Krzysztof Lubczyński rozmawiał z KRZYSZTOFEM JANCZAREM

Zagrałeś w „Wojnie domowej” Pawła Jankowskiego jako jeden z dwojga młodocianych, ale głównych wykonawców. Musiałeś przejść przez to, co nazywa się dziś castingiem?


- A wtedy nazywało się zwyczajnie naborem, który zorganizowano w całym kraju. Tak, przeszedłem, podobnie jak moja partnerka rówieśniczka, Ela Góralczyk, która zagrała Anulę.


Czy to, że byłeś synem słynnego aktora, Tadeusza Janczara, pomogło Ci?


- Nie sądzę. Po pierwsze, nosiłem inne nazwisko i w czołówce występuję jako Krzysztof Musiał. A poza tym, wiesz, choćby się było synem nie wiem kogo, to jak się wygląda w kamerze jak drewno i nie ma się krzty talentu, to nic nie pomoże. Nikt nie będzie ryzykował klapy i krytyki, by kogoś tam zadowolić.


Co więc zdecydowało, że wygrałeś ten nabór?


- Trzeba by zapytać o to przede wszystkim Jurka Gruzę, reżysera. Nie da się jednak ukryć, że byłem chłopcem obytym ze światem aktorstwa, teatru, filmu, z którym miałem do czynienia dzięki ojcu. Nieraz siedziałem w garderobie Teatru Powszechego i przyglądałem się jak ojciec i jego koledzy się charakteryzowali, prowadząc przy tym barwne rozmowy. Wchłaniałem ten świat, inny od otaczającej szarości, marzyłem, by być jego częścią. Kiedy więc przyszło mi zagrać z wybitnymi aktorami, nie miałem żadnej tremy. A poza tym byłem rezolutnym chłopakiem z Warszawy i nie pękałem.


Naprawdę nie czułeś tremy przed Kazimierzem Rudzkim, Ireną Kwiatkowską, Aliną Janowską czy Andrzejem Szczepkowskim?


- Naprawdę. Poza tym podczas przygotowań do realizacji odbyłem z nimi szereg spotkań, zajęć przygotowawczych. Pan Rudzki, którego odwiedzałem w mieszkaniu na Kanonii, był trochę profesorski, a panie Kwiatkowska i Janowska bardzo opiekuńcze, a pan Szczepkowski wesoły i jowialny. Poza nimi poznałem przy okazji serialu także m.in. Bogumiła Kobielę, Mieczysława Czechowicza, Bohdana Łazukę, Zbigniewa Cybulskiego, Wandę Łuczycką, Hankę Bielicką. Wojciecha Siemiona i wielu innych.


„Wojna domowa” mówi w sposób wesoły o odwiecznym konflikcie pokoleń. Miałeś o tym choćby blade pojęcie?


- Ani trochę. Byłem daleko od takich rozważań. Dla mnie realizacja była po prostu fajną przygodą.


Gdzie kręcono zdjęcia?


- Wnętrza w studiu przy Chełmskiej. A plenery na ulicach Warszawy. Blok, w którym mieszkali bohaterowie serialu stoi do dziś przy ulicy Senatorskiej, naprzeciwko kościoła św. Antoniego. Szereg ujęć kręciliśmy w nim na klatce schodowej, ale wnętrza mieszkań aranżowano na Chełmskiej.


Nie można było kręcić w naturalnych?


- Kamery były wtedy tak wielkie, ciężkie i nieruchawe, że byłoby to strasznie trudne.


Jak dziś patrzysz na ten serial?


- Ze zdziwieniem, że ten Pawełek Jankowski, to ja. A poza tym , jak na film dowcipny, pełen subtelnego humoru, a nawet poezji. To jednocześnie dokument obyczajowy z tamtych czasów, obraz ówczesnej mody, wyglądu ulic, przedmiotów, szkół, ruchu ulicznego, samochodów, sposobu zachowania ludzi.


Miałeś wtedy z ojcem dobry kontakt?


- Zawsze miałem z nim dobry kontakt. Bardzo dobry, choć niezbyt częsty. Zazwyczaj zabierał mnie w niedzielę, głównie do teatru. Piękny, miły, pachnący pan. Należał jednak do pokolenia najbardziej dotkniętego przez wojnę, która odebrała im ogrom młodzieńczej energii.


To on Ci zaszczepił myśl o zostaniu aktorem?


- Nie, główna przyczyna była inna. Moja mama pracowała w Centrali Wynajmu Filmów przy Mazowieckiej i dzięki temu wsiąkłem bardzo wcześnie w świat kina. A to dlatego, że w salkach tego urzędu wyświetlano najprzeróżniejsze filmy z całego świata, które namiętnie, choć „nielegalnie” oglądałem. Oglądałem wszystko, patrząc na ekran zza kotary. A pierwsza myśl, żeby zostać aktorem zaświtała mi w głowie po raz pierwszy w okresie kręcenia „Wojny domowej”.


W filmie kinowym, po ukończeniu łódzkiej szkoły filmowej zadebiutowałeś w „Prawdzie w oczy” B. Poręby, ale prawdziwie zauważoną i nagrodzoną rolę zagrałeś w „Nie zaznasz spokoju” M. Waśkowskiego w 1977 roku…


- Waśkowski był wtedy w dobrej reżyserskiej formie. Miałem sporo czasu, żeby przygotować się do roli. Długo chodziłem ze scenariuszem w kieszeni, ciągle go podczytywałem, oswajałem się z nim. Miałem zajęcia z karate, ze znanym polskim dżudoką Stanisławem Tokarskim, doktorem filozofii Wschodu, myślicielem. Sam miałem już pewne doświadczenie w sportach walki, bo uprawiałem boks w Gwardii Warszawa no i wyniesione ze szkoły filmowej umiejętności z zakresu baletu, pantomimy, szermierki. Posługiwania się nożem uczył mnie natomiast były żołnierz Legii Cudzoziemskiej. Nie bez znaczenia była też szkoła życia w warszawskiej zawodówce przy Okopowej


Kogo zaliczasz do ważnych dla Ciebie pedagogów z czasów studiów w szkole filmowej w Łodzi?


- To były fascynujące lata, w cieniu legendy filmowej panów Romana Polańskiego, Jerzego Skolimowskiego i Andrzeja Wajdy. Opiekunami naszego roku byli - łódzki aktor Henryk Jóźwiak i świetny reżyser teatralny Witold Zatorski, który był naszym wielkim, ukochanym nauczycielem. Poza tym tacy profesorowie jak Mirosława Marcheluk, Ewa Mirowska, Michał Pawlicki, Irena Wojutycka, Halina Billingowa, Janina Niesobska, która uczyła nas tańca, czy Waldemar Wilhelm od szermierki. To było fascynujące grono profesorskie.


Zagrałeś jeszcze role w „Kung fu” Janusza Kijowskiego, „Olimpiadzie ‘40” Andrzeja Kotkowskiego, epizod w „Człowieku z żelaza” Andrzeja Wajdy i zniknąłeś na długie lata z polskiego ekranu …


- Wymieniłbym jeszcze jedną z głównych ról, Władka, zagraną w filmie Andrzeja Kotkowskiego „Spokojne lata” z 1981 roku... To był taki rzut na taśmę przed wyjazdem.


Mówisz o
pięknym filmie, o czasach krakowskich Młodej Polski, w którym znakomicie oddana została atmosfera epoki. Nie został niestety zauważony, bo ze swoją artystyczno-egzystencjalną tematyką miał premierę latem 1982 roku, czyli w czasach nie sprzyjających myśleniu o takich sprawach…


- Miło mi to słyszeć. Robiliśmy ten film jeszcze tak, jak się kiedyś robiło filmy - powoli, bez pośpiechu, z możliwością pogadania, pobycia ze sobą, z czasem na biesiady. Właśnie tak po dawnemu, po krakowsku. Tym bardziej, że Andrzej Kotkowski, krakus z pochodzenia, czuł to miasto wspaniale.


Gdy film wszedł na ekrany
byłeś już w USA, gdzie zastał Cię stan wojenny? Co myślałeś i odczuwałeś, gdy usłyszałeś o jego wprowadzeniu?


- Zacznę od wspomnienia jeszcze z Polski. Latem 1980 roku, na Wybrzeżu, kręciliśmy w zespole „X” Andrzeja Wajdy film „Książę”, debiutanta Krzysztofa Czajki. Rolę tę zaproponował mi sam pan Andrzej. Było bardzo fajne towarzystwo, Hania Bieluszko, Grażyna Długołęcka, Jurek Kryszak. Po tygodniu od rozpoczęcia zdjęć w Gdańsku wybuchły strajki. Na rogach ulic pojawiły się karabiny maszynowe. Na redzie stały statki radzieckie, które obserwowaliśmy przez lornetkę. My byliśmy pokoleniem powojennym, które wojny nie przeżyło, ale czuło zagrożenie w powietrzu. Za czasów mojego dzieciństwa jeszcze zdarzały się wypadki wywożenia ludzi na Syberię. Nie było żartów. Zastanawialiśmy się – wejdą, nie wejdą? W dniu 13 grudnia 1981roku byłem   już w Stanach, u znajomych, nad jeziorem Cayuga. Rano przybiegł do mnie mój przyjaciel Leszek Góra i obudził słowami: „Wstawaj, wojna w Polsce”. Te słowa wyznaczyły na najbliższe godziny cały ciąg mojego myślenia. Obudziły się moje wyobrażenia o wojnie, a urodziłem się na Szpitalnej, w sercu Warszawy, gdzie jeszcze w moim dzieciństwie były ruiny. Pomyślałem więc: „Znów bijemy się z Ruskimi. I znów będą ruiny”. Wieści jakie z wolna zaczęły do mnie dochodzić nieco uspokoiły mój nastrój, ale doskonale pamiętam wrażenie, jakie na mnie wywarł obraz świeczek zapalanych w oknie, czy wyrazy solidarności z Polakami wyrażane przez amerykańskich aktorów.


Co robiłeś na początku pobytu w Stanach?


- Zanim zacząłem coś grać, imałem się różnych zajęć. Ogromnie wiele zawdzięczam Jerzemu Skolimowskiemu. To wspaniały, wszechstronnie utalentowany artysta, nie tylko filmowiec, ale także poeta i malarz, myśliciel o głębokim spojrzeniu na egzystencję.


Zagrałeś tam sporo ról. Najgłośniejsza produkcja z Twoim udziałem to słynne „Polowanie na Czerwony Październik”…


- Do Los Angeles przyjechał aby zagrać w tym filmie, Stellan Skarsgard, z którym graliśmy razem na „Konowałowie”, łodzi podwodnej, która ścigała „Czerwony Październik”. On grał kapitana, ja oficera, Andrieja Bonovię. Pamiętam, że studio produkcyjne przysłało po mnie Rols Royce’a i zawieziono mnie do eleganckiego hotelu na spotkanie z nim. Chodziło o to, żebyśmy przed wspólnymi zdjęciami mogli się poznać, razem zjeść, pogadać i nawiązać kontakt. Producent wiedział, że to jest ważne dla jakości naszej gry. Pamiętaj, że samo dostanie tej roli było prawdziwym wyczynem, ogromnym wyrazem uznania. Nie dopuszcza się na plan przypadkowych ludzi, tam, gdzie dzień zdjęciowy kosztuje milion dolarów. Nie można tam też sobie pozwolić na przychodzenie na plan nieprzygotowanym, po alkoholu, bez formy czy spóźniać się. Chociaż przypomina mi się, jak pewien słynny reżyser skarżył się na Marylin Monroe, która ciągle się spóźniała. Na to producent Joseph Mankiewicz: „Wiesz, mam ciotkę w Ciechanowie. Ona nigdy się nie spóźnia. Może ją weźmiemy zamiast Marylin” (śmiech).


W 1991 roku zaczął się Twój powrót do kraju małą rólką w „Ferdydurke” w reżyserii Jerzego Skolimowskiego. Dlaczego wróciłeś?


- Ciągnie wilka do rodzinnego lasu. Tu w Polsce, a nie w Ameryce, jest moje stado. Tam mimo wszystko zawsze czułem się obco. W sumie udało mi się to i owo. Przeżyłem wiele barwnych przygód. Mój czas w Ameryce wypełnił się i spełnił. Wtedy mogłem wrócić.


Jak po powrocie znalazłeś Polskę z punktu widzenia sytuacji sztuki, teatru, kina?


- Irytuje mnie to gadanie o urynkawianiu sztuki, teatru. Niektórzy powołują się na USA, nie mając pojęcia jak tak jest, bo byli tam np. tylko miesiąc. Owszem, w Stanach jest rynek w teatrze, ale przede wszystkim są potężne federalne programy wspierające sztukę. U nas też trzeba zacząć od stworzenia takich instrumentów, zanim będzie się „urynkawiać” życie artystyczne i teatr.


W Polsce od razu znalazłeś miejsce w branży, przyszły role filmowe, m.in. w „Zawróconym” i „Pułkowniku Kwiatkowskim” K. Kutza, w „Bracie naszego Boga” K. Zanussiego, no i w końcu mocne osadzenie w popularności wśród publiczności największej, serialowej, czyli rola Bolesława Kazunia w „Klanie”…


- „Klan” to dostojny statek flagowy telewizji. Publiczność kocha ten serial, jest dobrze napisany i realizowany. No i bardzo dobrze mieści się w parametrach misji telewizji publicznej, co niestety nie jest należycie doceniane. Dziwi mnie ogromnie, że już nie ma „Plebanii” i „Złotopolskich”.


.Dziękuję za rozmowę.


Krzysztof Janczar
- ur. 7 stycznia 1950 w Warszawie – debiutował w 1965 roku w wieku 15 lat w serialu „Wojna domowa” w roli Pawła Jankowskiego jako Krzysztof Musiał. Absolwent PWSTiF w Łodzi (1979). Za rolę w filmie Mieczysława WaśkowskiegoNie zaznasz spokoju” (1977) uhonorowany nagrodą dla najlepszego aktora (Srebrna Plakietka) na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdańsku. Zadebiutował w 1974 roku Teatrze im. C.K. Norwida w Jeleniej Górze pod dyrekcją Aliny Obidniak. Zagrał tam m.in. Konrada w „Wyzwoleniu” St. Wyspiańskiego oraz Juliusza S. i Sawę w „Beniowskim” J. Słowackiego. Od 1975 roku w Teatrze Narodowym u A. Hanuszkiewicza rolą w „Trzy po trzy” A. Fredry, a także w jego reżyserii w „Miesiącu na wsi” I. Turgieniewa, „Dziadach” A. Mickiewicza, „Płatonowie” A. Czechowa, widowisku „Mickiewicz” i w Pluskwie” W. Majakowskiego w reż. K. Swinarskiego. Zagrał tam też m.in. tytułową rolę w „Troilusie i Kresydzie” W. Szekspira w reż. Marka Grzesińskiego (1978). W filmie m.in. „Zanim nadejdzie dzień” R. Rydzewskiego, „Prawdzie w oczy B. Poręby (1970), „Nie zaznasz spokoju” M. Waśkowskiego (1977), „Kung fu” J. Kijowskiego (1979), „Olimpiadzie ‘40” (1980) i „Spokojnych latach” (1981) A. Kotkowskiego, „Człowieku z żelaza” (1981). W roku 1981 wyjechał do USA, gdzie początkowo imał się różnych zajęć, a po dwóch latach powrócił do aktorstwa niewielką rolą w filmie „Czerwony Świt”. Zagrał też m.in. w słynnym „Polowaniu na Czerwony Październik. Do kraju powrócił w 1993 roku. Występuje w filmach (m.in. „Rezerwat”, „Mała matura 1947”, „Miasto z morza”), serialach ( m.in. „Klan” - kuzyn Bolek, „Samo życie” - mec. Leński, „Dwie strony medalu” – burmistrz Żelazek). W teatrze gra obecnie w „Dziewczynach z kalendarza” T. Firtha w warszawskim Teatrze Komedia.

 

 

Pin It