Wacław Holewiński

 

Mebluję głowę książkami

 

mebluje-glowe

 

 

Godność ponad wszystko?

lektorCzęść z Państwa może znać (ja nie znałem) tę prozę z ekranizacji Stephena Daldry'ego (nominacja do Oskara i Złoty Glob dla Kate Winslet, a oprócz niej David Kross i Ralph Fiennes w rolach głównych). Do połowy książki wydaje się, że to dziwna opowieść o młodym, piętnastoletnim chłopcu zakochanym w starszej o dwadzieścia lat kobiecie. Takie historie, choć rzadkie, zdarzają się (najlepszy przykład – obecny prezydent Francji). Ale…

 

Po kolei. Są wczesne lata pięćdziesiąte, Niemcy. Michael Berg, wracając ze szkoły czuje, że dopadła go choroba, ledwie idzie, gdzieś na podwórku zaczyna wymiotować. Obca kobieta pomaga mu się ogarnąć, umyć, odprowadza go z Bahnhofstrasse na Blumenstrasse, gdzie mieszka. Przed domem go zostawia. Chłopiec ma żółtaczkę, kiedy po kilku tygodniach dochodzi do siebie, rodzice każą mu iść podziękować kobiecie za pomoc.

Szybko dowiaduje się, że ta piękna kobieta jest bileterką w tramwaju (tak, kiedyś istniał taki zawód).

Młodemu mężczyźnie niewiele potrzeba do zakochania, wystawiona noga, pończocha, pas. Nic się nie liczy – szkoła, koledzy, rodzice. Szybko idą do łóżka, choć zawsze obowiązuje pewien rytuał. Myją się, kochają, ona go prosi aby czytał jej na głos. Uwielbia to. Hanna, co jakoś zrozumiałe, dominuje w tym związku, a Michael… Cóż, czasem się buntuje, ale potem przeprasza, wycofuje się, uznaje, że nie miał racji.

Kobieta nie mówi o sobie. O swojej rodzinie, historii, planach na przyszłość. Ale jemu nie pozwala się opuścić w nauce. Odwrotnie, stawia wszystko na ostrzu noża: albo-albo.

Jadą na wycieczkę, nocują w hotelu (jako matka i syn), ale to on załatwia formalności, płaci. Rano, kiedy ona śpi, wymyka się z pokoju aby kupić jej kwiaty. Kiedy wraca dochodzi do strasznej awantury. Nigdzie nie ma karteczki, którą napisał. Kobieta rzuca się na niego z pięściami…

Ta historia mogła się zakończyć tak, jak wiele takich historii się kończy. Zauroczenie mija, zwykły flirt z rówieśniczkami może być równie atrakcyjny jak seks z tą doświadczoną kobietą. Mogła… Ale to Hanna opuszcza Michaela, a nie odwrotnie. Znika z dnia na dzień, wyprowadza się z mieszkania, rzuca pracę, w której właśnie proponowano jej kurs i zmianę stanowiska na lepsze, wyjeżdża do innego miasta. W gruncie rzeczy nie pozostawia po sobie śladu. „Po tym jak Hanna odeszła, nikomu już nie pozwolę się upokarzać i nie będę upokarzał innych, nie będę obwiniał nikogo, także siebie samego, nikogo nie będę już tak kochał, żeby potem jego strata tak nie bolała.” Dziecinne? Infantylne? Może. Ale pewnie każdy z nas, opuszczony, ma takie myśli w głowie.

Mija kilka lat, chłopak studiuje prawo. Idzie na seminarium o obozach koncentracyjnych. Z tym się wiąże wyjazd na proces. Lata sześćdziesiąte, na ławie oskarżonych SS-manki z obozu. Wśród nich Hanna. Nie ma wątpliwości, ta piękna kobieta w przeszłości była wśród tych najgorszych. Wstąpiła do SS jesienią 1943 roku, od wiosny 1944 była zatrudniona w Auschwitz jako aufzejerka, a od zimy 1944/1945 w małym obozie koło Krakowa (Płaszów?). Odbyła z więźniarkami „marsz śmierci”. W gruncie rzeczy proces dotyczy właśnie tego ostatniego. Końcówka wojny, kilkaset kobiet wieczorem dociera do małego miasteczka. SS-manki zamykają je w kościele, same nocują w okolicznych domach. W nocy następuje bombardowanie, kościół płonie, żadna z oprawczyń nie otwiera drzwi do kościoła, więźniarki, poza dwiema kobietami, matką i córką, giną. Ktoś pisze raport z tego zdarzenia, w niemieckiej machinie wojennej wszystko musi się zgadzać. Raport, który jest po latach podstawą oskarżenia.

„Podczas wielotygodniowych rozpraw nie czułem niczego, byłem jak ogłuszony.” Kochał ją dalej? Nie, już nie. Była obcą kobietą, ale wciąż go fascynowała. Próbował zrozumieć. Poddawała się oskarżeniom, teraz to ona była jak dziecko. Inne SS-manki oskarżały ją o napisanie raportu. Nie przyznaje się, a potem jednak bierze wszystko na siebie… „Tak jak przewodniczącego drażniła jej zapamiętałość, kiedy czemuś zaprzecza, tak inne oskarżone irytowała gorliwość, z jaką się przyznawała. Dla ich obrońców, ale także dla obrońcy Hanny, było to fatalne.”

Michael już wie. Hanna nie umie czytać, jest analfabetką, ale wstyd jest silniejszy od wszystkiego. Może ją uratować. Nie, nie uratować, porozmawiać z sędzią, zmniejszyć to, co nieuchronne – wyrok.

Rozmawia z ojcem filozofem. „[…] dla dorosłych nie znajduję żadnego usprawiedliwienia, żeby to, co kto inny uważa dla nich za dobre, przedkładali nad to, co sami za takie uważają.” – mówi ojciec. I dalej: „Nie mówimy tu o szczęściu, ale o godności człowieka i jego wolności.”

Mógł interweniować, nie robi tego, Hanna dostaje najwyższy wyrok – dożywocie.

Mijają lata, Michael rozstaje się z żoną, córką, gdzieś z tyłu głowy wciąż ma kobietę, która zapłaciła ogromną cenę za swoją godność. Zaczyna nagrywać dla niej książki (to nie jest czas audiobooków) na kasety. Wysyła do więzienia.

Ta historia ma dziwne zakończenie – jakie zresztą może mieć dobra powieść? Tak, Hanna nauczyła się pisać, czytać. „Czytać uczyła się z panem. Wypożyczała w bibliotece książki, które nagrał jej pan na kasetę, i słuchając, śledziła słowo po słowie, zdanie po zdaniu.” W więzieniu czytała. Przede wszystkim książki o obozach koncentracyjnych. Próbowała zrozumieć. Siebie i świat, w którym żyła. Po osiemnastu latach sąd orzekł, że może wrócić do normalnego życia.

Nie wróciła, zostawiła testament. Tak, to Michael miał go zrealizować. Siedem tysięcy marek, które kobieta ocalona z płonącego kościoła (jej matka dawno zmarła) miała wydać na co chciała. Wydała…

Tak, to powieść o godności, o tym jak tylko my mamy prawo decydowania o swoim życiu. Także o samotności, która może być naszym wyborem. O ofierze, która może być też oprawcą. Świetnie napisana, przewrotna powieść, w której to, co wydaje się jednoznaczne, wcale takim być nie musi.

Drobna uwaga – nie, to nie jest powieść wpisująca się w niemiecką politykę historyczną. Tu nie ma usprawiedliwiania zbrodni, zwalania odpowiedzialności na innych, w tej akurat materii wszystko jest jednoznaczne. Może dlatego tak dobrze się tę książkę czyta?

 

Bernhard Schlink – Lektor, przekład Karolina Niedenthal, Rebis, Poznań 2017, str. 215.

 

Pin It