Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

 

 

 

Niepokorny historyk francusko-polski

autobiografia i teksty wybraneProfesor Daniel Beauvois - wybitny historyk francuski, znawca historii Polski, w szczególności specjalista historii społecznej kresów wschodnich od XVII do XIX wieku. Wydawałoby się, powinien mieć w Polsce atłasowo uprzywilejowaną pozycję. Takiego Francuza, który porzucił bujną , barwną i dramatyczną historię swojej ojczyzny, by z poświęceniem godnym - wydawałoby się - lepszej sprawy taplać się w naszym błotku narodowym, powinno się na rękach nosić. I mógł sobie  Beauvois zapewnić to bez trudu, w naszym tradycyjnie frankofilskim kraju, będącym bądź co bądź spadkobiercą napoleońskiego Księstwa Warszawskiego z napoleońską konstytucją i kodeksem, do dziś czasem przez sądy polskie stosowanym. A jednak tak się nie stało, bo sam wybrał trudniejszą drogę. Swoją autobiografię zatytułowaną „Moje kamienie księżycowe. Próba autobiografii zawodowej”, sformułował z prawdziwie francuską szczerością ćwiczoną na Wolterze i Diderocie, bez oglądania się na polsko-słowiańską obłudę i poprawność towarzyską. Opowiada w niej m.in. o tym, jak niektórzy przedstawiciele polskiego świata naukowego historyków reagowali na jego bezkompromisowe oceny naukowe sytuacji społecznej w Szlacheckiej Rzeczypospolitej, Kresów Wschodnich w szczególności, w której szlachta uczyniła z chłopów przedmiot bezprzykładnej eksploatacji. To niewiarygodne, ale niejednokrotnie odpowiedzią na tę bezkompromisowość naukową Profesora nawet największe tuzy odpłacały mu słabo skrywanym lub zgoła nie skrywanym, ostracyzmem. Nie wszyscy rzecz jasna, ale postawa innych sporo o nas mówi. Najwyraźniej traktowano go jak swoistego bluźniercę, który ośmielił się podważyć polski, arkadyjski, sielski, utopijny, a tak naprawdę zakłamany mit Kresów Wschodnich, jako obcego ośmielającego się podważać zakłamane „polskie świętości”. Być może chętnie zasugerowani mu by zajął się grzechami i brudami francuskimi. Ale profesor wybrał co innego i było to jego „święte” naukowe prawo.

Wacław Holewiński

 

Mebluję głowę książkami

 

mebluje-glowe

 

 

 

Niemieckie spojrzenie na Powstanie… Nie ma zgody!

 

powstanie warszawskie hTa książka z całą pewnością wzbudzi w wielu Polakach odruch niechęci, czasami zrozumiałego gniewu, złości na autora.

Zanim przejdę do jej omówienia, muszę wyjaśnić dwie kwestie.

Pierwsza: „Powstanie warszawskie 1944”, bardzo obszerna książka Hansa von Krannhalsa ukazało się w Niemczech Zachodnich pięćdziesiąt pięć lat temu. Co więcej, ukazało się w niewielkim, nic nieznaczącym wydawnictwie i nie wywołało wówczas żadnych emocji. Ale dla uczciwości należy dodać, że to jedyna książka niemieckiego autora (bo są jeszcze trzy obcych autorów) na niemieckim rynku, dotycząca Powstania Warszawskiego.

Andrzej Walter

 

Lot nad Anną Marią Musz

 

   „Masz na imię. Cóż po tym, gdy wszystko się zmienia. Dzisiaj już potrzebujesz nowego imienia. I wszystkiego ci trzeba od nowa.

 

lot nad miastem   Trudno zatem – właśnie dzisiaj - nie dostrzec Anny Marii Musz w polskiej poezji współczesnej. Nagradzamy młodych autorów. I ta poetka jest młoda. Jest wyjątkowa świeża, błyskotliwa i ożywcza, zdecydowanie tak, a przy tym jest wyjątkowo dojrzała, głęboka oraz wnikliwa – jakby miała w metryce sporo lat więcej, a na tak zwanym karku ogromny bagaż doznań i doświadczeń – kreuje jakoś inaczej swój poetycki świat, do którego nas jednak zaprasza. Powędrujmy zatem po pewnej interesującej mapie poezji ... po mapie poezji – dodajmy – która nie prowadzi już dziś donikąd. Po mapie – powiedzmy z przekorą - którą ukryto w butelce wrzuconej do morza niczym dramatyczny list rozbitka. Dokąd trafi ta butelka? Na jakim spocznie brzegu? Cóż stanie się z rozbitkiem? O to też pyta poetka w swoim trzecim już tomie poezji. (niektórzy anonsują jako czwarty, lecz jeden z nich był jakimś przedziwnym wyborem, z przekładami i kilkoma nowymi wierszami – trudno go uznać za tom autonomiczny, nowy i niezależny). Zostańmy więc przy trzech tomach poezji. „Lot nad miastem” jest z nich bodaj tomem najciekawszym i najpełniej ukazującym kondycję współczesnego człowieka w jego nowym, pożal się Boże, XXI wieku.

Jan Tulik

 

Pierwsze dobro, pierwsze zło i pierwsza miłość

 

z kraweznikaOto znakomita rekomendacja wydawcy – przypomnienie słów mistrza Marka Nowakowskiego o debiutanckiej powieści „Niech żyje nam rezerwa” Romana Madejowskiego: „to majstersztyk literacki”. Nowakowski napisał to w dzienniku „Życie”, natomiast Piotr Bratkowski w „Gazecie Wyborczej” skomentował powieść Madejowskiego: „przełamał schematy pisania o wojsku”. To prawda, choć nieco odległa, gdyż pisarz ten wydał ostatnio zbiór znakomitych opowiadań „Z krawężnika” *), ale słowa mistrzów są teraz więcej niż aktualne – rzeczone opowiadania są jakby na jeszcze wyższej półce artystycznych dokonań. Pierwsze wrażenie lektury można ująć w syntezie: Romana Madejowskiego zbiór opowiadań „Z krawężnika” to osobliwy portret dzieciństwa, inkrustowany niekiedy gorzką, nie zawsze uświadomioną historią ze wspaniałymi akcentami hrabalowskiego humoru, dobrego ciepła wobec ludzi. To proza pełna dyskretnie ukazanych obrazów z czasu dorastania, na tle błysków z dziejów kraju, panoramy soczyście opowiedzianych historii chłopców – sielskich, lecz z robotniczego osiedla. Ówczesna prawda należała do dorosłych, czytających np. gazetę zakładową, na której notabene sześcioletni bohater opowiadania nauczył się czytać. Z jednej strony to przaśny PRL, ale to czas we wspomnieniach najpiękniejszy dla dzieci, dla dorastających wówczas młodzieńców.

Anna Maria Musz

 

Na kolcach jeża”, czyli poetycki korowód Jana Stanisława Kiczora

 

na kolcach jezaBył w staropolszczyźnie piękny zwyczaj tworzenia sylw, czyli obszernych ksiąg domowych z różnorodnymi zapiskami. Obok refleksji, wspomnień czy ważnych dat i wydarzeń, spisywało się w nich także ciekawostki bądź warte uwagi wyimki. I choć w kolejnych wiekach domowy ten zwyczaj zanikł, samą ideą literatury sylwicznej „zaopiekowali” się już wyłącznie twórcy: prozaicy oraz poeci. A przyznać trzeba – piszę o tym trzymając w ręku najnowszą książkę poetycką Jana Stanisława Kiczora „Na kolcach jeża” – że w przypadku poety, zwłaszcza obdarzonego dużą wyobraźnią i zmysłem językowym, sylwa stanowi znakomity pretekst do objawienia czytelnikom pełni talentu, poczucia humoru i literackiej zręczności. Zresztą nie tylko samo zróżnicowanie tematyki i formy poetyckich tekstów skłania mnie do poszukiwania relacji między literaturą staropolską a iście barokowym bogactwem premierowego tomu warszawskiego poety. Jest bowiem także w tych wierszach miejsce dla przyjaciół (jak na staropolskiej uczcie), jest biesiadna swoboda (uczta odbywa się wszak głównie w gronie literatów, którzy z reguły abstynencją się nie katują), jest wreszcie miejsce dla utworów układających się w cykle poetyckie – i dla krótkich, kilkuwersowych miniatur.

Andrzej Walter

 

Metafizyka nieobecności

 

 

PMN   Byłem przy grobie / ale mój krzyk jeszcze nie był gotów, / jeszcze nie wróciłem (…) / uśmiechnąłem się lekko (– Tren zielony) P.M-N. 2001

 

   Pytaniem zasadniczym jest: czy potrafimy obłaskawić nieobecność? Nieobecność tragiczną, dramatyczną, zaskakującą o tyle, o ile czas może nas zaskoczyć sytuacją dla człowieka oczywistą – nadejściem końca osoby najbliższej, nagłego przejścia z bytu w niebyt i uderzenia w nas taką sytuacją - we mnie, w ciebie i właściwie w każdego, kto potrafił być szczęśliwy. Przecież przytrafi się to każdemu z nas, ktoś będzie pierwszy, ktoś następny, ktoś ostatni … i ktoś wreszcie … pozostanie sam. Jakże bolesna to perspektywa. Zatem zapytajmy, być może nie czy, ale właściwie jak, potrafimy obłaskawić nieobecność? Jak zagospodarować tę pustkę, albo też jak – to chyba niewłaściwe słowo, zagospodarować – jak bardziej – oswoić pożegnanie, ocalić siebie i swoją w tym jedność w tej nieoczekiwanej samotności poprzez ostateczne rozstanie? Takie pytanie nie każdy może zadać. To pytanie dla wybrańców. Pytanie tylko dla tych, którym dane było zakosztować cudu miłości najpełniejszej, opartej na przyjaźni, szlachetnej wierności i oddaniu się sobie nawzajem ponad siebie samego i ponad własne ego. To pytanie szczególne.

Wanda Nowik-Pala

 

SIŁA WYRAZU

 

Marian Czapla i jego obrazy         Sposób malowania jest nierozerwalnie związany z osobowością artysty, a ponieważ nie ma dwóch identycznych jednostek, mamy do czynienia z niesamowitą różnorodnością stylów, technik, tematyk i kolorystyk. Oczywiście w różnych epokach istniały i nadal się pojawiają ogólne trendy i kierunki, lecz zawsze liczył się indywidualizm, który decydował o rozpoznawalności dzieła, szczególnie jeśli wnosił coś nowego, zaskakiwał oryginalnością i pomysłowością. I obojętne, czy był to rysunek, rzeźba czy obraz, najważniejsze, że siłą wyrazu przykuwał uwagę widza. Jestem pewna, że obrazy Mariana Czapli to kryterium spełniają. Są pełne ekspresji i dramatyzmu. Uderzają ostrością i oryginalnością barw, wyrazistością konturów i energią ruchu.

Zbigniew ikona - Kresowaty

 

W labiryncie myśli

 

labirynt mysli              Świat dzisiejszy staje się coraz bardziej złożony, otwarty, wybuchowy i szybki, a jednocześnie tajemniczy, a przez to ciągle nieprzewidywalny. Zatem narracja opisowa takiego świata, wejście w jego meandry, kiedy stosujemy różnorakie odsłony słowa, staje się coraz bardziej zaangażowana, także różnorodna... Poeta stawia słowa metaforyczne, stawia synonimy, uczy nas osobnego myślenia, tworząc własny kod myślowy, poeta tłumaczy z języka nieznanego, tworzy autorski labirynt myślowy, ale kiedy czyni to bardzo młody 27 letni tym bardziej staje się to interesujące. Patryk Jagliński, to o nim o poecie  wrocławskim chcę  mówić, wydał książkę z początkiem 2017 roku - tomik w wydawnictwie „Towarzystwo Słowaków w Polsce” w Krakowie pt. „Labirynt  Myśli” – Przygotowuje nas młody autor tekstów na ciekawe doznania estetyczne - są to zebrane imaginacje słowne, gry literackie kontrastowo i ostro postrzegające świat, jego sprawy spowite w labirynt naczyń połączonych spraw, po przez różne kombinacje zestawienia uczuć w ciekawe transgresje myślowo – słowne.