Wanda Nowik-Pala 

 

UWIKŁANIA

 

cambria            Nagrodzony I nagrodą w II Konkursie Literackim im. Stefana Żeromskiego oraz nagrodą „Czwartego wymiaru” im. Piotra Kuncewicza poemat Mówię pochyloną cambrią Elżbiety Musiał przypomina tajemnicze pudełko przepełnione niekończącym się ciągiem niespodzianek. Na powitanie, z lśniącej czerni tła okładki, wyłania się postać autorki z aparatem fotograficznym w dłoniach, częściowo ukryta w cieniu, jakby nie chciała dać się poznać do końca. Jej źrenice objęte wypukłymi powiekami Giocondy omijają nas, penetrując uważnie przestrzeń. Światło wycina z mroku lewy bok, rękę, rozbiela połowę twarzy i szyi, podkreślając chłód i posągowość postaci. Jedynie wargi i potargana wiatrem smuga krwistej czerwieni, wznosząca się ukosem niby ślad jej oddechu, ocieplają nieco ciemność. Są zapowiedzią, że spokój zewnętrzny bywa omylny, często jest bowiem jedynie mniej lub bardziej udanym kamuflażem. 

            Wewnątrz książki, pomimo pozornego dystansu narracji, płoną pragnienia, emocje i uczucia  uwikłanych w toksyczne związki bohaterek, zza których jakby przez nieuwagę wychyla się, chwilami niemal niezauważalny, cień Elżbiety Musiał. Droczy się z nami nieustannie; ukazuje i znika, ledwo się odsłoni, a już zaczyna zacierać ślady. Autorka jest więc po trochu Katarzyną Kobro, Fridą Kahlo, Camille Claudel, najpełniej jednak jednoczy się z Elinor Wylie Morton. Bohaterki poematu oraz Elżbietę Musiał łączy bowiem nie tylko talent lecz także uparte dążenie do przecierania nowych dróg w dziedzinie, którą się zajmują. Katarzyna Kobro zaprzęgając w to złoty podział, teorię względności i ciąg Fibonacciego tworzy abstrakcyjne rzeźby współistniejące z przestrzenią. Frida Kahlo niby wędrowny danaid rozpina barwne skrzydła malarstwa meksykańskiego. Kochanka i współpracownica Rodina, Camille Claudel, zamienia „...zimne grudy ziemi/ w żarliwe detale, które przerosły mistrza, w wymowie lekkie/ i ciężkie jak niespełnienie”. Poezję Elinor Wylie Morton cechuje zaś charakterystyczne dla niej lekko ironiczne, ostre spojrzenie, kunsztowna stylistyka i niezwykła precyzja języka. Z kolei Elżbieta Musiał najwidoczniej wie, jak odnaleźć Hippokrene, o czym świadczy pięć tomików jej wierszy i siedem poematów, nie przeszkadza jej to jednak eksperymentować jednocześnie ze sztukami plastycznymi i fotografiką.     

            Każdy twórca doskonale wie, że talent to dar, który jest wyrokiem skazującym na ciężką pracę bez gwarancji na sukces i płynącą z niego satysfakcję. Biografie artystów, poetów i pisarzy roją się od przykładów. Podstawową oznaką talentu jest bowiem pasja zmuszająca artystę do poświęceń, do zapamiętania się w tym, co robi, bez względu na przeciwności losu. Wszystkie bohaterki poematu lubią te szczególne chwile oderwania się od rzeczywistości. Nadają one ich życiu sens, sprawiają  przyjemność, przynoszą radość spełnienia, co wyzwala w nich siłę konieczną do zmagania się z codziennością. Inaczej trudno byłoby im przetrwać, dotknięte bowiem zostały syndromem złego wyboru. Kobieta cierpiąca na tę przypadłość z tłumu mężczyzn zawsze wybierze tego, który rokuje najgorzej. Tak więc Katarzyna Kobro zakochuje się w utalentowanym lecz agresywnym kalece bez nogi, ręki i oka, Frida w mężczyźnie niezdolnym do wierności, Camille w rzeźbiarzu wykorzystującym ją bez skrupułów, Elinor zaś w pogoni za prawdziwą miłością zmienia kolejnych partnerów. Tym, co decyduje o wyborach człowieka, wpływając na kształt jego przyszłości, jest pragnienie dobra i przyjemności, a cóż może dać więcej szczęścia niż miłość? Nie zawsze udaje się jednak dotrzeć bezboleśnie do celu. Przeszkody wyzwalają pragnienie pokonania przeciwności, co sprowadza na pomoc nadzieję i odwagę, wyzwala inicjatywę i zaradność. Niestety, w razie niepowodzenia odzywają się uczucia negatywne, m.in. lęk i rozpacz, a nawet gniew, gdy ktoś musi to zło długo znosić. Katarzyna Kobro znosi je ze względu na dziecko, wbrew Władysławowi Strzemińskiemu, rodzi bowiem córkę. By ich ogrzać, pali w piecu nawet własne rzeźby. Jej poświęcenie nie zdaje się na nic, małżeństwo kończy się rozstaniem i samotnym wychowywaniem córki, a życie chorobą nowotworową. Frida w zasadzie godzi się ze zdradami Diega Riviery, a nawet od czasu do czasu odpłaca mu tym samym. Jest ciężko doświadczona na skutek polio i wypadku, w którym doznała kilkunastu złamań. Pomimo 35 operacji i nieustannej rehabilitacji do końca życia skazana na nieustające cierpienie, uwikłana w sieć uczuć i zależności rozstaje się z nim, by kolejny raz powrócić. Dziewiętnastoletnia Camille zaś zostaje zaproszona przez czterdziestoletniego Rodina do pracy nad jego „Wrotami Piekieł”, co okazuje się dla niej pierwszym krokiem do zguby. Zakochana poświęca siebie i swój talent, pracując przy jego rzeźbach przez długie lata. On jednak żyje jednocześnie z inną kobietą, a na dodatek zmusza Camille do aborcji ich wspólnego dziecka, co doprowadza ją do obłędu. Te trzy kobiety, jak ćmy krążą wokół obiektów swojej miłości aż do samospalenia, jakby nie wiedziały, że w życiu emocjonalnym obowiązuje zasada zachowania równowagi. Gdy przeważają złe doświadczenia, dochodzi do wewnętrznej dysharmonii, z potencjalnie tragicznymi skutkami dla zdrowia i życia. Elinor jest nieco inna, lecz jej to nie uratuje. Jest bardziej skupiona na sobie i w pogoni za idealną miłością bez końca zmienia kochanków. Nie ogląda się na uczucia porzuconych mężów i przyjaciół, nie zważa na wybuchające skandale, żyje szybko i na wysokich obrotach, jakby wiedziała, że musi się spieszyć, bo śmierć zapuka do jej drzwi, gdy będzie miała zaledwie 43 lata.

            Co decyduje o losie człowieka? Gwiazda, pod którą przychodzi na świat, czy konieczność zebrania doświadczeń, przez jakie musi przejść jego dusza w swoim kolejnym wcieleniu? W końcowej części poematu autorka dotyka obydwu tych tajemniczych problemów. Słowa „Wraz z księżycem stałam w samym środku / XII domu horoskopu” oraz „błąkające się cienie kochanków z Saturnem w herbie”, a także kilkakrotnie wspominane wody morza i „brzeg, na którym mieszka wszystko” dowodzą, że nieobca jest jej sześcioramienna gwiazda Dawida, będąca nie tylko herbem Izraela i symbolem Saturna, lecz także emblematem bogiń morza, m.in. opiekunki portów i wybrzeży – Afrodyty. XII dom horoskopu zaś, to dom odosobnienia, samotności, izolacji, który w komitywie z księżycem sprowadza czasem okresy smutku i depresji. Mieszczą się w nim nieświadome lęki, fobie, idee lecz również zaduma, kontemplacja i ocean wyobraźni. To w nim mieszka mądrość i natchnienie. Z kolei Saturn w XII domu, to konieczność poświęcenia się komuś lub czemuś kosztem własnego rozwoju i ambicji, co sprowadza wrażenie uwiązania, a jednocześnie poczucia winy. Czyż nie pasuje to niemal idealnie do losu naszych bohaterek? Ponoć pisarze, poeci, malarze i muzycy często mają jakieś planety w XII domu. Czyżby więc los naszych bohaterek był z góry przesądzony niefortunnym układem gwiazd?

            Astrologia, chiromancja i okultyzm przeżywają ostatnio swój renesans. Najwidoczniej wygodnie czasem złożyć własną nieudolność na karb nieuchronności przeznaczenia. A do tego, jakie to tajemnicze i poetyckie! Nic dziwnego więc, że alter ego autorki ulega chwilowej fascynacji tą dziedziną. Podobnie kuszące wydaje się pojęcie reinkarnacji. Świadczą o tym słowa zwrócone do Elinor: „Pogubiłam już watki, pomieszałam ślady i / nie wiem, gdzie ty się kończysz, a gdzie ja zaczynam. / Czasem czuję się tobą, może tobą kiedyś byłam”. Nawiązując zaś do spotkania w „Małej Ziemiańskiej” mówi do partnera: „A jeśli to niepamięć tamtej prawdy z wcielenia / poprzedniego, a ty z tych samych powodów nie wiesz, / że wtedy byłeś kobietą.” Podobno każda dusza poszukując ciała dla kolejnej inkarnacji szuka okazji, by być blisko tych, z którymi się zżyła i nawiązała stosunki w poprzednich wcieleniach lub tych, którym chce wynagrodzić wyrządzone krzywdy, albo podziękować za dobro. Skoro tak, być może następne wcielenia będą dla naszych bohaterek o wiele szczęśliwsze.  

            Poemat „Mówię pochyloną cambrią” Elżbiety Musiał ma wykwintny smak, który w pełni jest w stanie docenić jedynie czytelnik dociekliwy. Poetka, podobnie jak Norwid, mówi bowiem nie wprost. Być może więc, tak jak on, doczeka się kiedyś studiów zgłębiających wszystkie tajemnice tego utworu. Nie wystarczy bowiem wiedza dotycząca życia wymienionych w nim artystów, obejrzenie ich dzieł, znajomość nauk ścisłych, zgłębienie prawideł rządzących kobiecą psychiką, zajrzenie w gwiazdy, dotknięcie tajemnic reinkarnacji, trzeba się jeszcze poddać podskórnemu rytmowi tekstu i pulsującym w nim uczuciom, pozwolić unieść splątanym meandrom jego nurtu i tęsknocie za tym, co minęło. Poeta żyje, dopóki ma czytelników. Mam nadzieję, że dzieła Elżbiety Musiał będą doceniane i podziwiane przez kolejne pokolenia. I to znacznie bardziej niż teraz, wszak dobra poezja dojrzewa równie wolno jak wino. 

Wanda Nowik-Pala

Elżbieta Musiał, „Mówię pochyloną cambrią”, Wydawnictwo Nowy Świat, Warszawa 2015, s. 56. 

 

Pin It