Andrzej Wołosewicz

 

Czy sypialnia artysty  jest ważna? – krótki głos o tomiku „To jedno” Elżbiety Musiał

 

to jedno okladka                Czytam tomik „To jedno” Elżbiety Musiał i nie mam, Elu, dobrych wieści z tej lektury. Dlaczego? Pewnie przez Picassa. Trawiłem go na przełomie lat 70/80 minionego wieku i nadal cenię jak cały kubizm, który – do spółki z literaturą iberoamerykańską – był nawet bohaterem mojej rozprawki magisterskiej. Picasso, Braque, Cortazar, Broges – nawiązywałem potem jeszcze do nich w jakichś periodykach naukowych, a do ostatnich dwóch także w wierszach. Ale zawsze – i to chciałem powiedzieć przede wszystkim – malarstwo, literatura a nie, mówiąc symbolicznie, biurko pisarza czy malarska pracowania, chociaż to, co nazywam kuchnąa artystyczną pociąga mnie bardzo ponieważ mówi dużo o samej twórczości. Kuchnia artystyczna a nie sypialnia chociaż ta ostatnia zapewne ma swój wpływ na psyche a więc i na twórczość. Ma, ale jesteśmy właściwie bezradni, by to zważyć i ocenić. To jedno.

                Druga sprawa to morze literatury na temat i Picassa i na temat Picasso a kobiety, więc kolejny tekst, nawet gdy poemat, wypada jak kropla dolana do oceanu, czyli blado. Nie wiem, czy źródło Picassa już po prostu nie wyschło? Ja mam po lekturze wrażenie, szanując emocje Autorki, raczej suchej egzaltacji niż czegoś ożywczego. Jeżeli Celine powiedział kiedyś, że wojna ożywia zasuszone jajniki kobiet, to w poemacie „To jedno” tej wojny ja nie czuję. Czegoś mnie tu brakuje, ale nie umiem powiedzieć czego. Jan Tulik pisze (na ostatniej stronie okładki) „o poemacie skomponowanym w kanonie prozy poetyckiej”, ale nie brzmi to przekonująco. Może właśnie gdyby to była rasowa proza poetycka? A tak to raczej – wbrew Tulikowi – poemat ześlizgujący się często na „mielizny” dokumentu a nie w kierunku prozy poetyckiej.  Oczywiście żeby była całkowita jasność: pisze tu być może bardziej o wyczerpaniu  mojej odbiorczej odporności na swoistą powtórkę: to samo co w poprzednich poematach, tylko w nowych dekoracjach. Nie ożywiają ich nawet obrazy Picassa. One już nie rozrywają ani świadomości, ani moralności, ani świata, zostały zaanektowane przez historię sztuki niezależnie od cen, jakie osiągnęły i jakie jeszcze osiągną. Stały się już tylko towarem. Rewolucje należące do historii już należą do historii, nawet rewolucje artystyczne i trudno je ożywić. Poemat „To jedno” tez ich nie ożywia, przynajmniej w mojej lekturze. Te obrazy ożywiają jeszcze wyłącznie, gdy jestem z nimi sam na sam, gdy je oglądam (a miałem taką możliwość wiele lat temu na warszawskiej wystawie Mistrza).

                Najciekawsze wydają mi się te wątki (strony 28/29, 33/34) kiedy Elżbieta prywatyzuje swą relację z zarysowaną domniemaną psyche Dory, np.: „Czy wspomniałem ci, że rozpacz wciąga? Ani się/ spostrzeżesz… Ale dość już o  tym”. Są one jednak bardzo nieśmiało poprowadzone, ledwie zaznaczone, ledwie napoczęte. Może gdyby stanowiły temat główny, wiodący, byłoby mi wszystko bliższe i  w czytaniu bardziej autentyczne, ale nawet te wątki są przytłoczone mini-encyklopedią historii sztuki. Ta ilość rozbudowanych przypisów weksluje cały tekst w obszary dokumentu, katalogu do wystawy. Bywają one  czasami chyba pedantycznie przesadne, choćby gdy otrzymujemy odsyłacz przy słowie gauloises, że to nazwa papierosów. Nawet ja, niepalący, kojarzę, że to papierosy, co zresztą dość jasno wynika z toku logiczno-gramatycznego zdania, bo co innego mogłoby być w zębach?, ewentualnie fajka, ale ta nie pasuje gramatycznie właśnie.

                Podsumowując. Żeby była jasność: nie zszedłem do tekstu „To jedno”, odbiłem się i rozbiłem o to, co mi takie zejście utrudniło i tym chciałem się podzielić. Dlatego proszę Czytelników, i Ciebie Elu także, o nietraktowanie mojej wypowiedzi ani jako recenzji (broń Boże!), ani jako wartościującej tomik właśnie przez brak owego zejścia do samego poematu, a tylko jako uwagi o meandrach czytelniczego odbioru, więc może bardziej o niemocy samego czytającego. Może najzwyczajniej nie jestem intencjonalnym adresatem tomiku choć przecież dostałem go od Autorki z dedykacją. I przecież pisałem o tym, co ujęło mnie w poprzednich poematach Elżbiety, z niczego więc się nie wycofuję pozostając jednak z upartym wrażeniem jakby Elżbieta „splagiatowała” samą siebie właśnie z poprzednich poematów i nastąpiło pewne wyczerpanie poetyckiej nośności sposobu (i tematu). Może też być tak, że wszystkie różnice wynikają z tego, że moje praktyczne artystyczne pasje ograniczają się tylko do poezji i nie mam – jak Elżbieta – dwóch skrzydeł nie praktykując w najmniejszym stopniu malarstwa. Dopuszczam przeto, że jestem tu uboższy o niektóre rejestry i stąd ta niemoc zbliżenia się do „Tego samego” (mam nawet wątpliwość, czy taki tytuł podlega odmianie, ale to już inne zagadnienie).

                Jeżeli miałbym szukać jakichkolwiek kłopotów z recepcją poematu „To samo” poza samym sobą – bo do tej pory tylko na tym się skupiłem – to powiedziałbym, że tomik jest zbyt głęboko zrobioną psychologią i bardziej czytam go jako próbę eseju psychologicznego lub rozprawki psychologicznej niż literatury i  w tym tłumaczę moją czytelniczą porażkę: psychologia zastąpiła mi literaturę. Innym życzę bardziej udanego czytania, co – jak wskazuje słowo od Tulika – jest możliwe.

 

 

Pin It