Wacław Holewiński

Czytajcie Suskiewicza!!!

 

mikroelementyPodsumowując rok 2015 pisałem: „Zdarza się, że po dwóch, trzech stronach wiem, że książka trafia w moje oczekiwania. To przypadek Łukasza Suskiewicza i jego „Zależności”. Trzydziestoośmiolatek z Częstochowy, jak czytam w nocie na okładce, wydał wcześniej niewielką powieść „Egri Bikaver”, drukował też trochę opowiadań w antologiach.

Niewielki dorobek, a pisarz pełną gębą! Tak, tak, nie mam wątpliwości.”

W ubiegłym roku Suskiewicz wydał kolejną książkę „Mikroelementy” i czytając ją tylko się utwierdziłem w przekonaniu, że to prozaik utalentowany, pisarz, który wie, co chce powiedzieć swojemu czytelnikowi.

 

Sto trzy strony prozy gęstej, mocnej, obok której trudno przejść obojętnie. Tak, to proza realistyczna, wzięta z dnia codziennego, z mocnym, czasami wulgarnym słownictwem. To opowiadania, w których bohaterowie nie snują się w chmurach, to nie intelektualiści, a raczej ci z nizin. Sprzedawca kurczaków, „lokalsi” pod Biedronką, policjanci z nocnego patrolu, facet faszerujący się anabolikami, opowieść o dziadku, który konną platformą rozwoził wódkę i był wiecznie pijany.

Ciekawa to proza, bez zadęcia, bez silenia się na eksperymenty, bez szukania ornamentów. Ale może dzięki temu wciąga, czyni z bohaterów postaci wyraziste do bólu, pełnokrwiste. Takie, jakie widzimy – chcąc nie chcąc (daj Boże niektóre omijać szerokim łukiem) – obok nas.

Czytając „Mikroelementy” utwierdziłem się tylko w moich przemyśleniach sprzed ponad roku. Suskiewicz to pisarz dojrzały, godzien zainteresowania. I na pewno godzien większego szumu wokół jego prozy!!!

Łukasz Suskiewicz – Mikroelementy, Wydawnictwo Forma, Szczecin 2016, str.103.

 

znaczek

 

 

Piotr Müldner-Nieckowski

Bolesław Leśmian w edycji Dariusza Pachockiego

 

skrzypek opetany    Już pewnie zapomnieliśmy, że poeta Bolesław Leśmian był pisarzem wszechstronnym i że popełniał utwory wielce oryginalne zarówno formalnie, jak i intelektualnie. Czego się nie tknął, zamieniał i w złoto, i w niezwykłość. Choć można by go jako twórcę przypisywać do wybranej epoki, to byłbym z tym ostrożny, bo - nie tylko moim zdaniem - istniał ponadczasowo, a to, co po nim zostało, również czasu się nie ima. Nie dziw, że wspaniały poeta 2. połowy XX wieku Ryszard Milczewski-Bruno marzył, aby postawić Leśmianowi z 1. połowy tegoż stulecia pomnik przed farą w Grudziądzu. To się nie udało, a teraz grudziądzanie chcą wystawić przynajmniej popiersie Bruna. Ilekroć tam jestem, widzę w powietrzu zarys sylwetek już nie tylko Milczewskiego, lecz i mistrza Bolesława. Mistrza nad mistrze.

    Jak pisał? Wybrane strony rękopisów zobaczymy w książce, którą mam zaszczyt tu prezentować (tak jak się prezentuje broń). Są w niej faksymilia oddające nawet kolorystykę papieru, tekstu i myśli, ale też i ukazujące pismo odręczne - czytelne i z tak zwanym charakterem. Przede wszystkim są jednak naukowo opracowane teksty utworu, który miał dwa tytuły i dwie wersje: „Skrzypek opętany” i „Pierrot i Kolombina”, a został opatrzony podtytułem „Baśń mimiczna w trzech przywidzeniach”.

    Profesor Dariusz Pachocki z KUL-u dał się już poznać jako znakomity edytor tekstów artystycznych (w tym korespondencji) takich tuzów jak Józef Czechowicz, Władysław Broniewski, Zbigniew Herbert, Jan Brzękowski, Edward Stachura czy  Stanisław Czycz. Teraz zebrał całą dostępną w kraju i za granicą (aż po USA) dokumentację właśnie  „Skrzypka opętanego” Leśmiana. Wymienił istotną korespondencję ze spadkobiercami i depozytariuszami rękopisów. Przeanalizował treść i jej zapisy. Trud był to niemały, ale opłacalny. Niektóre opracowania miewał Pachocki wręcz odkrywcze, więc i w tym wypadku można było się spodziewać, że edycja będzie zaskakująca. I jest: dzięki niej wiemy, że  wersją ostateczną utworu jest „Skrzypek...”, a nie „Pierrot...”. Dowody do wglądu w książce. Tekst do wykorzystania. Scena polska aż prosi się o nawrócenie. Tu pewne (pozorne) ułatwienie: aktorzy nie muszą mieć dykcji, bo w „Skrzypku...” nic nie mówią, ich dialogi są - mimiczne. Powinni mieć zdolność gry ciałem, całość jest bowiem kinetyczna. Istotą zapisu tego utworu jest nadana przez Bolesława Leśmiana przewidująca ilustracja poruszania się bohaterów, wyrazu przez strój, ruch, gest, minę. Dźwięk pozostaje w muzyce. Już sam zapis jest literacko na najwyższym poziomie, jest co czytać. A jeszcze treść... Treść sama się nasuwa wedle wyobraźni czytelnika, jednak trzeba ją zmaterializować na scenie: prosi się o reżysera, aktorów, kompozytora i scenografa. Utwór już był wystawiany, o ile mi wiadomo, przez Polski Teatr Tańca, Balet Poznański w 1991 r., ale to było według trochę innego tekstu i trochę dawno, bo 26 lat temu, niewiele osób to przedstawienie pamięta, a jeśli tak, to jak przez mgłę.

    Ciekawy jest nie tylko opis scen, ruchu, zachowań, sugestii psychologiczno-fantastycznych, wskazówek estetycznych i emocjonalnych. Zastanawiają także teorie autora, zawarte w uwagach końcowych, jakże pożądane dzisiaj, kiedy teatr tak często zamienia się w bełkot poniżający ludzi myślących i czujących. Zaczyna je Leśmian następująco:

„Unikanie obrazów żywych jest koniecznym warunkiem dramatu w ogóle, a mimicznego w szczególności, ponieważ ten ostatni daje dużo po temu sposobności i pokus. Akcja winna być główną jego zasadą i celem, i środkiem. Obraz może się zjawić na scenie z trudem (nigdy z łatwością), stopniowo (nigdy umownie i nagle) - jako oczekiwany na kształt katastrofy lub nieuniknionej konsekwencji, spodziewany w swych przybliżonych możliwościach wynik samej akcji, jej zakończenie nieodparte. Zdążanie do tego obrazu winno być naocznie sprawdzalne dla widza, pełne ruchów przygotowawczych i zgodnie z rozwojem akcji poprzedzających powolne nagromadzanie się szczegółów (osób i przedmiotów) w obraz zbiorowy, stanowiący żywotną potrzebę zespolenia się szczegółów w taką, a nie inną całość (...)”.

 

Piotr Müldner-Nieckowski

_______________________

Bolesław Leśmian, "Skrzypek opętany" w edycji Dariusza Pachockiego. Wydawnictwo KUL, Lublin 2016. Stron 270. ISBN 978-83-8061-333-1. 

 

znaczek

 

 

Małgorzata Karolina Piekarska

Czar Starego Gmachu

 

stary gmachBył rok 1986, kiedy nie dostałam się na studia. Egzaminy zdałam na piątki i czwórki, ale słabe świadectwo i brak punktów za pochodzenie sprawiły, że miejsc na uczelni dla mnie zabrakło. W tamtych czasach można było na dodatkowe punkty na studia zapracować. I tak we wrześniu 1986 roku by zarobić na te punkty zjawiłam się w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego, która mieściła się w starym gmachu. To dzięki pracy w BUW przeczytałam wtedy książkę „Mikołajek w szkole PRL”. Nie była tak dobra literacko jak francuski pierwowzór, ale… opisywała coś, co znaliśmy wszyscy. To wtedy zdobyłam sporą kolekcję znaczków wydaną w latach 80-tych przez polskie podziemie niepodległościowe, bo pracownicy BUW sprzedawali je między sobą. Nie było podziału między ludźmi. Wszyscy byliśmy jednością. A najważniejsze dla nas były książki. To z powodu książek na swoje miejsce zdobywania punktów na studia wybrałam BUW, a nie na przykład szpital. W BUW przyjęto mnie do działu katalogów najpierw jako stażystkę, a potem na stanowisko młodszego bibliotekarza. W dziale obok pracował Piotr Matywiecki. W BUW w przerwach w pracy, na starej maszynie stojącej przy moim biurku, pisałam swoje pierwsze, drukowane w prasie opowiadania. Natomiast w ramach pracy m.in. przepisywałam stare, ręcznie pisane, przedwojenne karty katalogowe, a ponieważ te stare trzeba było wyrzucać, więc… brałam je na pamiątkę do domu. „Stary Gmach” Piotra Matywieckiego przeczytałam z ogromnym wzruszeniem. To dla mnie powrót do BUW, mojego pierwszego miejsca pracy. Jedynego, w którym byłam bezgranicznie szczęśliwa. Jedynego, w którym nie płakałam. Jedynego, za którym tęsknię, choć spędziłam tam tylko rok.

Myliłby się jednak czytelnik, który podejrzewałby, że „Stary Gmach” Matywieckiego to banalne wspomnienia starego bibliotekarza o statusie poety, czy wiecznego poety, w którym na zawsze tkwi bibliotekarz. To swoisty esej o kulturze i książce, przeplatany rzecz jasna wspomnieniami i anegdotami, ale będący próbą odpowiedzi na pytanie o rolę książki, literatury i biblioteki największej warszawskiej uczelni humanistycznej w życiu polskiego społeczeństwa i polskiej inteligencji.

Głównym bohaterem książki jest bowiem nie tyle sam budynek starego BUW, ile księgozbiór i literatura. Tak, jakby tytułowy „Stary Gmach” był pretekstem do opowiedzenia czytelnikom o książkach, które kształtowały i autora i jego środowisko i całe pokolenia czytelników tej specyficznej biblioteki. Matywiecki cytuje nie tylko bibliotekarzy, opowiadając przy okazji o historii księgozbioru, ale cytuje też poetów, pisarzy, naukowców i filozofów. Opowiada o ich wizytach w BUW. Jednak w większości te opowieści mają charakter anegdot nie tyle o człowieku, ale o kulturze czy literaturze. Dobrym przykładem jest ta o obwieszczaniu czytelnikom, że czas kończyć pracę, bo zbliża się pora zamknięcia. „Przechadzałem się po salach i z namaszczeniem, głośno, kilkakrotnie obwieszczałem: „Proszę Państwa, zamykamy!” – bawiło mnie, że w te sposób cytuję Ziemię jałową Eliota i że tylko ja jestem świadom tej mojej literackiej gry. Ale po jakimś czasie natrafiłem na felieton Tadeusza Komendanta w czasopiśmie „Nowy Wyraz”. Komendant bawił się w tym felietonie nieświadomością bibliotekarza BUW-u, który swoim „proszę państwa, zamykamy” bezwiednie wchodzi w literacki świat wtajemniczonych. Poczułem się śmieszne urażony w mojej poetyckiej erudycji.”

W tym roku księgozbiór BUW kończy 200 lat. Jego główna siedziba mieści się już w zupełnie nowym gmachu na Dobrej. I choć ten nowy i przestronny budynek na pewno jest wygodniejszy, przystosowany do niepełnosprawnych, obszerniejszy itd., to trudno spodziewać się, że szperając w jego magazynie znajdzie się wetknięte pomiędzy zgromadzone w nim książki karteczki, listy i notatki pamiętające poprzednie epoki i poprzednie pokolenia bibliotekarzy. Książka Piotra Matywieckiego zastępuje je wszystkie. Warto po nią sięgnąć, by zajrzeć tam jak do starego bibliotecznego magazynu. Można właściwie otwierać w dowolnym miejscu i czytać na wyrywki. Tak, jak ja przeszło 30 lat temu podczas nocnego dyżuru czytałam wyciągane z magazynu na chybił trafił książki traktując je jak swoistą wróżbę. „Co mnie, czytelnikowi, przyniesie los? Powiedz o książko!” Co powiedział mi „Stary Gmach?”

„I jest oczywiście ta zupełnie nowa wirtualna przestrzeń internetu, do której prosto z sali zapełnionej komputerami wchodzą „użytkownicy”. Może tam, w jakiejś zupełnie innej formie, odżyją mit i prawda wielkiej biblioteki?

Bo dawniej ten mit i prawda spełniały się na moich oczach. Nabywanie erudycji dokonywało się jako coś naturalnego, było oddechem czytelniczych sal.”

Warto wsłuchać się w ten oddech, a można to zrobić sięgając po „Stary Gmach”.

Małgorzata Karolina Piekarska

 

 

 

Pin It