Wacław Holewiński

 

Mebluję głowę książkami

 

mebluje-glowe

 

 

 

 

A gdyby przetrwał?

hubal fabrykaZmierzyć się z legendą… Iluż pisarzy podejmowało się tego niełatwego zadania. Mało kto wychodzi z tego pojedynku zwycięsko. Komuda postanowił wziąć na warsztat legendę „pierwszego partyzanta II wojny światowej” – majora Henryka Dobrzańskiego „Hubala”, tego, który „nigdy nie złożył broni”.

Wbrew pozorom to wcale nie było proste zadanie. Po pierwsze: musiał się zmierzyć z utrwalonym filmowym wizerunkiem majora. Obraz Poręby i Filipskiego z 1973 roku dla kilku pokoleń stał się legendą, prawdą i tylko prawdą. Po wtóre: jak opowiedzieć historię, która  wcale nie jest czarno-biała?

 

Ponad 750 stron. Przerażająco dużo jak na ledwie kilka miesięcy życia bohatera. Bo Komuda nie napisał biografii, przecież to tylko wycinek z życia Dobrzańskiego, fakt, ten najbardziej intrygujący: od 9 września 1939 roku do 30 kwietnia 1940 roku – daty śmierci majora (plus maleńki appendix) – a przecież wcześniej było ponad czterdzieści lat. Lat, z których można stworzyć równie ciekawą historię (Legiony, walki o Lwów, Puchar Narodów w jeździectwie, romanse, skandale, usunięcie z wojska).

Był watażką, nie ma co do tego wątpliwości. Z trudem ulegał, podporządkowywał się innym. Pewnie wiele razy przez tę swoją „rogatą duszę przegrywał. Pewnie mógł zrobić większą karierę. Z drugiej strony, jak mało kto znał się na koniach, kochał je całym sercem. Był odważny aż do szaleństwa.

Pytania, których nie stawia autor „Hubala”, ale same się nasuwają: gdzie jest granica, której dowódcy nie wolno przekroczyć? Czy dla własnych fanaberii wolno narażać podwładnych? A ludność cywilna? Przecież akcje Dobrzańskiego pociągnęły za sobą straszne represje.

Komuda, i słusznie, w rozmowie ze mną odpowiada: nie wolno myśleć kategoriami współczesnych. Nikt nie mógł, nie miał prawa zakładać, że Niemcy na akcję oddziału wojskowego odpowiedzą zbrodnią, zabijaniem niewinnych. Ma też inne argumenty, w tym – jeden kluczowy: Polska nigdy nie skapitulowała przed III Rzeszą, a powinnością wojskowego jest bić się o swoją ojczyznę. Hubal miał prawo, podobnie jak inni, oczekiwać wiosną 1940 roku ofensywy aliantów. Chciał być gotowy na tę chwilę, chciał utrzymać dobrze wyszkolony, zdolny do działań bojowych oddział.

Jest jednak też druga strona medalu. Major szukał kontaktu z tworzącym się podziemiem, z jego kierownictwem. Znalazł je i formalnie mu się podporządkował. Kluczowe słowo to „formalnie”. Bo przecież na rozkaz przejścia do konspiracji wzruszał ramionami i dalej robił swoje. Był więc żołnierzem?

Pewnie chcielibyśmy aby nasze legendy były bez skazy. Bohater i pomnik, nic pomiędzy. Ale przecież tak się nie da. Kochanka w każdej wsi, okrucieństwo, rozstrzelanie jeńców, odejścia, przecież liczne, z oddziału nawet tych najbardziej zaufanych, oddanych „Hubalowi”, wreszcie wyrok wydany na niego przez ZWZ. Generał Rowecki pisał: „Hubala ścigam, chcę go wysłać za granicę, w przyszłości oddam go pod sąd”. Uważał jego działania za „niepoczytalne”. Nie miał też wątpliwości, że represje na ludności cywilnej to efekt uporu Dobrzańskiego.

Czytałem tę książkę i zadawałem sobie pytanie: a co by się stało, co by czekało „Hubala”, gdyby nie zginął, gdyby jakimś cudem przetrwał wojnę? Byłby sądzony? Zdegradowany?

Zadałem pytanie Komudzie: był bohaterem? Nie miał wątpliwości: dla mnie był – oświadczył stanowczo. Więc może to polska specjalność – bić się, nie zważać na okoliczności, dać się zabić, być legendą?

Wróćmy: w kampanii wrześniowej był żołnierzem bez przydziału. Szukał jednostki, która go przyjmie. Znalazł. A jednocześnie nie było okazji walczyć z wrogiem. Kazał rozstrzelać żydowskich dywersantów, organizujących huczne powitanie wkraczających do Polski jednostek sowieckich. Chciał iść na pomoc Warszawie, potem przedzierać się na Węgry – tak przynajmniej mówił tym, którzy oddali się pod jego komendę. Stworzył Oddział Wydzielony Wojska Polskiego. Nie zdjęli mundurów. Odbili z rąk okupanta najwspanialsze polskie konie. Bił Niemców w kilku potyczkach. Jeździł do Krakowa i Warszawy (wyobraźnia autora?) w mundurze. Nie miał szans, to pewne. Bo jakie może mieć szanse mniej niż setka ludzi wobec ośmiu tysięcy? Chciał zginąć? W to trudno uwierzyć. Ale niewątpliwie liczył się ze śmiercią, był na nią przygotowany.

Napisał Komuda książkę ciekawą. Nie tylko ze względu na postać Hubala. Równie ciekawy jest obraz jego oponenta, przeciwnika – Ericha Gresslera, Ślązaka, Brigadenführera SS. „Jeśli czytacie moje zapiski, to pewnie nienawidzicie mnie z całego serca. I bardzo dobrze, Polaczki. Nam, Niemcom, nie zależy na tym, żebyśmy się komuś podobali, żeby nas lubili i podziwiali, wystarczy, że wszyscy się nas boją.”

Ma ta książka jeszcze jeden atut, może nie dla wszystkich najważniejszy, ale pewnie dla niektórych istotny. Komuda, podobnie jak Dobrzański, to miłośnik koni. Zastanawiałem się nawet, czy to nie konie były głównym motywem, który skłonił autora do napisania tej właśnie powieści. Więc mamy tu konie w każdej postaci. Piękne, odważne, wytrwałe. I konia szczególnego: Bohatyra – tego, który swego jeźdźca gotów jest nie tylko wynieść z każdej opresji, gotów jest przenieść go przez lata, dziesiątki lat, gotów jest przenieść go w historię.

 

Jacek Komuda – Hubal, Fabryka słów, Lublin 2016, str. 755.

 

 

Pin It