Wanda Nowik-Pala

 

Na krosnach czasu

           

kiedys            Tadeusz Zawadowski jest mistrzem chwytania chwili i ukazywania jej najsubtelniejszych odcieni. Dzięki temu w tych szczególnych momentach, gdy odwiedza go poezja, powstają barwne kobierce nastrojowych, wzruszających, a przy tym zmuszających do głębokich przemyśleń, wierszy. Efekty są godne podziwu. Nic dziwnego, wszak zarówno osnowa myśli, jak i przędza słów są najwyższej jakości. Dzięki temu jego utwory cenione są zarówno przez czytelników jak i fachowców, o czym świadczy ponad dwieście nagród w międzynarodowych i ogólnopolskich konkursach literackich, nagroda za działalność kulturotwórczą Niezależnej Fundacji Popierania Kultury Polskiej POLCUL FOUNDATION w Sydney /1997/ oraz Nagroda Literacka im. Klemensa Janickiego za oddany właśnie w nasze ręce trzynasty z kolei poetycki tom „Kiedyś”. 

            Tytuł ten nie pozostawia złudzeń, że chodzi o rozważania dotyczące czasu. „Kiedyś to zawsze nie dzisiaj” twierdzi autor w tytułowym wierszu. Wynika stąd, że pojęcie to obejmuje przeszłość i przyszłość, a wyklucza teraźniejszość. Czyżby „teraz” było puste, dotyczyło czegoś iluzorycznego, istniejącego jedynie w naszej świadomości?

            Nad tym, czym jest czas zastanawiano się od wieków. Już św. Augustyn stwierdził, że „Trudno to pojąć, a cóż dopiero – w słowach to wyrazić”. A jednak zarówno filozofowie, naukowcy, jak i poeci wciąż nad tym debatują. Jak sobie z tym radzi Tadeusz Zawadowski? Teraźniejszość według autora jest czymś w rodzaju czarnej dziury, która „Co zobaczy wciąga w siebie...” („Późniejsze wczoraj”) stając się czasem minionym. Ale przez trudny do określenia moment istnieje. Nic dziwnego, że w pamięci pozostają nam jedynie fragmenty rzeczywistości. Pamięć bowiem nie wszystko jest w stanie zapisać i przechować. Początkowo chłonna i elastyczna, z wiekiem zmienia się, traci swe zdolności, chociaż nadal „smakuje jak wino/ Dojrzewające w słonecznej winnicy...”. Korzystamy z niej „Nie zauważając że karafka  opróżniała/ A przy stole coraz więcej pustych miejsc/ Zaś w lustrze naprzeciwko/ Nie potrafimy rozpoznać własnej twarzy...” („Smak pamięci”).

            Dopóki się da, sięgamy do niej niby do skarbca chroniącego naszą przeszłość. I podobnie jak Tadeusz Zawadowski możemy tam nagle odkryć szczęście beztroskiego dzieciństwa pełnego zauroczeń przyrodą oraz opowieściami rodziców. Wystarczy drobiazg np. stary talerzyk z niebieskim widoczkiem lub obraz Matki Bożej, „przy którym co wieczór/ matka się modliła”, by przypomnieć sobie tak bliski sercu ojca Wołyń („Niebieski talerzyk”).

            Niemal równie często zastanawiamy się, co może przynieść przyszłość. Lubimy snuć plany na wiele lat naprzód. Nie mamy jednak cierpliwości, najczęściej próbujemy je więc jak najszybciej zrealizować. Poeta ostrzega jednak, że musimy przy tym bardzo uważać, czas jest bowiem  płochliwy, nie lubi być zaskakiwany ani do niczego zmuszany. A na dodatek wyznacza nam terminy, których nie sposób uniknąć. Nie warto go oszukiwać, bo nikt nie jest w stanie go przechytrzyć.

            Rodzimy się i idziemy przez życie mając stuprocentową pewność, że kiedyś nadejdzie jego kres. Myśl o tym przeraża. Nie chcemy przemijać. Może dlatego już w wierzeniach starożytnych Greków, Hindusów, Celtów oraz przedchrześcijańskich Słowian przewija się pojęcie nieśmiertelności duszy. O wiele łatwiej pogodzić się z nieuniknionym, gdy ma się nadzieję, że coś z nas przetrwa. I obojętne, czy dusza niby ptak uleci do prasłowiańskiego Wyraju, będzie się przechadzała po greckich Polach Elizejskich, chrześcijańskim raju, czy powróci na ziemię jako kolejne wcielenie. Ważne, że nie zginie bez śladu. Przecież nawet strącona do Tartaru czy piekła, istnieje.

            Tadeusz Zawadowski wyposaża ją w zwykłe ludzkie uczucia. Nie obcy jest jej ból, przerażenie i strach, między innymi przed samotnością, dlatego „Siada nam/ na ramieniu i drży na myśl/ że możemy ją opuścić” („Dusza”). Przeniesienie strachu na duszę, zmniejsza go w żyjącym, oswaja z nieuniknionym. Z upływem lat bowiem coraz częściej gości w nas myśl o śmierci. Poeta twierdzi, że do śmierci się dojrzewa, bo „Nie umiera się od razu Umiera się/ na raty na części/ na zapach bzu pozostawiony w dzieciństwie/ i na ciepły sen kota który dawno w niebie...” I chociaż myśl o niej oraz świadomość jej nieuchronności powraca jak bumerang, nie jesteśmy w stanie tego zaakceptować, boimy się, dlatego „modlimy się po nocach by nas nie znalazła” („Sztuka umierania”).

            Teraźniejszość jest nietrwała. Jej ślady odciskają się w pamięci z miejsca stając się przeszłością. Ponieważ trwa to nieskończenie krótko i nie zawsze zadowala, gdyż „Moment jak to moment nie zawsze dogodny/.../Nigdy mu tak wskazówek nie można ustawić/ Aby porę właściwą nam pokazywały”, to jednak bez tej chwili nie istniałoby nasze życie. Wszak z pojedynczych kropel powstają oceany, a z ziaren piasku niezmierzone pustynie i kilometry plaż.

            Są więc momenty pracy i odpoczynku pełne głębokich rozważań lub beztroski, spokojne i burzliwe, rozjaśnione szczęściem lub chmurne od trosk. Szczęściem bywają chwile wspomnień, świadomość trwania, oparcie w miłości, obcowanie z przyrodą i z Bogiem. Bo szczęście, jak wszystko, przychodzi jedynie na chwilę. Warto się więc nad nią pochylić, posmakować, zachwycić i dać temu wyraz. Nawet po najcięższym ciosie trzeba się podnieść i trwać, bo nie ma nic cenniejszego niż życie.

            Już Mikołaj Rej i Jan Kochanowski szczęście widzieli w miłości i pięknie otaczającej przyrody. Bohaterom z okresu pozytywizmu z kolei przynosiła je na ogół wypełniona pracą codzienność. Skamandryci wypatrywali go zaś w rzeczach najprostszych. Echa filozofii epikurejskiej  odnajdujemy również w utworach Tadeusza Zawadowskiego. Jest spełnionym poetą i szczęśliwym członkiem rodziny, dzięki czemu nawet wiersze o sprawach ostatecznych są przepełnione jedynie łagodnym smutkiem.

            Posiadł on przy tym trudną sztukę pochylania się nad drobnymi sprawami dnia codziennego, np. nad tym „o czym myśli mucha/ gdy chodzi po stole”. Szary deszczowy dzień, samotność luster, lub zasady użycia wielkich i małych liter alfabetu okazują się nagle doskonałym punktem wyjścia do poważniejszych rozważań. To nieczęsta umiejętność. Bo jak twierdzi Maria Szyszkowska „codzienność jest wielowymiarowa” lecz nie każdy to dostrzega.

            Jego umiejętność głębokiego wnikania w szczegół przypomina stosowane przez Wisławę Szymborską zdejmowanie kolejnych warstw i oglądanie każdego elementu ze wszystkich możliwych stron. W wielu wierszach poety znajdujemy także podobny, pełen zadumy i humoru dystans do omawianych spraw. Np. w wierszu „Pozowanie do śmierci”, pisząc o poważnej minie, złączonych nogach, czarnych butach i ciemnym garniturze, oraz napominając, żeby nie zapomnieć o grobie, a także o piórze i papierze, które warto ukryć pod klapą lub w kieszeni, bo tylko „portfel więcej nie będzie potrzebny/ - ponoć wszystko dają tam za darmo”, przekształca śmierć w zwyczajną czynność dnia codziennego, niemal tak banalną jak pozowanie do fotografii. Odbiera jej w ten sposób atrybut strachu, oswaja z nią, pozbawia grozy.

            Autor przemawia do czytelnika ogromną plastycznością obrazu, czego przykładem może być fragment wiersza „Zawiść”: „Zawiść to stworzenie wiecznie smutne/ Chodzi z nosem spuszczonym na kwintę / i żal mu że ptak umie śpiewać/ a pasikonik grać na skrzypkach/ Tyle jego szczęścia gdy nogę dziecku podłoży/ i ujrzy jak wraca z siniakiem do domu”. O ile pierwsze dwa wersy mogą na chwilę wzbudzić odrobinę współczucia zmieszanego z politowaniem, to następne ukazują już bezsens przyczyn powstawania zawiści oraz jej bezduszność i okrucieństwo. Nic dodać, nic ująć. Dobry wiersz bowiem, to naukowy traktat w pigułce. Z tym, że o wiele lepiej smakuje i łatwiej się go przyswaja.

            Nieco odmienny klimat odnajdujemy w utworach poświęconych kontaktom z przyrodą, a szczególnie z surowym pięknem gór. Podobnie jak u Jerzego Harasymowicza widać tu fascynację ich majestatyczną urodą, radość pokonywania krętych ścieżek oraz obcowania z naturą. Ich sięgające nieba szczyty przywodzą autorowi na myśl Boga. Bóg jest tu wszechobecny, a na dodatek bardzo przypomina przeciętnego człowieka. Bywa rozespany, niecierpliwy, zmęczony, pija kawę i spaceruje po górach. Krzyż na szczycie jawi się poecie „niczym maszt okrętu/ w którym Bóg wczesnym świtem/ ziemski świat opływa” („Wysokie góry”). W Beskidach „z chmur schodzi” spiesząc na niedzielną mszę „do pobliskiego kościółka zawieszonego/ u obłoków”, a w bieszczadzkich lasach bukowych wdziewa jesienią czerwoną jak one sukienkę. Wszystko wokół poetę zachwyca: huczący w dole potok, krwistość szat buków, złote liście drzew, liliowe wrzosy, a przede wszystkim wspinanie się „w górę gdzie Bóg mieszka”.

            Szczęściem jest także miłość. Uczucie dojrzałego mężczyzny jest jak szeroko rozlana rzeka statecznie i pewnie zmierzająca w kierunku ujścia do morza. Poeta w wierszu dedykowanym żonie stwierdza bowiem, że nawet wtedy, „gdy nas nigdy już nie będzie/ pójdziemy najpierw do ogrodu/ -Ty w bieli ja w twoim uśmiechu- / i nasłuchiwać tam będziemy/ bzów i konwalii/ i czytać wiersze z igieł sosen/ z liści łopianu i podbiału” („Zostanie miłość”). Miłość jest bowiem wieczna. Razem z zakochanymi przenosi się do niebiańskiego ogrodu do złudzenia przypominającego własny, pozostawiając na ziemi jedynie ślad swego istnienia. Nie ma się więc czego bać, skoro śmierć niczego nie zmieni.

            Podobne przesłanie wyłania się z wiersza „Moja mama w niebie”. Matka nawet w niebie zajmuje się tym co na ziemi: „kopie grządkę/ sieje na niej nasturcję, i astry// zrywa niebiańskie jabłka/ i przyrządza z nich słodkie/ kompoty// biegnie do kuchni/ by ugotować moją ulubioną/ zupę szczawiową”. Najwidoczniej jest jej tam dobrze. Tym bardziej, że niedawno dołączył do niej ojciec. Teraz, gdy autor staje „ponad grobem/ Ojciec z matką stoją obok/ Uśmiechnięci” („Piosenka cmentarna”), albo razem „przychodzą nocą/ stają przy łóżku/ i wsłuchują się w mój oddech” („Moi rodzice”).  W tych wierszach nie ma rozpaczy, jest głęboka wiara, nadzieja i miłość.     

            Od wydania poprzedniego tomu minęły trzy lata. Ile to chwil? Jak zatrzymać i ukazać to, co się zdarzyło, zmierzyć przeżytą radość, rozpacz, troskę i miłość? Na krosnach tego czasu powstał  różnobarwny szlak, utkany z delikatnej przędzy czarodziejskich słów, które jak kamienie milowe znaczą kolejny etap poetyckiej drogi autora.  Dziękuję, że mogłam nim podążać. Zapewniam, że było warto.

                                                                                  Wanda Nowik-Pala

            Tadeusz Zawadowski, „Kiedyś” Nagroda Literacka im. Klemensa Janickiego,

                                                           Bydgoszcz 2014, s. 95     

           

Pin It