Wacław Holewiński

 

Mebluję głowę książkami

 

mebluje-glowe

 

 

Bracia krwi

sympatyk„Trwa ewakuacja Sajgonu, pułkownik Braddock powraca do Stanów Zjednoczonych, jednak w trakcie ewakuacji przeżywa osobistą tragedię, jego wietnamska żona ginie w trakcie ostrzału Sajgonu. Po dwunastu latach dowiaduje się, że jego żona przeżyła i żyje wraz z synem którego urodziła podczas rozłąki. Braddock ponownie powraca do Indochin by stawić czoła okrutnym przeciwnikom i odnaleźć rodzinę.” Wiecie Państwo jakiego to filmu opis? Tak, „Zaginionego w akcji 3”. Rok 1975, operacja „Frequent Wind”, ewakuacja Amerykanów i niektórych Wietnamczyków z oblężonego przez komunistów Sajgonu… I mniej więcej tak zaczyna się powieść Viet Thang Nguyena. Na lotnisku ginie żona i córeczka Bona, jednego z bohaterów. Ginie rzeczywiście. Samolot, którym mieli odlecieć, zostaje trafiony pociskiem. Przylatuje kolejny i  jest ostatnim, który zdoła się wyrwać z nadchodzącej Apokalipsy. Został co najmniej milion tych, którzy współpracowali z Amerykanami, którzy za kilka dni, tygodni lub miesięcy wylądują w obozach reedukacyjnych albo… albo stracą życie.

 

Przewrotna to historia – główny bohater, kapitan, jest adiutantem generała, najpierw wojskowego, potem szefa policji południowowietnamskiej. Ale jednocześnie jest „kretem”, komunistycznym agentem. Dwóch jego przyjaciół, „braci krwi”, nie wiedząc o tym, stoi po dwu stronach barykady. Przewrotna także dlatego, że nasz bohater jest „mieszańcem”: matka – rodowita Wietnamka, ojciec… francuski ksiądz katolicki. Na dokładkę, dzięki Claudowi, agentowi CIA, odbył studia w Stanach

No więc kapitan i Bon odlatują, najpierw do amerykańskiej bazy na wyspie Guam, a potem do Stanów. Za to Man, drugi z przyjaciół kapitana, komunista zostaje w ojczyźnie. To on będzie się kontaktował z „kretem”.

Można zapytać: a po co tym z Północy agenci w Ameryce? Przecież wygrali. Dobre sobie. A po co polskim komunistom potrzebni byli agenci wśród emigracji powojennej? I jedni i drudzy bali się ich powrotu. I nie ma znaczenia czy naprawdę takie zagrożenie istniało. Swoją drogą, w opisie losów tych świeżych, wietnamskich emigrantów widziałem żołnierzy Andersa, Maczka, Sosabowskiego. Jak tamci chwytali się w kraju „najlepszego sojusznika” najgorszych robót – major pracował na stacji bezynowej, ktoś inny został sprzedawcą. Kapitan łapie świetną fuchę. Zostaje konsultantem filmu o wojnie w swoim kraju. Mało nie traci przy tym życia. A generał? Dzięki zaradnej żonie otworzył sklep z alkoholami, potem obskurną knajpę dzierżawioną od Chińczyków z wietnamskim żarciem.

Generał jest jednak „osią” opozycji. To on ma doprowadzić do powrotu, to on ma przekonać Amerykanów do finansowania akcji wyzwoleńczej. Mając w najbliższym otoczeniu komunistycznego szpiega… Czy to możliwe? A „afera Bergu” była możliwa? Generał wie, że ktoś jest zdrajcą. Trzeba go zabić. I to kapitan ma go rozpracować. Bon zabija niewinnego człowieka. Niewinnego? Wszystko jest względne. Przecież w Wietnamie, jak wszyscy, brał łapówki. A potem już sam strzela do młodego dziennikarza (którego zna z okresu studiów), tylko dlatego, że tamten ośmielił się napisać, iż wojna jest przegrana i trzeba się z tym pogodzić. „Załatwia sprawę”, przechodzi chrzest, który pozwala mu, wbrew instrukcjom, wrócić do kraju. Nie chciał wyjeżdżać, ale wrócić musi, bo… bo Bon, dla którego nie ma życia po śmierci najbliższych – wraca. A dla swoich „braci krwi”, dla chronienia ich, jest gotów zrobić wszystko. Generał przychodzi pożegnać go na lotnisku. Nie, w zasadzie nie aby go pożegnać, raczej aby zadać mu pytanie, czy myślał, że jemu, „mieszańcowi”, mógł oddać Len, swoją córkę?

Wracają, kilkunastu. Część ginie natychmiast, inni – nasz bohater i Bon – dostają się do niewoli. To może najciekawszy fragment tej książki. Komunistyczny agent trafia – podobnie jak trzysta tysięcy rodaków – do obozu reedukacyjnego, w którym komuniści „naprawiają” swoich wrogów.

Najpierw przez wiele miesięcy siedzi sam. Potem prowadzą go do Komisarza. Nie poznaje go. Tamten ma kompletnie zdeformowane ciało, twarz. Jest ofiarą bombardowania napalmem, ale przecież to on, Man, trzeci z „braci krwi”. To nie przypadek, że znalazł się w tym obozie. Jest tam, bo i oni tam są.

„Nie trafiłeś tutaj za to, że nic nie zrobiłeś. Poddano cię reedukacji, bo jesteś zbyt dobrze wykształcony.” No przecież… Kapitan skończył dobre studia, widział i żył przez ileś lat w Ameryce, wietnamski raj na ziemi niekoniecznie musi mu się spodobać. „Teraz to my sprawujemy władzę i nie potrzebujemy, żeby dymali nas Francuzi czy Amerykanie. Potrafimy doskonale wydymać samych siebie.”

Godzinami puszczano mu z głośników płacz dziecka, podłączono palce do elektrody, nieustannie przepisywał swoje zeznania, pozbawiono go snu.

Man doprowadza do uwolnienia kapitana i Bona, organizuje i opłaca ich ucieczkę z Wietnamu. W końcu jako młodzi chłopcy przysięgali sobie braterstwo. „Był komisarzem, ale również moim bratem krwi; był moim oprawcą, ale również jedynym powiernikiem; był wrogiem, który mnie torturował, ale również moim przyjacielem.” Bajka? Może, ale bardzo dużo w tej powieści elementów prawdy, głębokich studiów autora nad historią swej pierwszej ojczyzny (Viet Thang Nguyen urodził się w 1973 roku, w 1975 uciekł z matką i bratem z Wietnamu). Dosyć bolesnej prawdy dla każdego, kto przynajmniej część świadomego życia spędził pod rządami komunistów.

 

Viet Thang Nguyen – Sympatyk, przekład Radosław Madejski, Wydawnictwo Akurat (imprint MUZA. S.A.), Warszawa 2016, str. 480.

 

Pin It