Michał Piętniewicz


Przywrócić ciężar książce. O „Środku ciężkości” Janusza Drzewuckiego.


     Książka krytycznoliteracka Janusza Drzewuckiego, „Środek ciężkości”, wydana przez Instytut Mikołowski, niesie ze sobą ciężką i niewesołą diagnozę ciężkich i niewesołych czasów, w jakich przyszło i krytykom literackim i literatom, poetom, pisarzom, ogólnie ludziom pióra, żyć.
     Jest zamierzeniem heroicznym, ponieważ opowiada w sposób zajmujący i rzetelny o poetach i książkach poetyckich, których nikt nie czyta i prawdopodobnie po wydaniu tej książki, również nie sięgnie do ich twórczości. Jest książką wzruszającą poprzez oddanie sprawiedliwości tym, którzy zostali zapomniani, wyeliminowani z literackiego obiegu, a ich winą jedyną był chyba brak tej tak potrzebnej w dzisiejszych czasach i dla mnie przyznam, dość obrzydliwej umiejętności przebojowości, lansu, taniego efektu, grania pod publikę.


     Drzewucki opowiada bowiem o książkach prawdziwych w sposób prawdziwy.
Nie udaje jakiegoś języka, pisze własnym, bardzo dobrym językiem krytycznoliterackim i pisze o poezji czasem wybitnej, choć nie ze wszystkimi wyborami krytycznoliterackimi autora „Środka ciężkości”, się zgadzam.
Ale w większości wybory te podzielam.
     Cała książka, oprócz zakończenia, poświęcona jest najnowszej poezji.
Jest to niesłychanie pożyteczne przedsięwzięcie, ponieważ najnowszej poezji, jak wiadomo, nikt nie czyta, z pewnością nie czyta i nic o niej nie wie, statystyczny Polak, który w ogóle mało, co czyta i z przykrością muszę to stwierdzić, bo jedna implikacja logiczna, pociąga za sobą drugą i kończyć się musi na smutnej, ponurej i bardzo przygnębiającej konkluzji, że statystyczny Polak, mało co wie o czymkolwiek, ponieważ książka, książka prawdziwa, jaka byłaby jeszcze w stanie, go zainteresować i myślę, że niewątpliwie by go zainteresowała, została wyeliminowana na rzecz literatury tabloidowej, nudnej, banalnej, sztampowej, tandetnej, kiczowatej, komercyjnej, którą łykają w nadmiarze obecni moi rówieśnicy, pracownicy korporacji wszelakich.
     Zatem książkę tę czytałem z wielkim zainteresowaniem, nawet fascynacją, szczególnie wzruszył mnie szkic poświęcony Włodzimierzowi Szymanowiczowi, młodemu, nadwrażliwemu, przedwcześnie zmarłemu poecie (22 lata), który pisał bardzo piękne utwory poetyckie. Czy tacy młodzi, piękni, nadwrażliwi, jeszcze istnieją? Obawiam się, że niestety nie istnieją. Rozterki, wątpliwości, wahania egzystencjalne, próba odpowiedzi na pytania podstawowe, jak choćby na takie: po co żyję i co mam tutaj do zrobienia?, zostały dzisiaj doszczętnie wyśmiane i anihilowane przez wszędzie teraz panujący pragmatyzm życiowy oraz przymus sukcesu i stabilizacji w tych przecież bardzo niespokojnych i niestabilnych duchowo czasach,
kiedy takie pytania właśnie powinny wychylić się na pierwszy plan.
Drzewucki idzie pod prąd tym tendencjom, które jak dla mnie, trzeba nazwać jasno:
pod płaszczykiem sukcesu, tej propagandy sukcesu, jak jad jakiś trujący wypełza, tak naprawdę tandetny nihilizm (nie mówię o tym prawdziwym, za którym stoi autentyczne doświadczenie egzystencjalne), ale o tym tandetnym nihilizmie naszych czasów:
forsa, dobra fura, no i jakaś fajna foka na boku, tudzież małżeństwo, bo tak jest teraz modnie i to też jest synonim sukcesu, więc róbmy, jak wszyscy, żebyśmy nie byli gorsi.
Awangarda tego rozszczebiotanego i rozchichotanego kretyńsko sukcesu życiowego, który dzisiaj stał się tematem zastępczym number one, przygniata ponuro, jak walec, ludzi wrażliwych, młodych, zdolnych, nie mówiąc o tych nadwrażliwych, którzy, przepraszam Cię Boże!, lepiej, żeby się teraz nie narodzili.
Drzewucki spokojnie plewi ogród Pański polskiej poezji, przypomina mi niekiedy mądrego kamedułę, który wie, co jest w życiu najważniejsze.
 Uwaga ta zresztą wiąże się również nieco z tematyką książki, ponieważ autor „Środa ciężkości” nieco miejsca poświęca poezji religijnej 
(ks. Janusz Pasierb, Jan Sochoń, Wojciech Wencel).
Bliska wydaje się krytykowi, związanemu przede wszystkim z „Twórczością” poetyka nastawiona na świat wartości.
Przede wszystkim może jednak poetyka prawdy, owej najważniejszej, dla poety i krytyka, prawdy artystycznego przeżycia.
Ciekawa jest również dla mnie nieobecność poetów, o których wie więcej aniżeli garstka wtajemniczonych w cudowny, dziwny i zawiły świat poezji, jak Zagajewskiego, Krynickiego, czy nawet Świetlickiego, albo Podsiadły, którym, jak się zdaje, obrosło się już sporo w zwały tłuszczu albo papierosowego prochu, wiecznie zbuntowanych, zbliżających się do 60 tki, przejrzałych hippisów.
Ciekawa jest również niezależność intelektualna krytyka (tudzież towarzyska oraz komercyjna), który ma chyba w nosie, gdzie poeci wydają książkę, w jakim wydawnictwie.
Symptomatyczna jest bowiem nieobecność molochów wydawniczych (o ile w tych czasach jeszcze takie istnieją).
Autor na przykład pisze o poezji Leszka Szarugi, którego wydało wydawnictwo bardzo niszowe, krakowskie wydawnictwo Miniatura.
Bardzo dobrze, że została odpowiednio wyeksponowana linia wydawnicza Toposu, bardzo prestiżowa, bardzo piękna (Jerzy Górzański, Mieczysław Machnicki, Jan Sochoń, Kazimierz Brakoniecki).
Cieszą mnie bardzo również powroty do poetów, których już wśród nas nie ma w sensie fizycznym (choć np. Wiesław Kulikowski uważa, że ci poeci nie odeszli).
Nie odeszli na pewno z pamięci, żyją też w jakimś sensie metafizycznym, w co głęboko wierzę, jak wierzę w niedefiniowalność i niezakończalność definitywną wydarzenia śmierci.
Zatem ciekawe uwagi poświęcone Tymoteuszowi Karpowiczowi oraz Tadeuszowi Śliwiakowi, wpisują się w kolejny nurt tematyczny „Środka ciężkości”.
     Również miła mojemu sercu obecność Krakowa, wspomnienia z Krupniczej i Gołębiej, które dzisiaj już nie te, jak nie ten już jest obecny świat.
W „Środku ciężkości’, wyeksponowany został ciekawie również pewien nurt autobiograficzny, autor opowiada o swoich początkach, jako krytyka literackiego i jako poety, o nieśmiałości z jaką odnosił się do starszych od siebie twórców, o magii
przejścia na „ty”(vide opowieść o Jerzym Górzańskim, którego krytyk ośmielił się już teraz nazwać „Górką”, jak zwracali się do poety przyjaciele).
Zastanawiająca i piękna zarazem jest opowieść Drzewuckiego o hierarchiach literackich wtedy panujących, o pewnych dysonansach poznawczych,
o nieustającym poczuciu „pupy”, z tego wynikającym.
Może teraźniejszość wzięła odwet na „grzechu pierworodnym” i chrześcijańskim poczuciu winy,
zastępując delikatność, siłą?
Przecież siła, tak na dobrą sprawę, jest w jakiś sposób łatwiejsza.
Czy do delikatności nie trzeba przypadkiem o wiele boleśniej dojrzewać, aby tym prawdziwsza i bardziej przekonująca była siła?
Siła, która sprawia, że krytyk zajmuje się poezją?
Czy nie jest to zadanie wysokie i bardzo trudne?
Dlaczego zatem dzisiaj się tego zadania w ogóle nie szanuje?
Brak szacunku dla tej dziedziny ludzkiego życia, w pewnym sensie najważniejszej moim zdaniem, przeniósł się już przecież również na brak szacunku dla ludzi Kościoła.
Postępuje niepostrzeżenie, ale konsekwentnie i bardzo przebiegle, laicyzacja, nawet ateizacja uczuć oraz pragnień metafizycznych, jak odwrócić ten trend i sprawić, żeby literatura, poezja znów zaczęły przemawiać głosem żywym?
Drzewucki nie ma na to recepty metafizycznej, nie jest przecież filozofem, jest krytykiem literackim, zatem mówi, powtarza za Wojciechem Młynarskim: „róbmy swoje”.
Nie ma bowiem, jak sam przyznaje, innego wyjścia.
Zatem może książka Janusza Drzewuckiego, byłaby próbą przywrócenia głosu żywego w poezji i powtórnego dowartościowania poetów z „Bożej łaski”.
Kto to taki, poeta z „Bożej łaski”?
Dla krytyka jest to poeta-słowiarz, głównie, poeta-rzemieślnik, liryczny dłubacz.
Muszę przyznać, że bardzo przekonuje mnie ta definicja poety, jest bardzo rzetelna, uczciwa, powiedziałbym nawet, że w
 pewnym sensie katolicka.
Ponadto jest to definicja racjonalna i mam wrażenie, że do niej przychyliłby się również przywoływany w książce Stanisław Jaworski.
Czym bowiem byłoby w tym wypadku natchnienie?
Może jedynie zaczynem?
A może chodziłoby o tak ważną wierność słowa wobec rzeczy, może tutaj kryje się klucz do intuicji krytyka?
    „Środek ciężkości” jest książką niejednorodną tematycznie. Głównym jednak jej zamierzeniem, jak widzę i co bardzo, żarliwie wręcz popieram, jest ocalić od zapomnienia najnowszą, polską poezję.
Oddać sprawiedliwość zapomnianym, albo tym, którzy chorowali ciężko, a potem umierali, jakby nie wysycając do ostatka swojego dzieła, nie wysycając tego dzieła życiem, ale wysycając go śmiercią, to inny rodzaj wysycenia, z konieczności podyktowany niemocą oraz ciężkimi chorobami poetów, o których pisze autor (vide Zbigniew Jerzyna).
Oddać sprawiedliwość biedzie i męce ich życia,
oddać sprawiedliwość biedzie i nędzy ich życia, które było okupione wielkim cierpieniem, odrzuceniem, życiowym niepowodzeniem, marginalizacją.
Wszystko po to, aby wydać na świat, ten świat, nieśmiertelne, żywe piękno prawdziwej poezji, tej najgłębszej, najprawdziwszej, okupionej wszystkim złym, bo nieudanym życiem,
wręcz katastrofą.
     Niestety, ze smutkiem muszę to stwierdzić, bo ten proces dokonuje się na moich oczach, o ludziach tych, wielkich ludziach, z wielkim sercem i wielką pasją do tworzenia i życia, zapomni rychło (jeśli coś w końcu diametralnie się nie odwróci), dzisiejsza, wielka hamburgerownia, lodziarnia,
kosmetologia i inne, podobne zajęcia,
które w sposób możliwie najbardziej skuteczny odciągają uwagę współczesnych mi, od rzeczy, które są naprawdę ciekawe, a spoczywają na marginesach, w głębokiej biedzie, upokorzeniu, oraz zupełnym opuszczeniu i braku zainteresowania.
Jeszcze dzisiaj szedłem ulicą Bracką i widziałem przyklejony cytat ze świętej pamięci ks. prof. Józefa Tischnera, na szybie kawiarni Prowincja, cytat był głęboki i dotyczył ludzkiej biedy, obok  widziałem podklejony, wydrukowany podpis: „fajniutko”.
Przepraszam autorkę czy autora tego podpisu, ale co w tym „fajniutkiego”?
Nic „fajniutkiego” niestety w czasach, w których przyszło mi żyć, nie ma.
Oczywiście, istnieją jeszcze biblioteki, te osiedlowe również, które jako prawie wymarły już gatunek, regularnie odwiedzam.
Oczywiście, istnieją jakieś księgarnie, kawiarnie literackie i temu podobne sprawy, ale generalnie w trendzie i modzie tych smętnych czasów, nic „fajniutkiego” nie dostrzegam.
„Środek ciężkości” stawia ciężar sprawy gdzieindziej, na przeciwległym biegunie do tego „fajniutkiego”, który mnie regularnie upokarza i zadaje mi coraz to dotkliwsze ciosy.
Próbuje ogarnąć w sposób niezależny te zjawiska, które są wartościowe, godne uwagi, godne czytania, ciekawe. Za ten trud krytyk powinien być sowicie nagradzany. Nie jest, o czym również pisze, przegrywając bój o literaturę z dziennikarzami komercyjnych stacji oraz tabloidów, jak również z ekspedientkami empików, które niedługo zastąpią skutecznie krytyków literackich, podsuwając poczytne i mierne literacko kryminały, mówiąc mi nie tak dawno, że mnie „wciągnie od pierwszego zdania”. Nie wciągnie mnie.
Bardzo żałuję, że ekspedientka w empiku nie podsunie mi „Środka ciężkości” Janusza Drzewuckiego. Wciągnęło mnie od pierwszego zdania.

 

Pin It