Roman Soroczyński

 

Mąż i żona, czyli Fredro ciągle aktualny

 

Magda Hueckel
fot. Magda Hueckel
Teatr Polski im. Arnolda Szyfmana w Warszawie wystawił na Dużej Scenie kolejną wersję sztuki Mąż i żona Aleksandra Fredry. Premiera spektaklu w reżyserii Jarosława Kiliana miała miejsce 18 maja 2017 roku. Jest to trzecia inscenizacja sztuki na deskach Teatru Polskiego. Pierwsza z nich, w reżyserii Bohdana Korzeniewskiego, miała premierę 26 października 1949 roku. Kiedy czytam nazwiska aktorów grających w tym spektaklu (Jan Kreczmar, Janina Romanówna, Wieńczysław Gliński zamiennie z Czesławem Wołłejko, Justyna Karpińska), przechodzą mnie dreszcze! 4 października 1997 roku z Mężem i żoną zmierzył się – jako reżyser - Andrzej Łapicki. W spektaklu zagrali aktorzy młodsi, niż przewiduje stereotyp i być może to stało się przyczyną ambiwalentnego przyjęcia inscenizacji: zachwyty przeplatane były atakami. Opisywana w niniejszym artykule interpretacja jest, moim zdaniem, jednoznacznie pozytywna, ale najpierw trochę historii. Tym bardziej, że od prapremiery minęło 195 lat i chyba warto zadumać się nieco dłużej nad aktualnością utworu i twórczości Aleksandra Fredry w ogóle.

Chyba wszyscy pamiętają sytuację, w której Pan Jourdain - bohater utworu Mieszczanin szlachcicem Moliera dziwi się, że mówi prozą. Czy z kolei każdy z nas potrafi wskazać, kiedy ktoś „mówi Fredrą”?

Często posługujemy się tytułami utworów, nie mając pojęcia, że to właśnie hrabia Aleksander Fredro jest ich autorem. Na przykład Paweł i Gaweł, którego bohaterów moje pokolenie zna z Elementarza Falskiego, czy Osiołkowi w żłoby dano, którego fragment często stosujemy w pewnych okolicznościach. To samo dotyczy wielu cytatów, np. „jeśli nie chcesz mojej zguby, krokodyla daj mi luby” [zob. Zemsta] czy „wolnoć Tomku w swoim domku” i „jak ty komu, tak on tobie” [zob. Paweł i Gaweł].

Ale Fredro – to nie tylko przysłowia i cytaty. To również dzieła, spośród których większość na stałe weszła do kanonu literatury. Może wynika to z faktu, że - tworząc na pograniczu dwóch epok literackich – unikał zarówno dydaktyzmu komedii oświeceniowej, jak i metafizycznych i historio-filozoficznych uogólnień romantyzmu? Podczas pisania Fredro bawił się i chciał, aby w tej zabawie uczestniczyli również widzowie teatralni. W przeciwieństwie do wielu współczesnych mu twórców był niezależny finansowo. Sądzę, że owa niezależność – w powiązaniu ze znakomitą umiejętnością obserwacji życia i obyczajów szlacheckich oraz łagodnym poczuciem humoru i dużą wyrozumiałością wobec przywar bliźnich - spowodowały, iż pisarz miał duży dystans wobec rzeczywistości. Ów dystans stał się przyczyną napaści ze strony kilku osób, które zarzucały mu brak patriotyzmu i chęci do wychowywania, a wreszcie kwestionowały jego talent. Być może te ataki spowodowały, że po 1854 roku Fredro pisał tylko do szuflady. Nie jest to do końca pewne. Teza ta jest kwestionowana między innymi przez Tadeusza Boya-Żeleńskiego w Obrachunkach fredrowskich. Wybitny literat stwierdził, że – niezależnie od przyczyn długoletniego milczenia pisarza – jego dzieła wrócą do ludzkiej pamięci, gdyż „tak już było przeznaczone, aby dokoła nazwiska Fredry skupiły się wszystkie największe banialuki, jakie kiedykolwiek kołysały ucho Polaków słodkim dźwiękiem mowy ojczystej”. Dzisiaj chyba nikt już nie zaprzeczy, że Fredro „wielkim pisarzem był”, a wymowa wielu jego utworów jest ciągle aktualna.

Jednym z nich jest komedia Mąż i żona, która powstała w 1821 roku. Teatralna prapremiera sztuki, zaprezentowana 29 kwietnia 1822 roku we Lwowie, wywołała zgorszenie niektórych środowisk. Autorowi zarzucano „nie zanadto budującą”, „wielce niemoralną” i niekorzystnie przedstawiającą „pożycie domowe” treść. Nie wiem, czy widowisko, zorganizowane rok później, 22 czerwca 1823 roku, przez Teatr Narodowy w Warszawie, wywołało podobną reakcję, niemniej sztuka zaczęła być wystawiana również przez inne teatry.

Akcja Męża i żony toczy się w dworskim saloniku. Przewijają się przezeń Elwira (Marta Kurzak), jej mąż - hrabia Wacław (Maksymilian Rogacki) oraz przyjaciel domu, Alfred (Piotr Bajtlik). Elwira ma romans z Alfredem, który zapewnia ją o swoim gorącym uczuciu i stałości, a jednocześnie coraz bardziej angażuje się w zażyłość z wyjątkowo apetyczną służącą Justysią (świetna Lidia Sadowa). Justysia jest tak obrotna, że równolegle pozwala również Wacławowi na „przyjemne życie” ze sobą. Po cichu wspiera ją Kamerdyner (Tomasz Błasiak), który jest wręcz powiernikiem Justysi. Przez jakiś czas ten miłosny czworokąt funkcjonuje bez zarzutu, jednak stopniowo pojawiają się pęknięcia.

P.T. Czytelnicy domyślają się, że wszelkie konsekwencje poniesie osoba z „niższych sfer”. Czy jednak na pewno? Można być pewnym, że Justysia poradzi sobie – nawet w innym środowisku. Mało tego! Niektórzy reżyserzy prezentują widzom dwa rozwiązania sytuacji. Po raz pierwszy zrobił tak w 1938 roku Adam Polewka z Teatru Cricot.

Jarosław Kilian przeniósł akcję sztuki do dwudziestolecia międzywojennego. Zastosował tu podobny manewr do tego, jaki zrobił Jan Englert w telewizyjnym spektaklu z 2016 roku. Sądzę, że zabieg ten odświeżył sztukę, a jednocześnie uwspółcześnił ją. W spektaklu wykorzystano znakomite utwory muzyczne, z których większość pochodzi z tamtego okresu. Jednocześnie z włączanego od czasu do czasu radioodbiornika dobiegają niepokojące sygnały, które znamy z przekazów historycznych. Końcowa scena zmusza widza do zastanowienia się nad marnością spraw doczesnych. Historia potoczyła się dalej, a pewne kwestie zachowały aktualność.

Na koniec pewna refleksja ogólniejszej natury. W wielu środowiskach nowa miotła niszczy wszystko, co pozostało po poprzedniej ekipie. Dyrektor Teatru Polskiego, Andrzej Seweryn, potrafi docenić to, co zrobili jego poprzednicy. Ba! Potrafi zaprosić ich do współpracy (Jarosław Kilian do 2010 roku był dyrektorem artystycznym teatru). Ech, chciałoby się, aby takie dobre obyczaje stosowali nasi politycy!

 

Roman Soroczyński

27.05.2017 r.

 

Pin It