Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

 

 

 

Żywoty świętych polskich jak kryminał

zywoty swietychTę akurat edycję rekomendacji zaliczam do szczególnych. Bo dwaj znakomici autorzy dostarczyli mi zmysłowej niemal ( o umysłowej i estetycznej nie wspominając) rozkoszy lektury.

Zacznę od dzieła profesora Zbigniewa Mikołejko. Określenie „żywoty świętych” zdaje się wyrażać kwintesencję tego, co określane bywa jako źródło zacnej może, ale dręczącej nudy. Powielane w niezliczonych broszurach kościelnych, w pakietach i singlowo, hagiograficznie ujmowane, żywoty te bywały i bywają zawodowo czytane być może jedynie przez część kleru dla celów zawodowych i przez szczególnie zagorzałych dewotów.

 

Potężne objętościowo dzieło Mikołejki, wybitnego filozofa,  historyka religii, antropologa kultury, czyni ten sam temat pasjonującym, barwnym, pełnym niespodzianek, paradoksów, meandrów i sprzeczności. Sam autor, w Introdukcji, wprowadza czytelnika w materię swojego dzieła: „Książka moja jest zbiorem opowieści i esejów poświęconych wszystkim kanonizowanym świętym polskim – od postaci największych i powszechnie obecnych w doświadczeniu zbiorowym, po osoby niemal zapomniane, egzystujące już tylko w obrębie lokalnego kultu kościelnego, na obrzeżach dziejów oraz wielkich pospólnych przeżyć”. Do tych pierwszych w zbiorze polskich świętych należy bez wątpienia święty Jan Paweł II, czy - choć inaczej i w znacznie mniejszym stopniu - święty Maksymilian Kolbe czy święty Albert Chmielowski. Do  tych drugich - większość bohaterów dzieła Mikołejki, ot choćby na przykład taki święty Jan Kanty (nie mylić z Immanuelem Kantem) czy święty Szymon z Lipnicy. A ilu wiernych katolików słyszało choćby tylko o świętym Melchiorze Grodzieckim czy świętym Stanisławie zwanym Kazimierczykiem (nie mylić ze świętym Stanisławem Biskupem, krakowskim, ale ze Szczepanowa, katolickim patronem Polski)?

Ponadto  „Żywoty świętych…” Mikołejki są - jak znów to definiuje sam autor i nic dodać nic ująć - „krytycznym spojrzeniem współczesnym, ocierającym się być może niekiedy o blasfemię czy libertynizm” i „próbują odsłonić świętość jako radykalne doświadczenie antropologiczne: jako dramat człowieka, jako dramat jego duszy i ciała, gęsty nieraz od porażających wypadków i paradoksów, od niebywałych zdarzeń i dziejowych zawikłań …”. Jednak „Żywoty…” Mikołejki mają także za temat, jak znów definiuje sam autor, „historię i religię, przemoc i wiarę, politykę i teologię, zbrodnię i pokutę, miłość i nienawiść, sztukę i banał życia, wielkość i podłość, apokalipsę i nadzieję”. Jest też wreszcie dzieło Mikołejki książką o polskim katolicyzmie, o jego immanentnych, specyficznych i odwiecznie niezmiennych właściwościach, o związanych z nim emocjach, generowanych przez niego ideologiach, o jego promieniowaniu i przemożnym wpływie na los Polski. Do uczty świętości dodał autor aneks, w którym opowiada m.in. „klechdę domową” o Piotrze Skardze, czyli o kimś, kto nie jest i najprawdopodobniej świętym nie zostanie, ale którego rola w tym splocie polskiej historii świeckiej i kościelnej jest nie do pominięcia.

Dwie rzeczy uderzają przy lekturze tego dzieła. Po pierwsze jego kaliber intelektualny. Nietrudno sobie wyobrazić, że pracę o podobnej tematyce i strukturze mógłby ulepić ze źródeł pierwszy lepszy kompilator. Jednak dopiero twórcza umysłowość (nie mówiąc już o takiej oczywistości jak kolosalna erudycja) autora nadaje tematowi dzieła właściwy mu imponujący format. Po drugie, wybitnym walorem” Żywotów” jest styl pisarski Zbigniewa Mikołejko. Nie jest on jedynie akademickim uczonym, ale także wyśmienitym pisarzem historycznym wpisującym się w najlepsze tradycje polskiej autorskiej historiografii i historiozofii eseistycznej, bardzo różnorodnej i niejednorodnej, reprezentowanej choćby przez Szymona Askenazego (m.in. „Książę Józef Poniatowski”, „Łukasiński”), Władysława Konopczyńskiego (m.in. „Konfederacja barska”), Pawła Jasienicę (m.in. „Rzeczpospolita Obojga Narodów”, „Rozważania o wojnie domowej”), Mariana Brandysa („m.in. „Koniec świata szwoleżerów”), Adama Kerstena (m.in. „Hieronim Radziejowski. Studium władzy i opozycji”), Jana Baszkiewicza (m.in. „Robespierre”, „Danton”, „Richelieu, „Henryk IV”), Ryszarda Przybylskiego („Klasycyzm, czyli prawdziwy upadek Królestwa Polskiego”) czy Jarosława Marka Rymkiewicza (m.in. „Wielki Książę, z dodaniem rozważań o istocie i przymiotach ducha polskiego”, „Wieszanie”, „Reytan. Upadek Polski”, „Samuel Zborowski”). Były czasy, gdy recenzenci, gdy chcieli jakąś książkę ukomplementować (neologizm analogiczny do kościelnego „ubogacić”) i zachęcić do jej lektury, stosowali szablonową formułkę, że „to się czyta jak kryminał”. Można ją bez problemu zastosować do lektury „Żywotów świętych…”. Tym bardziej, że sam autor uczonego dzieła napisał we wspomnianej już introdukcji (nawiasem: to słowo zastosowane do wstępu odczytuję jako dowcipne i z lekka ironiczne nawiązanie do hieratyczności języka kościelnego), że jego „osobiste, prywatne wędrowanie” po żywotach, „nierzadko graniczy ze śledztwem”. Tak, Mikołejko wędruje po żywotach polskich świętych jak Sherlock Holmes, jak Hercules Poirot, jak Philip Marlowe, jak komisarz Maigret, jak kapitan Żbik. I te wędrówki mądrze i barwnie opisuje.

Zbigniew Mikołejko – „Żywoty świętych poprawione ponownie”, Wyd. „Iskry”, Warszawa 2016, str. ISBN 978-83
--

 

Kto nie czytał, ten trąba

duch opowiesciW „Sanatorium pod Klepsydrą” Wojciecha Jerzego Hasa, Józef grany przez Jana Nowickiego odwiedza - dość przypadkowo - baśniową nierządnicę Adelę (o której zresztą w książce, która tu będzie omawiana, jest mowa w eseju „Smukłonoga Adela”)  i chwyciwszy - też przypadkiem - skrawek gazety, odczytuje zdanie o Annie Csillag z Moraw, która miała „słaby porost włosów”. I właśnie esej o tejże Annie rozpoczyna zupełnie wyjątkową, pełną smaków, których nigdzie indziej się nie spotka, ucztę, jaką jest lektura „Ducha opowieści” Jana Gondowicza.

Wśród niezliczonych wariantów potencjalnych sposobów czytania literatury można wymienić między innymi takie oto dwa, wobec siebie przeciwstawne. Pierwszy z nich, to czytanie śmietanki (lepszego czy gorszego gatunku, sortu – to odrębny aspekt) zebranej i nazwanej przez znawców, krytyków, opinię czytelniczą, media, etc. To czytanie niejednokrotnie wartościowe, ale do pewnego stopnia wtórne, bo dokonywane w oparciu o opinie cudze. Coś, jak pójście do kina na rozreklamowany film. Drugi, to samodzielne wędrowanie po nieplewionym ogrodzie literatury, albo szperanie po piwnicach, strychach i zakurzonych magazynach literatury. Tam znajduje się rzeczy niejednokrotnie zupełnie zapomniane, czasem w ogóle właściwie nigdy nie czytane, a czasem czytane, ale w sposób najzupełniej osobny, taki, który pozwala odnaleźć w tekście treści, sensy, znaczenia, detale, skojarzenia, pokrewieństwa, których nikt nigdy dotąd, w potocznej zwłaszcza, a więc często powierzchownej (myślowo, bo niekoniecznie stricte percepcyjnie) lekturze. Jednocześnie, Jan Gondowicz w swoich lekturach odnajduje osobliwości, curiosa, smaczki, które pokazuje, interpretuje, konfrontuje, otrzepuje z kurzu, przyprawia swoimi ingrediencjami, sosami, ziołami, miesza, ubija jak w moździerzu, niczym ów akwaforcista Feliks Jabłkowski, którego przywołuje na tylnej stronie okładki edytor, a który podobną metodę co do tworzenia grafik stosował do gotowania sobie posiłków. I tak wędrować może czytelnik z Gondowiczem, od wspomnianej Morawianki poprzez odkrywane tajemnice treści i sensów przekładów haskowych przygód dobrego wojaka Szwejka, rozważania o tym co tak naprawdę zawierają „Rozmowy  z Kafką” pana Janoucha z Pragi, który ani jednego utworu Kafki nie przeczytał, choć był jego znajomkiem. A taki esej jak „Kto się boi Virginii Woolf”, który niespodziewanie opowiada o niejakim Mallorym, którego nazwisko nadał głównemu bohaterowi swojej powieści Alistair McLean, a którego to - eseju -trop prowadzi daleko i od sztuki Edwarda Albee i od jej ekranizacji, w której masakrują się aktorsko-prywatnie Liz Taylor i Richard Burton. A weźmy dajmy na to taki „Przypiss”, gdzie można popróbować koktajlu z „Przygód Guliwera” Swifta, „Przygód barona Műnchhausena” Bűrgera, Hanny Januszewskiej, Teofila Gautier oraz Tadeusza Komendanta przełamanego smakowo przez Michała Pawła Markowskiego, z dodatkiem rysunków Gustawa Dore. Wszystko to tworzy miksturę czarownic  z „Makbeta” z dodaniem smakowitego „cicer cum caule”. Już czuję już widzę, że mógłbym tak brać do ręki każdy kolejny esej Gondowicza i go po swojemu definiować, interpretować, już czuję, że to mi sprawia narastającą rozkosz i czytelnicze podniecenie, więc muszę się opanować. Więc już tylko odnotuję, ot tak z brzegu, a vista, coś tak absolutnego jak „Mój Zakopanopticon”, czyli wyjątki z „Głosu Zakopiańskiego” 1923-1924, czy „Okulary Prusa” i „Rewolwer Witkacego”, które to „przedmioty” stanowią dla Gondowicza punkt wyjścia do zjawiskowej feerii erudycji, dowcipu i finezji. Ale żeby ktoś nie pomyślał, że to o gigantach w rodzaju Witkacego, Prusa, Kafki czy Gombrowicza w tych esejach głównie mowa. Nie, dominuje ta czarodziejska warstwa, niby to drugorzędna, a czasem i trzeciorzędna z punktu widzenia formalnych, oficjalnych hierarchij, która się spod nich wyłania, te niezliczone zastępy nazwisk, tytułów, cytatów, nawiązań, filiacji, asocjacji, a w nowoczesnym ujęciu – linków. No bo w ostatnim eseju, „Królewska wysokość” mamy i powieść Arthura C. Clarke’a, i lemura Pawlikowskiej- Jasnorzewskiej szczającego jej za dekolt, i królika pod Halą Mirowską w Warszawie, i żonę z kotem Rebeką, i Conana Barbarzyńcę, i dobrego wojaka Szwejka, i rzęsy Audrey Hepburn,  i peryskop U-Boota. Mówię poważnie – jeśli by mnie deportowano na bezludną wyspę, to stając przed okrutnym wyborem między Homerem, „Boską Komedią” Dantego, „Hamletem”, Montaigne’m  i dziesiątkami, a raczej setkami innych, wybrałbym „Ducha opowieści”. Jak Boga Jedynego kocham. Fenomenalna lektura i kto jej nie czytał, ten trąba.

Jan Gondowicz – „Duch opowieści”, Wydawnictwo Nisza, Warszawa 2014, str. 267, ISBN 978-83-62795-27-7

 

Pin It