Leszek Żuliński

 

CZY POEZJA UMRZE RAZEM Z NAMI?

 

Jestem krytykiem literackim. Coraz częściej staję jednak wobec pytania, co to znaczy i czy w ogóle jestem potrzebny? Nie przyczyniam się do przyrostu dochodu narodowego brutto, ale nawet nie mam wpływu na rozwój edukacji i kultury literackiej. Zrozumiałem to już jakiś czas temu, np. gdy przed kilkoma laty wybuchł skandal związany z modyfikacjami listy lektur szkolnych. Wtedy zadałem sobie pytanie: co ja w ogóle tu robię? Tak się składa, że wszystkie pozycje, które o mały włos znikłyby lub może jeszcze znikną z tej listy, to literatura bardzo mi bliska. Skoro więc taki ktoś jak ja, od 40 lat piszący o literaturze, dowiaduje się, że nie pisał o jakiejś innej, ważniejszej, to jak ma się czuć? Albo jak będę się czuć, gdy poślę wnuki do szkoły i one wrócą z niej, plując na Gombrowicza? No bo ja jestem zboczony. Walka na miny między Miętusem a Syfonem zawsze była mi bliższa niż męczeństwo na palu Azji Tuhajbejowicza – i teraz mi wstyd. Mam się na paluszkach wycofywać ze swych inklinacji literackich? Skrywać je? Może leczyć?

Rozróba Romana Giertycha, byłego Ministra Edukacji, wokół lektur szkolnych uświadomiła, że my – ludzie literatury – mamy na temat ważnych spraw literackich najmniej do powiedzenia. Politycy zrobią z naszą branżą to, co chcą i zawsze pójdą drogą dla nich najwygodniejszą, czy to z powodów czysto ideowych, czy też propagandowych. W sporze o Gombrowicza i Sienkiewicza głosy literaturoznawców kwiliły gdzieś na dalszym planie.

Tak, krytyk literacki ma coraz mniej do powiedzenia. Albo inaczej: ma tyle, co zawsze, ale nie ma słuchaczy. Czuje się niepotrzebny. Na pewno nie jest opiniotwórczy. Relikt jakiś. Odciśnięty w bursztynie historii literatury?

Krytyka od dawna dzieliła się na akademicką i prasową. Ta akademicka była odpryskiem literaturoznawstwa i kulturoznawstwa, ale były czasy, że schodziła ze swych wyżyn i miała żywy wpływ na recepcję prozy i poezji. Dziś chyba bardziej niż dawniej zamknęła się w murach uczelni; tylko w nielicznych przypadkach ma zasięg względnie popularny. Krytyka prasowa przeżyła (a raczej nie przeżyła) kilka paroksyzmów. Po pierwsze, bardzo zatomizowała się generacyjnie, i to na zasadzie opozycyjnej. Młodzi mają swoich krytyków, zaś owi również młodzi krytycy nie interesują się starszymi pisarzami. Getta pokoleniowe stały się wyraziste, czasami nastroszone wobec siebie, ale przede wszystkim żyjące w innych światach. Niedawno rozmawiałem z 22-letnią poetką o jej lekturach; owszem, jest oczytana, ale oczy zapalają się jej dopiero przy nazwiskach rówieśników. Wyrzucała je z siebie jak wulkan i chyba o mało którym słyszałem. Podejrzewam, że mogłoby być na odwrót: gdybym się wgłębił w swój kanon, poetka ta też o większości nazwisk i tytułów nie miałaby pojęcia.

W zasadzie tego akurat nie mam nikomu za złe. Generacyjność jest nie tylko mocnym, ale i pięknym wiązadłem. Młodzi muszą emocjonować się przede wszystkim własnym światem i własnymi sposobami jego opisu. To tam kryje się ich tożsamość. Starzy nie mają – co naturalne – „zdolności estetycznej”, by wiecznie nadążać za breweriami i młodych, i świata. To jest odwieczna walka romantyzmu z klasycyzmem, wpisana w mechanizm i tajniki postrzegania świata. Problem jednak w tym, że obieg literatury powinien umożliwiać i uwidaczniać także oczywiste ciągłości i kontynuacje, powinien czynić te procesy przyjaznymi, a nie zantagonizowanymi. Jakiś czas temu rozwój pokoleniowy poprzez negację, poprzez opozycyjność, czasami nawet arogancję demonstracji twórczych wziął górę, co wydaje się także naturalne, jednak stanowi jeszcze jedną cegiełkę do zagęszczania powszechnej atmosfery rozbratu. Obecnie już nawet „opozycyjność” zamarła – zastąpiło ją beznamiętne désintéressement wobec dorobku poprzedników.

Dawniej łączyły nas pisma. Mieliśmy miesięczniki i tygodniki, które stanowiły kanwę życia literackiego. Pobudzały i scalały jego obieg. Dziś pism jest także niemało, są ładne, częstokroć niezłe, jednak między nimi nie ma żadnej komunikacji; one eksplodują bez echa w swoich „guberniach” i „galaktykach”, i nie posiadają zasięgu czy też siły, które by uczyniły z nich wspólną lub w miarę wspólną trybunę literacką.

Krytyk został zdetronizowany. Krytyk w prasie kulturalnej w ogóle stał się niewygodny. Pisze za ciężkie teksty. A tu trzeba zmieścić na kolumnie recenzje z ośmiu książek, najlepiej lekkich, łatwych i masowych. Krytyka więc wyręcza „dziennikarz od kultury”, a recenzję zastępuje „notka o książce”.

Ten stan rzeczy ma także swoje jeszcze bardziej trywialne oblicze. Mianowicie chodzi o honoraria. Po co wypuszczać je „na miasto”, skoro zespół tygodnika musi się sam wyżywić. Więc „dziennikarz od kultury” wchodzi w rolę krytyka i po roku pisania notek o książkach rzeczywiście czuje się krytykiem.

No i tzw. „aksjologię literacką” szlag trafił (może tu cały pies pogrzebany?). Wartością samą w sobie stał się rynek! Rynek, który decyduje o wszystkim, steruje nawet tą właściwą aksjologią. Warto inwestować w reklamę książki, we działania lobbystyczne wokół niej, w promocję, zwłaszcza, gdy istnieją przesłanki, że uda się ją wylansować, a więc wywołać na nią popyt, który spowoduje dobry zbyt, przynoszący zyski zwracające także pieniądze włożone w owe działania promocyjne. Sami pisarze, zwłaszcza młodzi, wychowani już w „rzeczywistości rynkowej”, dbają o swój medialny wizerunek, gdyż wiedzą, że nic im tak nie pomoże jak, jak ich własna sylwetka dodana do książki według receptury „atrakcyjnej wkładki”.

Piszę o tym bez przekąsu, bez przygany tym bardziej, że gwiazdorzy literaccy ostatnich dwudziestu lat (np. Dehnel, Kuczok, Masłowska, Plebanek, Różycki, Sławiński, Świetlicki, Tokarczuk, Witkowski itd.) to autorzy profesjonalni, dobrzy, a nawet bardzo dobrzy. Pytam tylko: co tu ma krytyk do roboty? Machina promocyjna toczy się własnym kołem; przyzwoity tekst krytycznoliteracki jest pożądany, rzecz jasna (i nadal występuje „w przyrodzie”), ale to nie on będzie ostatecznie kształtował opinię o tych książkach. Wielkie nagrody literackie, jakie od pewnego czasu stały się dźwignią sukcesu rynkowego opierają się na werdykcie autorytetów, to prawda, ale autorytety te bardziej dają promocji książek i autorów swoje nazwiska niż swoje analityczne elaboraty. Elaboraty, teksty krytyczno-analityczne miałyby zresztą zupełnie innych odbiorców niż tych, którzy lecą do księgarń kupić najnowszą laureatkę Nike czy Silesiusa. A więc coś z czymś się tu rozmija. Wymowny stał się i fakt, że publiczność bierze dzisiaj wiedzę o życiu literackim z gazet, a nie z fachowych periodyków (ja w okresie licealnym, i cała moja klasa, braliśmy tę wiedzę „Życia Literackiego”, a nie z „jakichś” gazet).

Obserwujemy od jakiegoś czasu dwa nowe zjawiska. Po pierwsze, rolę promocyjną przejęły na siebie gazety, degradujące fachowe magazyny. Po drugie, największe nagrody literackie są narzędziami pewnych lobbies i jako takie nie grzeszą nadmiarem bezstronności (koteryjność czasami wręcz rzuca się w oczy). Z ostrożnością formułuję to zdanie, bowiem w jakiejś mierze uważam, że to normalne, że po to jakaś grupa coś inicjuje, żeby działać na korzyść własnych, a nie cudzych interesów, i nie jestem skłonny nazwać tego układem. Problem w czymś innym: wszystkie te sprawy wzięły w swoje ręce media masowe. Wszystko to mizdrzy się, wdzięczy do tzw. kultury masowej. Tylko sukces na jej obszarach jest coś warty. I to w tym procesie, trwającym przecież nie od wczoraj, każda kultura nie dająca wprowadzić się w obieg masowy, staje się kulturą zmarginalizowaną, przebiegającą chyłkiem pod płotem sukcesu.

Co z czym się rozmija? Na pewno obieg „wysoki” literatury z obiegiem masowym.

Aż strach używać tego słowa: wysoki! Co ja tu bredzę? Czego mi się zachciewa? Tak, tak, kultura masowa wprowadziła nowe obyczaje, miary, mody. Zaanektowała także spore obszary normalnej literatury. Ale to jest ciągnienie w dół, a nie w górę. Tu się spłaszcza kryteria, a nie cyzeluje.

Kolejna wątpliwość dotyczy tego, czy owa wielka proza lub poezja przebijają się do czytelnika i należnej im pozycji? Mówiliśmy do tej pory o trudnościach upowszechniania „literatury wysokiej”. Istotną przeszkodą, co paradoksalne, jest jej rzeczywista wartość. Zbyt wysoka dla rynku kultury masowej.

Kultura masowa, jak sama nazwa wskazuje, to pojęcie poniekąd ilościowe. To kultura, która przyciąga jak największe rzesze „konsumentów”. Oczywiście w takiej masie spada średnia tzw. kulturochłonnych kompetencji odbiorcy. Ludzie gorzej wykształceni i słabiej oczytani, na dodatek wychowani na papce „masowej telewizji”, „masowej estrady”, „kolorowej prasy” i masowego czytelnictwa (harlequiny, kryminały, romanse w odcinkach i cały ten potok prozy „dla kucharek”) nie są w stanie sprostać wyższym wyzwaniom czytelniczym. Zaczyna się więc pojawiać gruba linia demarkacyjna pomiędzy czytelnictwem masowym, a czytelnictwem – tak je nazwijmy – niszowym. To pierwsze ma przed sobą znakomite perspektywy rozwoju i prosperity, to drugie – znakomite perspektywy... walki o przetrwanie. No, skądże perspektywy... – ta walka przecież już od wielu lat trwa. Jestem pesymistą: ten proces może okazać się nieodwracalny, on bowiem wychowuje sobie ludzi i mechanizmy związane logicznym systemem motywacyjnym. Ten proces ma po prostu – nie oburzajmy się – sens. Bo sens ma wszystko, co jest celowe. W tym przypadku celowość sprowadza się do produkcji, towaru, handlu, zysku – a więc do wartości utylitarnych, które rzecz jasna można bagatelizować lub negować, ale za cenę utracenia kontaktu z rzeczywistością i poddania się utopiom idealizmu.

20 sierpnia 2007 roku w „Gazecie Wyborczej ukazał się artykuł Sebastiana Łupaka o rynku księgarskim na Wyspach pod wymownym tytułem „Literatura z Tesco i z kolonii” opatrzony równie wymownym leadem: „Kto sądzi, że brytyjski rynek książki poszukuje dziś nowej Virginii Woolf bądź T.S. Eliota, powinien zejść na ziemię. W końcu jest to publishing business, gdzie liczą się hity i masowy odbiorca, przynoszący miliony funtów zarobku”.

Publishing business – radzę przyzwyczaić się do tych dwóch słów. Będziemy je słyszeć coraz częściej i to one coraz trafniej będą wyrażały istotę przemysłu, tak jest: przemysłu, od którego coraz bardziej będzie uzależniona nasza pisarska branża. Za czasów Gebethnera i Wolfa czy Hoesicka to w końcu też był biznes, jednak ozdobiony czymś, co nazywało się do niedawna jeszcze misją. I tu chyba jest pies pogrzebany: biznes się rozrasta, misja karleje.

We wspomnianym artykule autor zwracał uwagę no coś, co wszyscy widzimy od lat goły okiem, mianowicie na fakt, że książka znajduje się na etapie szybkiego przemieszczania się z księgarni do supermarketu. Za tym wymownym faktem idzie nie tylko intensyfikacja jej agresywnie komercyjnej reklamy, ale dalsze jej umasowienie i zmiana „znaku rozpoznawczego” z „przedmiotu kultury” lub „przedmiotu kulturotwórczego” na „towar”.

Jeszcze jeden cytat tegoż artykułu o tym, co nas czeka: „...odpowiedzialni za kreowanie mód literackich stają się ludzie, którzy nie mają w zwyczaju chodzić do księgarń. Do niedawna np. żeńska część klienteli Tesco masowo kupowała tzw. chick lit, czyli wzorowane na sukcesie pamiętników Bridget Jones książki w różowych okładkach, których autorki opisywały radość kupowania butów Manolo Blahnika i przechodzenia z sypialni do sypialni w nadziei znalezienia tego jedynego, bogatego ukochanego. Teraz Wielką Brytanię zalała fala tzw. misery memoirs, czyli pamiętników opisujących trudne dzieciństwo: molestowanie, zaniedbanie i pijacką przemoc. Książki w rodzaju Please, Daddy, No (Proszę, tatusiu, nie), Don't Tell Mummy (Nie mów mamie) czy Abandoned (Porzucona) zajmują (...) szczyty list bestsellerów. Kupowane są w 85 procentach właśnie przez kobiety w supermarketach”. Tak, to wszystko dzieje się już i u nas!

Teraz więc, po tym zasadniczym określeniu sytuacji i jej zagrożeń, zobaczmy, na czym polegają złudzenia i młodego, i starego poety. Jeden i drugi trzymają w ręku maszynopis stustronicowego tomiku, który powstawał przez dwa, trzy lata. Są z niego dumni. Może to ich opus vitae? Tak, to na pewno dobry i ważny tomik. Ale nikt nie chce go wydać. Kilku wydawców zażądało pieniędzy, stawiając się wobec autora w roli usługodawcy. Nie wszyscy oferowali dystrybucję. W tych przypadkach można by w gruncie rzeczy samemu sobie załatwić numer ISBN i załatwić sprawę ze znajomym drukarzem, a potem odebrany nakład sprzedawać podczas spotkań autorskich. Tak też niektórzy czynią. Ale przecież większy splendor, gdy edycję firmuje wydawca, im bardziej znany i ceniony – tym lepiej. Ale taki wydawca przebiera w autorach. Na jego witrynie w Internecie jest np. komunikat, że autorzy mogą składać ofertę tylko drogą pocztową przysyłając wycinek dzieła nie większy niż 30 stron, on zaś, wydawca, zastrzega sobie prawo nieodpowiadania na tę ofertę.

No to wydajemy jednak za pieniądze. Szukamy ich. Chodzimy po różnych znajomych firmach, zaczepiamy ewentualnych donatorów, w końcu pożyczmy forsę od babci – tak uciułamy oczekiwaną sumę. I dalej to już tylko kupujemy usługę wydawniczą. Możemy się także zwrócić do Instytutu Książki, do Fundacji Kultury, do lokalnych władz, do jeszcze innych „instytucji mecenackich” o datację na cel wydawniczy. Konkurencja jest olbrzymia, szansa znikoma. Nie wiem, niestety, ile podań w tych sprawach załatwianych jest pozytywnie, a ile negatywnie; jest rzeczą znaną, że tych załatwionych pozytywnie – znikoma liczba. Np. w drugiej połowie roku 2012 półroczne stypendia z budżetu MKiDN otrzymało 79 twórców, w tym tylko sześcioro literatów.

Najczęściej więc wracamy do prywatnego, trzecio- lub czwartorzędnego wydawcy, który żyje z takich klientów jak my. Po szczęśliwym odebraniu nakładu czekamy przez kilka miesięcy na jakiś odzew prasowy. Bezskutecznie. Owszem, kolega dziennikarz coś bąknął w lokalnej gazetce, ale wiemy już, że była to „notka o książce”. Nie tego oczekiwaliśmy... Na dodatek na drugi dzień przeczytaliśmy w prasie komunikat o pewnej Wielkiej Nagrodzie. Otrzymał ją młodszy od nas o dziesięć lat poeta, którego nazwiska nigdy nie słyszeliśmy. Co nas ratuje przed szaleństwem? Tylko to, że mamy jeszcze etat w miejscowej elektrowni lub jesteśmy agentem PZU, może nawet redaktorem w branżowym periodyku Zakładu Zieleni Miejskiej i że żona dostała pożyczkę w swojej pracy na planowane zimowe wakacje. Inaczej chyba byśmy zwariowali.

Nasiąkamy rozgoryczeniem.

Jesteśmy, po pierwsze, rozgoryczeni zmianą sytuacji pisarza. To uczucie narasta, chociaż już sporo lat mija od tzw. transformacji ustrojowej, nie mówiąc o tym, że rola pisarza jako „inżyniera dusz” dawno już przeszła do lamusa. W środowiskach SPP i ZLP średnia wieku pisarzy jest wysoka, więc też większość z nas ma mocno zakodowane wygody i splendory swojej dawnej sytuacji. Nie możemy zrozumieć, że musimy się sprzedawać na „rynku konsumenckim”, że „produkujemy towar”, owszem, nietypowy, specyficzny, towar „z duszą”, ale jednak towar, i to jest jedyna publiczna racja naszego pisarskiego istnienia. Reszta należy do sfery prywatnej, a może nawet intymnej.

Jesteśmy, po drugie, rozgoryczeni skromnością mecenatu państwowego. Zapominamy, że model państwa, w jakim żyjemy posiada ściśle określone instytucje kultury, które utrzymuje lub sponsoruje, natomiast nie musi sponsorować naszego prywatnego hobby, jakim jest pisanie. Państwo to ma także prawo wyboru podmiotów, które wspiera, np. chce ono dotować pismo „Topos”, ale niekoniecznie „Migotania”; tego typu preferencje i decyzje nigdy wszystkich nie zadowolą, co trzeba uznać za oczywiste.

Jesteśmy, po trzecie, rozgoryczeni brakiem zainteresowania rynku naszą twórczością. Zapominamy, że rynek nie tyle handluje wartościami, co towarami. Dobra sprzedaż towaru łączy się z jego sprawną dystrybucją i reklamą. Dystrybucja i reklama nie są zabiegami bezkosztowymi. One kosztują, czasami nawet spore pieniądze. Sieć handlowa zainwestuje w nas tylko pod warunkiem, że nasza oferowana wartość nosi cechy dobrego towaru, a więc, że da się z niej zrobić towar dochodowy. Obecnie w Polsce corocznie ukazuje się chyba około 30 tysięcy tytułów książkowych (wszelkiego typu), tj. ponad 80 tytułów każdego dnia – nie da się ich wszystkich objąć troskliwą sprzedażą, gdyż ta liczba przekracza popyt czytelniczy. Na temat czytelnictwa w Polsce można by przy okazji w tym miejscu napisać osobny tekst.

Jesteśmy także rozgoryczeni brakiem dobrej, żywo reagującej prasy literackiej, która dawnymi laty przynajmniej wewnątrz zainteresowanego środowiska tworzyła jakąś enklawę branżową i stwarzała przestrzeń dla życia literackiego. Ależ już o tym wszystkim mówiłem wcześniej. O braku odbiorcy na teksty recenzenckie i o wypychaniu krytyki przez dziennikarstwo. Jednak zwróćmy uwagę na fakt mało uświadamiany i paradoksalny: prasy literackiej jest dziś więcej niż kiedykolwiek. Trwają, jakoś trwają wielkie literackie matuzalemy: „Dialog”, „Nowe Książki”, „Odra”, „Twórczość”, „Zeszyty Literackie”... Od lat nieustannie wychodzi gdański „Autograf” (choć nie wiadomo, co z nim się stanie po śmierci Andrzeja K. Waśkiewicza); w Trójmieście także „Bliza”, „Migotania” i „Topos”. W Koszalinie – „Miesięcznik”, w Zielonej Górze – „Pro Libris”, w Katowicach „Śląsk”, w Krakowie – „Kraków”, w Mikołowie – „Arkadia”, w Łodzi „Tygiel Kultury” czy „Arterie”, w Rzeszowie – „Nowa Okolica Poetów”... Są także stosunkowo młode, ale już cenione tytuły, np. „Wyspa” czy „Red”. Listę tę można dalej i obficie ciągnąć. Ale też ubywa z niej tytułów – np. znakomita kołobrzeska „Latarnia Morska” zakończyła swój żywot „papierowy”. W mniejszych miejscowościach też liczne przykłady, których liderem jest chyba „Gazeta Kulturalna” z Zelowa – miesięcznik, który niebawem osiągnie swój dwusetny numer. Wymieniłem znikomą liczbę tytułów. Jest ich wielokrotnie więcej. Na pewno ponad setka. Problem nie wynika z ich nieistnienia, bo istnieją, nie z ich poziomu, bo on na ogół jest zadowalający lub nawet świetny, ile z ich wyalienowania ze społecznej recepcji. Dlaczego? Cały czas staram się odpowiedzieć w tym tekście na to pytanie.

Trzeba ten obraz uzupełnić jeszcze uwagą o innych tzw. przejawach życia literackiego. Przecież w Polsce działa obecnie co najmniej kilkaset grup i klubów poetyckich, funkcjonuje ponad dwieście (dokładnej liczby chyba nikt nie zna) stałych konkursów literackich, a takich imprez jak Warszawska Jesień Poezji, Poznański Listopad Poetycki czy Manifestacje Poetyckie (organizowane przez stołeczny Staromiejski Dom Kultury) jest też niemało. I wciąż rodzą się nowe, jak np. znakomity Festiwal im. Wandy Karczewskiej w Kaliszu. Popularność zdobywają sobie warsztaty i plenery poetyckie, także „szkoły pisania”. Liczba rozmaitych nagród literackich przekracza zapewne setkę. Promocje książek to model imprez, który wypracował sobie odrębną poetykę i rangę, stworzył, wypromował także placówki zajmujące się tego typu upowszechnianiem kultury (np. warszawska księgarnia „Czuły Barbarzyńca” czy Klub Księgarza, krakowski Śródmiejski Ośrodek Kultury, wrocławska Mediateka)... W wielu miastach nawet kawiarnie weszły na mapę „miejsc poetyckich”.

Osobnym – lecz czy na pewno osobnym?, a jeśli tak to na ile osobnym? – i ogromnym światem literackim staje się Internet. Witryny ludzi pióra, portale i fora literackie, księgarnie internetowe – to już stało się trójdzielne Królestwo Słowa Pisanego. Rozbuchane i stale pęczniejące. I chyba mamy już pewność, że Królestwo to przejmuje władzę. Internet z czasem zastąpi „literaturę papierową”. E-booki zastąpią tradycyjną książkę. I błagam wszelkiej maści konserwatystów, by nie wznosili lamentów. Być może „elektronizacja” spowoduje nie kres literatury, lecz jej renesans?

Jestem więc daleki od czarnych wizji. Obserwuję zmianę tradycyjnych uzusów i sytuacji, lecz wiem na pewno, że literatura „idąc przez góry, przeskakując pagórki”, nawet potykając się i raniąc, prze do przodu i ani myśli rezygnować.

Jaka jest moja ostateczna diagnoza, moja wizja przyszłości literatury?

W latach 90. wraz z kulturą i formacją PRL-u minął pewien porządek literacki. Niezbędny był remanent i orzeźwiająca kąpiel. Trochę wylano dzieci z tą kąpielą, trochę manka dopisali nadgorliwi rewizorzy, a resztę dokonała biologia, która wypuściła na ring miot młodych chartów i tratujących ziemię bizonków... Za odchodzącymi klasykami patrzymy – niezależnie od ich orientacji światopoglądowej i politycznej – stęsknionym wzrokiem, ich młodszych braci postrzegamy jako stracone pokolenie, a tych najmłodszych nie rozumiemy. Jak zwykle. Ale i im trudno się określić w tym opętanym rozchwianiu aksjologicznym, pośród erozji etosów, rozpadu modeli i wzorców, na przełomie tysiącleci. Może to jest jakaś odmiana dekadentyzmu sprzed stu lat? Na dodatek wywoływanego złą atmosferą polityczną obecnego Państwa Polskiego, które przestało być solidarne i przyjazne swoim obywatelom.

Śpiewam requiem. Requiem dla poetów, krytyków, ambitnych wydawców, dla wielu ludzi pióra. Ale jest to requiem umiarkowane i pogodne. Bo proza i poezja są wieczne. Będą zawsze powstawały. Będą je w zakamarkach ciemności masowej czytali kolejni „pierwsi chrześcijanie” niosący dobrą nowinę ludziom Nowego Odrodzenia.

Nie, nie narzekam. Odkładam tylko sen o potędze i związane z tym frustracje. Literatura jest niezbywalną potrzebą ludzką – jest aktem artystycznej autoekspresji, która nigdy z człowieka nie wywietrzeje. Sztuka wynika z natury człowieka.

Mamy obecnie taką oto sytuację, że zmienia się język komunikacji społecznej, następuje przemieszanie i przemieszczanie aktywności, potrzeb, znaczeń specyfikujących rzeczywistość. Literatura nie umiera. Ona schodzi do niszy. Ona nie wylewa się z gór na szerokie niziny, lecz przycupnięta kokosi się – i to wcale nieźle – w małych dolinkach. To tam będą przybywać ci, którzy zechcą nakarmić się jej słowami.

Często przywołuje się w Polsce tzw. campusowy model funkcjonowania kultury. Nie wiem, czy jego anglosaska odmiana jest dokładnie tym, co do nas dojdzie, ale sama idea na pewno się spełni. Idea kultury wysokiej, przez którą intensywnie przechodzi się w okresie młodości, a potem ma się do niej dostęp na każde życzenie, ale też kultury, która nie rości sobie pretensji do paradowania po Manhattanie czy Beverly Hills. Kultury, która dobrze wie, że „off Broadway” jest lepszy niż „Broadway”.

Tak naprawdę wysokim zasiekom merkantylizmu rynkowego czoło mogą stawić niekoniecznie pieniądze, ale zapał i ambicje. I misja, to wieczne poczucie misji! Szaleniec zakochany w kulturze zrobi więcej niż bogacz. Dwoma osobliwymi przykładami ostatnich dwóch dekad są Paweł Dunin-Wąsowicz i Piotr Marecki. Ten pierwszy założył wydawnictwo Lampa i Iskra Boża, zaczął w latach 90. wydawać tzw. art-ziny i fan-ziny; z ruchu zwariowanej młodzieży literackiej, czasami wściekle zbuntowanej przeciw swoim ojcom i wzorcom, wyrastają dziś pisarze mający wpływ na język i światoobraz literatury. Ten drugi, Piotr Marecki, to założyciel pisma „Ha!art” i Korporacji „Ha!art” – nazwiska, które wyszły spod tej egidy dziś budzą uznanie, i to niebagatelne.

Trzeba by jeszcze wymienić innych wydawców, jak np. A5, Czarne, Nowy Świat, W.A.B., Zaułek Wydawniczy „Pomyłka” które zwyciężyły jakością i uporem. Nie jest więc tak, że nic nie można. Zmieniły się tylko ilościowe kryteria sukcesu (nakłady, sprzedaż, dochody), co nie znaczy, że sukces zszedł na psy.

Oczywiście, trzeba żądać od państwa nakładów na mecenat artystyczny, trzeba szukać specjalistycznych rozwiązań fiskalnych, płatniczych, podatkowych, które by rozpowszechnianie kultury wysokiej ułatwiały, a nie utrudniały, trzeba w końcu wymusić na mediach, przynajmniej publicznych, więcej troski o kulturę i pilne poszukiwania nowych formatów ekranowych kulturę tę pokazujących. Istnienie II Programu Radia oraz TV Kultura udowadnia, że można i że warto. Zapał i pragmatyzm – one muszą się pobratać w tym dziele.

Poezja nie umrze razem z nami. Nie tylko nas przeżyje, ale okaże się – jak zawsze – jednym z najlepszych przekaźników naszego człowieczeństwa. Wiecznego, jak wieczny jest świat i wyjątkowego, jak wyjątkowa jest każda epoka.

Pin It