Wacław Holewiński

 

Mebluję głowę książkami

 

mebluje-glowe

 

 

Teatr na końcu świata

dramat nr 3Dziesiątki, setki przeczytanych książek. Co z tego? Jakie mamy szanse poznać Rosję? Jej istotę, ducha, historię, sposób myślenia ludzi, ich odbiór świata zewnętrznego, ich mitów, przesądów. Z reguły pisze się o wielkiej polityce, imperialnych ambicjach, agresjach, no i II wojnie światowej (ten temat musi wrócić zawsze). Matecki idzie swoją drogą. W świetnej, naprawdę świetnej „Co wy, … , wiecie o Rosji” – latami wędrując po rosyjskiej prowincji, ba, po miejscach zapomnianych przez Boga i ludzi – pokazał inną Rosję, czasami wspaniałą, czasami niepowtarzalną, czasami okrutną i podłą. Ale mam wrażenie, że ten kraj i jego mieszkańcy nie tylko mu się spodobali, on ich w jakiś sposób pokochał.

„Dramat numer trzy” bez wątpienia jest jakimś appendixem do książki poprzedniej. Innym – tym razem autor nie przemierza tysięcy kilometrów, nie odwiedza dziesiątek miejsc, nie. Tym razem jest tylko jedno.

Wpadł na trochę szalony pomysł: napisał do jedenastu prowincjonalnych teatrów rosyjskich z prośba o przyjęcie go… na rezydenturę. Chciał pobyć, poznać ludzi, ich pracę, zaangażowanie, patrzenie na teatr, a może szerzej – sztukę.  Nikt mu nie odpowiedział, więc znalazł adres kolejnego, dwa i pół tysiąca kilometrów od Polski, wysłał… i stał się cud. Napisali: przyjeżdżaj. No to pojechał! Do Kamieńska Uralskiego. Miasto ma, sprawdziłem, 186 tysięcy mieszkańców, a długoterminowa średnia roczna temperatura to ledwie 2,6°C. Tylu mieszkańców mniej więcej ma Rzeszów (temperaturę na szczęście wyższą). Rzeszów to jedno z największym miast w Polsce (konkretnie osiemnaste), w  Rosji takich miast są setki. Tak, to prowincja, głęboka prowincja. I teatr jakby z innej rzeczywistości, bez osobnego wejścia dla aktorów, z podpisywaniem listy obecności na oczach widzów…

Przyjęli gościnnie, dali pokój do dyspozycji, pozwolili bywać na próbach, przedstawieniach, przy rozmowach, bankietach. Pozwolili wspólnie śpiewać i pić wódkę. Na chwilę Matecki stał się częścią zespołu, choć o przełamanie barier nie było łatwo. Zwłaszcza, że chciał ich przepytywać, poznać historię, konflikty, wejść niejako w środek ich życia. Otwierali się, albo nie otwierali, jedni z duszą na dłoni, inni zamknięci, skryci, jak w życiu. Ale drążył, rozmawiał, zdobywał ich zaufanie.

Pytanie o teatr? A może o postsowiecką rzeczywistość?

„– Czy duża jest różnica między teatrem z czasów sowieckich a dzisiejszym?

– Bo ja wiem, chyba nie ma żadnej.

– Naprawdę?

– Kierownictwo było inne, bardziej surowe, była dyscyplina, ale dzisiaj też jest dyscyplina.

– Naciski polityczne?

– Nie… No, były spektakle jak partia chciała, takie sowieckie, ale one nie były gorsze od innych.”

Pieniądze… Wszędzie są problemem. Mój przyjaciel, Tomasz Żak, szef Teatru Nie Teraz mówił mi niedawno o swoim pomyśle na zarobki aktorów: u mnie nikt nie będzie tylko grał. Możesz prowadzić busa, rób to, znasz się na księgowości, zajmij się tym, poprowadź kółko teatralne. To są dodatkowe pieniądze. Ten sam pomysł mają w Kamieńsku. Nie do wyobrażenia, nie do zrealizowania w Moskwie, Petersburgu, Warszawie czy Krakowie. Nikt się nie wstydzi tej dodatkowej pracy. A niby dlaczego?

Teatr świeci pustkami… Fakt. W Rosji do teatru chodzi 9% ludności (u nas ponoć 20%). Matecki robi akcję, rozwieszają plakaty, gadają z ludźmi przed „monopolem”. Nic z tego. Pójdzie ten, kto odczuwa potrzebę. Szekspir, może być Szekspir, może być kto inny. Jedna dziennikarka, która pisze o teatrze. Dla kogo?

Dlaczego nie wyjeżdżają? A niby dokąd? Kto od nich kupi mieszkanie? Jak się przebiją na stołecznych scenach? Proste? Za proste. Niektórzy próbowali, niektórzy nawet mieli szanse, rezygnowali. Nie, nie uważają że są gorsi, który zresztą artysta uważa, że jest gorszy od innego?

Kochają przeszłość. „Człowiek z innego kręgu kulturowego, Polak, choćby nie wiem jak poznał i wchłonął rosyjską kulturę, do końca nie pojmie jej nigdy. […] Mowa o cieplutkim skurczu serca, gdy słyszy się odkurzoną piosenkę lub zobaczy w telewizji fotos aktorki z dawnych lat. Ta nutka nostalgii nie jest ani do podrobienia, ani do wyuczenia i trzeba się pogodzić z daremnością oraz fałszem wysiłków asymilacyjnych.”

Robią osiemnaście spektakli rocznie, w sąsiednim Jekaterynburgu trzydzieści (i mają widownię). Jekaterynburg jest dziesięć razy większy, inna rzeczywistość, inny świat. Lepszy? Bez wątpienia. Mało więc czy dużo? Wciąż chodzą mi po głowie polskie odniesienia. Przecież większość warszawskich teatrów, nawet tych, które mają po kilka scen, nie robi rocznie tylu spektakli. Aktorów nieporównanie mniej, wszyscy mogą się „wygrać”. To zresztą częsty argument. Tu mają pracę, mogą się pokazać na scenie. Inna sprawa, że „Wybrali zawód, do którego przypisane jest bycie gwiazdą. Lecz tu, na tym zadupiu, nigdy się nie zaświeci.” Kochają swoją pracę, tak mówią. Czasami potrafią trzy dni przed premierą wywrócić spektakl do góry nogami, zmienić reżysera i cały spektakl. Możliwe? Tylko w Rosji…

Przy teatrze jest też kółko teatralne. Matecki próbuje wydobyć z młodych aktorów „o czym jest sztuka”. O represjach w okresie stalinowskim, radości życia, o polityce, o przyjaźni. Boże, te sowieckie resentymenty…

Ma rację autor „Dramatu numer trzy” – nigdy ich nie zrozumiemy. Ale dzięki takim książkom mamy szanse trochę się zbliżyć, dotknąć, poznać ich sposób myślenia, ich wybory.

Jacek Matecki – Dramat numer trzy, Trzecia Strona, Warszawa 2017, str. 288.

 

Pin It