywistość zapraszała reportera, by z rzeczy przykrych i oburzających zdał sprawę. W literaturze pięknej tak to nie działa – perspektywa, z której się ogląda i ocenia świat, jest kwestią artystycznego wyboru. Kącki go dokonał – osadził swoją opowieść w czarnym nurcie, sporządził bardzo przykry pamflet, no i odmówił najdrobniejszego nawet pocieszenia.”

 

   Odmówił go, gdyż tego pocieszenia po prostu nie ma. Możemy jedynie wejść w tę bajkę, której rzecz jasna nie spotykamy na co dzień i popatrzeć sobie jak wyglądają kulisy karier, sukcesów, ludzi, którzy kreują: trendy, systemy, mody i powszechne naśladownictwo stylu życia. I do tego – jak Prezydent czy Premier (jakikolwiek) pouczają nas w wielu sprawach i wydają się być ... ludźmi honoru. (?)

 

   Czy w ogóle jest sens w takim kontekście domagać się jeszcze od tych ludzi wsparcia kultury, skoro żyjemy w czasach dalekich od wszelakiej kultury, w czasach braku kultury, o sztuce nawet nie wspominając.

 

   Oj warta ta książka lektury. Przyznam szczerze, niektóre sceny, opisy, zaaranżowane sytuacje i fabuły, dialogi czy nakreślenie sposobów myślenia głównych postaci tego „dramatu” ocierają się o mistrzostwo narracyjno-literackie. Jeśli śmiech, to jest to śmiech bardzo, bardzo gorzki, jeśli współczucie ... oj nie, moi drodzy, nie znajdziecie tutaj współczucia, nie utożsamicie się z żadnym bohaterem, nie będzie wam miło, łatwo i przyjemnie, a zetkniecie się raczej z dziennikarską, reporterską precyzją, brutalną prawdą, opisem rewelacyjnym i uderzającym w sam punkt – krytyczne miejsce współczesności – w wartości, aspiracje i oczekiwania ludzi z ekranu mediów. To jest wstrząsająca książka. Tak – to prawda. Niestety lektura obowiązkowa, dla tych, którym nie jest obojętny los tego państwa, tego społeczeństwa, los pryncypiów i wartości, a w efekcie naszej przyszłości. Aż tak? Przecież to tylko „wymyślona historia”, przecież „żadna z postaci nie jest ...” i tak dalej...

 

   No, może nie aż tak, lecz warto chyba znać mechanizm, warto wiedzieć, że dziś owa „władza, sława i pieniądze” przyciągają „najgorszy sort” (wybaczcie to słynne ostatnio stwierdzenie) z każdej strony barykady...

 

   Poznanie prawdy pozwoli nabrać dystansu, pozwoli „nie wierzyć”, poddawać w wątpliwość sączony przekaz, ładnie ubrany w słowa, upudrowany, a nazywając sprawę po imieniu – po prostu zafałszowany. Ten świat, świat, który opisał i świetnie opowiedział Marcin Kącki jest naprawdę tuż obok. Mijamy go dzień po dniu. Czasem nań patrzymy – a to jest patrzenie ... „jak w zwierciadło”. Bowiem z nas wykluły się te „śmietanki”, ten high life, to high society... Śmialiśmy się z fury, skóry i komóry – dziś te atrybuty przekształciły się, wręcz ewoluowały w limuzyny z kierowcą, smokingi oraz lokaja w liberii. Tylko słoma pozostała tam, gdzie była. W bucie z włoskiej skóry równowartych waszych i naszych pensji.  Dyzma wykształcony w Princeton zawitał na salony. I bryluje. A my wierzymy w te wszystkie jego brednie rozpowszechniane ochoczo przez „Tylko życie” i jemu podobne tytuły, które to wieści przenoszą się potem do poważniejszych tytułów, powielają się w Sieci i klonują do innych mediów. Wolność ponoć była „wasza i nasza”, a stała się wolnością „Ich”... A berło do ręki wetknęliśmy im sami – jak? A to już spytajcie własnych sumień i doświadczeń ...

 

   Kącki nie bawi się w warstwy ochronne. Nie tłumaczy, nie wyjaśnia, nie kluczy w niuanse, daje nam bohaterów z krwi i kości, pokazuje ich, jak nas – nagich i bezbronnych, ale szaleńczo przekonanych do dokonanych wyborów, perfekcyjnie skutecznych w wyrafinowanych grach o tron, beznamiętnie odważnych w podkładaniu nogi nawet matce oraz wyzutych z wszelkich wyrzutów – już nawet nie napiszę sumienia, gdyż to zbyt wielkie słowo dla tych ludzi – niewiele zeń pojmą...

 

   Dobrze ujmuje to Nowacki – „Polska w czarniejszym odcieniu czerni. Perypetie pracowników i ofiar tabloidu "Tylko Życie". Plus polityków, gangsterów i kiboli. Powieść reportera Marcina Kąckiego daje po oczach pesymizmem.” I jakkolwiek się zgadzamy z diagnozą warto sięgnąć też po recenzję w Newsweeku pióra Piotra Bratkowskiego – jest bardzo ciekawa w odsłanianiu kulisów, jakby genezy napisania tej książki przez Kąckiego. Otóż ni mniej ni więcej Bratkowski sądzi, że

 

„Czytając książkę "Fak maj lajf", trudno się domyślić jej genezy. Otóż w 2011 roku Marcin Kącki odbył szereg rozmów z senatorem Krzysztofem Piesiewiczem. Zaprzyjaźnił się z nim. To było niedługo po głośnej aferze, gdy wybitny scenarzysta (m.in. "Dekalogu" Kieślowskiego) najpierw opłacał się gangowi szantażystów, a potem - gdy zabrakło mu pieniędzy - stał się ofiarą tabloidów i plotkarskich portali internetowych. - Był wtedy człowiekiem samotnym, złamanym i całkowicie bezradnym - wspomina Kącki. - "Ale co ja miałem zrobić?", pytał mnie. A przecież był niewinny, został w tę sprawę [chodziło o rzekomą orgię i posiadanie kokainy - red.] wmanipulowany przez zawodowych przestępców. Pomyślałem sobie, że jeśli ktoś z jego inteligencją, dorobkiem, obyciem w świecie i w dodatku z ogromną wiedzą prawniczą, został w ten sposób zniszczony, to znaczy że świat, w którym żyjemy, jest ciężko chory.”

 

   Marcin Kącki opowiada, że strasznie wtedy chciał, by scenarzysta jakoś zemścił się na tym świecie. A gdy zorientował się, że nic z tego nie będzie, postanowił dokonać symbolicznego aktu zemsty w imieniu Piesiewicza. Rzeczywiście: pokazany przez niego świat jest od pierwszej do ostatniej strony okropny. - Wcale się nie zmartwiłem, gdy koleżanka powiedziała mi po lekturze, że czuje się, jakby potrzebowała prysznicu, bo oblepiło ją coś oślizłego - opowiada Kącki.

 

   Otóż to – świat, w którym żyjemy jest ciężko chory, a czytając Kąckiego ja również czuję się brudny, uświniony, zbrukany – przy jednoczesnym poczuciu, że takie książki trzeba przeczytać i przeżyć, aby najzwyczajniej w świecie – pozbyć się złudzeń. Budować przyszłość na przekonaniu pełnej świadomości do czego prowadzą – chciwość, pycha, nieumiarkowanie oraz żądza władzy za wszelką cenę. W świecie medialnym te cechy prowadzą do ... sukcesu. Sukces jest z kolei upadkiem na dno. Innego już nie będzie. To najgłębsze dno z den możliwych, prawdziwy Rów Mariański upadku. Fak maj lajf. Tytuł po raz pierwszy od dawna, od nadużywania przez Justynę Bargielską anglicyzmów w swojej poezji (Bach For My Baby), od nadużywania tej literackiej „nowoczesności” u wielu innych autorów, od zachwytu salonowych krytyków takimi zabiegami i nagradzaniem ich – tytuł po raz pierwszy idealnie określa tę książkę. Cała jej wielkość polega na zwyczajności. Na prostocie, a jednocześnie na czymś z czym Kącki musiał się jednak zetknąć, musiał to zobaczyć, musiał tego dotknąć i o to się po prostu otrzeć, aby tak fenomenalnie to opisać.

 

   Pozycja to wpisuje się dobrze we współczesną prozę polską, która jest coraz lepsza. Debiutanci zaskakują poziomem i literacką werwą – wymienię jednym tchem: Krakowiaka, Żulczyka, Koprowskiego, Żelazowską, a teraz dołącza do nich Kącki. Wszyscy zgrzeszyli jakże ważnymi książkami. Książkami, które naprawdę doskonale diagnozują współczesność, prowokują i wywołują polemiki i dyskusje. A do tego zadają wiele ważnych pytań. A napisane są ... brawurowo.

 

   Sądzę, że książki te stanowią nadzieję polskiej literatury, że autorzy ci nie powiedzieli jeszcze najważniejszego. Te debiuty o czymś świadczą. Być może znaleźliśmy się na krawędzi otrzeźwienia z letargu ćwierćwiecza wolności i w końcu zaczniemy domagać się respektu dla naszych: wartości, naszych zasad i podjętego wyzwania dla sensu budowania innego, nowego społeczeństwa, które wysadzi te wszystkie zcelebryzowane marionetki i kukiełki sukcesu z siodła i umieści je w należnym im miejscu – w śmietniku dla ... nieczytających. I wreszcie odrodzi się reguła – kto czyta, nie błądzi.

 

   Sięgnijmy po Marcina Kąckiego. Fak maj lajf? Nie, dziękuję. Popieprzyć wolę sałatkę grecką. Nasze pytanie jest inne, panie Marcinie – to takie staromodne i starodawne pytanie na dziś ...

 

Być albo nie być, oto jest pytanie ...

 

Andrzej Walter

 

Marcin Kącki „Fak maj lajf”.

Wydawnictwo ZNAK, Kraków 2017, stron 368, ISBN 9788324038022

 

Pin It