Książki pod lupą - Pozwól rzece płynąć

Pozwól rzece płynąć

Click to download in MP3 format (9.16MB)

Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

 

 

 

 

Cztery szpady w akcji

Trzej MuszkieterowiePo „Hrabim Monte Christo”, z prawdziwą, niepozbawioną akcentów sentymentalnych przyjemnością otwieram inną sławną księgą Aleksandra Dumasa-Ojca, wydaną przez Wydawnictwo MG, któremu składam za przypominanie wielkiej klasyki literackiej - polskiej i obcej - wielkie wyrazy uznania i wdzięczności. Powieści Dumasa ozdabiały moje dzieciństwo i młodość, jak się domyślam, a  nawet mam pewność, nie tylko moje. I nie ma w tym sformułowaniu żadnej przesady, bo czar przygód dumasowskich bohaterów, malowniczość świata, który stworzył, niepowtarzalny nastrój jaki bije z kart tych powieści naprawdę wpływały na wyobraźnię, emocje, marzenia czytelników. „Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego” - to hasło przyświecało czterem muszkieterom – czterem, bo wbrew tytułowi, trzech było tylko na początku, a potem do Atosa, Portosa i Aramisa dołączył d’Artagnan i tak już zostało do końca powieści oraz kolejnych dwóch tomów, czyli „W dwadzieścia lat później” i „Wicehrabia de Bragelonne”, tworzących trójksiąg czy trylogię, by użyć skojarzenia z tą sienkiewiczowską. Porównanie to nie jest skądinąd całkiem od rzeczy, bo Aleksander Dumas-Ojciec był w jakimś sensie, przy wszystkich różnicach, kimś w rodzaju „francuskiego Sienkiewicza”, tym bardziej, że nawet epoki historyczne będące tłem obu trylogii nie są nazbyt odległe, choć ta francuska, u Dumasa, jest wcześniejsza.

Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

 

 

Szatański czar polityki i sensacji        

diabelski urokKryminał polityczny – taką definicję na użytek własny zastosowałem do „Diabelskiego uroku” Janusza Rolickiego, który, mając na koncie duży dorobek pisarski o charakterze głównie publicystycznym (m.in. wywiady rzeki z Edwardem Gierkiem i jego biografię, wywiad rzekę z nim samym - „Wańka-wstańka”, sagę rodzinną „Wyklęte pokolenie”) zadebiutował właśnie jako autor powieści. Od razu przyznam, że generalnie rzecz ujmując, jestem większym smakoszem gatunku jakim jest powieść polityczna niż powieść kryminalna, sensacyjna, aliści nie raz już przekonałem się, że mieszanka tych dwóch rodzajów prozy bardzo dobrze wpływa na smak owoców, jakie rodzą się z ich połączenia. Już Bolesław Prus zastosował tę mieszankę w swojej wielkiej powieści politycznej jaką jest „Faraon”, dodając motywy sensacyjne, tajemnicze, nawet kryminalne do mistrzowskiej analizy uniwersalnych mechanizmów władzy na przykładzie starożytnego Egiptu fikcyjnego Ramzesa XIII. Elementy, a co najmniej akcenty sensacyjne są obecne w takich powieściach politycznych jak „Płomienie” Stanisława Brzozowskiego, „Przedwiośnie” Stefana Żeromskiego, „Generał Barcz” Juliusza Kadena-Bandrowskiego, „Nienasycenie” Witkacego, „Nurt” Wacława Berenta, „Zdobycie władzy” Czesława Miłosza, „Czerwone tarcze” Jarosława Iwaszkiewicza, „Boski Juliusz” i „Nazo poeta” Jacka Bocheńskiego, „Labirynt” Hanny Malewskiej, cykle powieści politycznych Teodora Parnickiego i Władysława Lecha Terleckiego, „Wariacje pocztowe” Kazimierza Brandysa, „Obłęd” Jerzego Krzysztonia, „Msza za miasto Arras” Andrzeja Szczypiorskiego, „Sprzysiężenie, „Śledztwo” i kilka innych powieści politycznych Stefana Kisielewskiego, „Cyrograf” Andrzeja Brauna, „Dolina nicości” Bronisława Wildsteina czy „Pole niczyje” Zbigniewa Safjana, gdzie zagadka politycznego mordu jest punktem wyjściowym i osią narracji. Gdzie tkwią źródła tego wzajemnego przyciągania się sensacyjności z politycznością? Być może czysta polityka bez przyprawy sensacji jest nazbyt nudna w opisie? A może jest przeciwnie? Może mechanizmy polityki są nieodłączne od tego, co nazywamy sensacją?

Arkadiusz Frania

 

Zjawy z jawy

 

zjawyKsiążka poetycka Jacka M. Hohensee Zjawy wabi od pierwszego wejrzenia; zachęca, nim jeszcze odczytamy jej pierwszy wers. Jest bowiem niezwykle intrygującym artefaktem, na który składa się tak słowo, jak i plastyczna, ściślej mówiąc – kamienna/kamieniowa pasja autora. Na czwartej stronicy okładki znajdziemy lapidarną, lecz dzięki tej skrótowości – najpełniejszą, najmądrzejszą twórczą biografię: „Jacek M. Hohensee // Od 60 lat pisze wiersze. / Od 40 lat zbiera i szlifuje kamienie”. Zbiór przeto zdobią fotografie gliptografii, tzn. małych dzieł sztuki wytworzonych właśnie z kamieni. Tak mówił autor, otwierając wystawę swoich „mineralnych” dzieł w Teatrze Dramatycznym im. Jerzego Szaniawskiego w Płocku w dniu 3 stycznia 2016 roku: „Kamienie, z których powstały miniatury – zjawy, zbierałem w miejscach magicznych: Masyw Ślęży, Łysiec, Jasna Góra, Trójgarb, Rudawy Janowickie, Góry Złote... Niektóre z nich uważa się za «miejsca mocy». Są to więc z pewnością kamienie apotropaiczne, czyli odpędzające zło...” (źródło: http://www.teatrplock.pl/news/1/kamienie-mocy-jacka-hohensee/, dostęp: 4 stycznia 2016 roku).

Wacław Holewiński

 

Mebluję głowę książkami

 

mebluje-glowe

 

 

Ironista, prowokator, seksualny potwór – Jerofiejew w pełnej krasie!

cialoMa prawie siedemdziesiąt lat, jest jednym z najpopularniejszych pisarzy rosyjskich – nie tylko w swojej ojczyźnie, także na świecie – ale wciąż uchodzi za skandalistę, a przypiętej mu przed wielu laty łatki prowokatora nie pozbędzie się zapewne już nigdy.

„Ciało” to prawie typowa książka Jerofiejewa (błagam, niech nikt go nie pomyli z Wieniediktem, tym od „Moskwy – Pietuszki”), zabawna, rozerotyzowana, poważna, smutna, czasami wstrząsająca, realistyczna, „odjechana”. Dlaczego więc to „prawie”? Ano dlatego, że nie jest to wyłącznie zbiór opowiadań. To także kilka szalenie poważnych esejów. O Rosji współczesnej, jej imperializmie, o zabójstwie Borysa Niemcowa, o najsłynniejszym sowieckim podziemnym almanachu literackim „Metropol” i relacjach jego twórców po latach.

Grzegorz Walczak

 

(O)błędne koło historii

 

Stanisław Wyspiański          „Berlin Alexanderplatz”  - to spektakl reżyserski według powieści Alfreda Döblina, którą zaadaptowała scenicznie i wyreżyserowała Natalia Korczakowska w Teatrgalerii Studio (nowa nazwa Teatru Studio).

            Korczakowska dowiodła, że jest śmiałą i konsekwentną kreatorką  sceny, niezwykle przenikliwą w tropieniu sprzeczności człowieka i sensów historii, posługującą się nowoczesnymi środkami wyrazu teatralnego, nieraz brutalnymi, ale adekwatnymi do tego, co ilustruje. Brutalna bowiem i mroczna jest siła nakręcająca Franciszka Biberkopfa – głównego bohatera (w niezwykle dynamicznym wykonaniu Bartosza Porczyka), który daremnie usiłuje wyprzeć z siebie zło i odkryć własną naturę. Jeszcze ciemna moc, jak się niebawem miało okazać, drzemała w hersztach faszystowskiej bandy.

Książki pod lupą - Kuczok

kuczok

Click to download in MP3 format (9.16MB)

Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

 

 

 

Czytamy dalej „Hrabiego Monte Christo”

monte2Kilka tygodni temu pisałem w mojej stacyjce o pierwszej części „Hrabiego Monte Christo” Aleksandra Dumasa. Właśnie ukazała się część druga, dlatego znów odświeżę sobie pamięć mojej pierwszej lektury tej powieści, a to pamięć z dzieciństwa lat późnych sześćdziesiątych. Powieść ta, to wielka klasyka powieści popularnej, a tytułowy bohater należy od grubo ponad stu lat do ikon popkultury, o czym świadczą liczne ekranizacje filmowe i telewizyjne powieści. Gdy chodzi zatem o fabułę, wspomnę tylko, że to cudownie napisana, barwna opowieść o zemście szlachetnego, skrzywdzonego człowieka na swoich prześladowcach, a jednoczenie trochę historia „kopciuszka”, dzieje człowieka, który z ubogiego marynarza przeobraził się, w skutek łaski (jednocześnie niełaski) losu w bajecznego bogacza o szumnym tytule. Powieści młodości czyta się po latach inaczej niż „dziewiczo”. Moja ponowna lektura powieści Aleksandra Dumasa nie była jednak taką samą z innego jeszcze powodu. Otóż wtedy przeczytałem wydanie „Iskier” z 1954 roku, które nie było sygnowane nazwiskiem tłumacza. A ponieważ mam je do dziś w swojej bibliotece, tym bardziej nietrudno mi było skonstatować, że objętość owego wydania jest o wiele mniejsza niż tego, które rekomenduję. Całość edycji z 1954, to nawet mniej niż połowa części pierwszej wydanej właśnie przez MG. A jako że nigdy nie miałem w dłoni jakiegokolwiek wydania francuskiego „Hrabiego”, więc tylko podejrzewam, że był to jakiś skrót przygotowany z myślą o czytelniku młodzieżowym. I że nie było to tłumaczenie Klemensa Łukasiewicza, ponieważ oba przekłady są w oczywisty sposób odmienne, nie tylko w sformułowaniach zdań, ale także w niektórych drobnych detalach (n.p. datach). Zapewne więc w przypadku obecnej edycji mamy do czynienia z tekstem pełnego przekładu, skądinąd w lekturze bardziej nowoczesnego i klarownego niż tamten. Nie wiem czy zasłużone we wspaniałym dziele przywracania klasyki polskiej i obcej na polskie półki księgarskie Wydawnictwo MG potwierdzi moje domysły, ale ważniejsze jest to, że sięgając po dwa opasłe tomy „Hrabiego Monte Christo” możemy zanurzyć się w jedną z najbardziej malowniczych opowieści w dziejach literatury. Tym którzy pierwszą jej lekturę, tak ja, mają już dawno za sobą, gorąco rekomenduję soczysty smak powtórki, a tych, którzy tej powieści nigdy nie czytali nie mniej gorąco namawiam do zanurzenia się w jej fascynujący świat.