TO BYŁ BUNT OBYCZAJOWY

Rozmowa ze Zbigniewem Jerzyną o Pokoleniu „Współczesności”

 

ZJPIOTR DUMIN: Debiutowałeś w prasie literackiej w drugiej połowie lat pięćdziesiątych. Był to okres konsolidowania się najmłodszego pokolenia pisarzy, okres formowania się pisma „Współczesność”. Jak wspominasz swoje osobiste kontakty z tym pismem i pisarzami „pokolenia 56”. Jak teraz, po latach, widzisz znaczenie cezury roku 1956, jej wpływ na sytuację w środowisku literackim?

ZBIGNIEW JERZYNA: Pamiętam, że tuż po maturze w 56 roku zawędrowałem na Ludną do mieszkania Leszka Szymańskiego, które było pierwszą siedzibą redakcji. Zaniosłem tam swoje wiersze. Szymański wziął moje utwory zaznaczając, że honorarium nie otrzymam. Chciałem tu przeciwstawić się wielu dzisiejszym wypowiedziom, w których zarzuca się legendarnemu założycielowi „Współczesności” i pierwszemu jej redaktorowi naczelnemu, że był hochsztaplerem. Jest to być może półprawdą, bo przede wszystkim był to heroiczny zabiegacz o powstanie tego pisma. Gdyby nie jego szlachetna bezczelność, prawdopodobnie losy tej generacji ułożyłyby się inaczej. Nie było drugiego takiego człowieka, który wśród wielu politycznych meandrów i mecenasów potrafiłby to pismo założyć i doholować... Potem przychodziłem na Wspólną, kiedy „Współczesność” była pod egidą Paxu. Tam spotykałem często Romana Śliwonika, który był jednym z filarów tego pisma, i wschodzącą gwiazdę poezji – Andrzeja Tchórzewskiego, którego bardzo świeże i poruszające tłumaczenia poezji hiszpańskiej (Garcii Lorki, Anotnia Machado, Albertiego...) ukazywały się na pierwszych kolumnach „Współczesności”. Nieco później redakcja przeniosła się Na Krakowskie Przedmieście vis-à-vis Pałacu Staszica. Tam często można było natknąć się na Kryskę i Grochowiaka – grających zapamiętale w cymbergaja. Bywał tam jako świetnie zapowiadający się poeta jąkający się Jerzy Skolimowski. Pamiętam, że kiedyś przyszła wybitna i piękna rzeźbiarka Alina Szapocznikow pytając, czy może dostać honorarium za szkice swych rzeźb – z wielkim zażenowaniem, bo to były grosze. Jedną z najbardziej barwnych postaci w redakcji był Marian Ośniałowski. Z jego postacią związanych było wiele anegdot. Kiedyś wysłano go do Olsztyna na konferencję w sprawie ochrony lasów. Po wysłuchaniu poważnych referatów naukowców i władz administracyjnych zadał tam tylko jedno pytanie: - Przepraszam panów, czy w tych lasach są wilki? Był to poeta bardzo urokliwy i wiecznie nieobecny.

 

Tu muszę zwrócić uwagę na coś niezwykle ważnego dla tego pokolenia. Była to sfera obyczajowości, otoczka obyczajowości wokół literatury, sztuki, której nie miały już następne pokolenia. A kiedy redakcja przeniosła się na Kopernika – redaktorem naczelnym był wówczas Stanisław Grochowiak – kolegia redakcyjne odbywały się zazwyczaj w „Harendzie” i kończyły się często biesiadą suto zakrapianą alkoholem. Poetom towarzyszyły muzy. Istniało także ogromne grono kibiców, entuzjastów poezji, oddanych przyjaciół, biesiadników – podobnie jak w tych transmisjach estetycznych w okresie modernizmu. Pewien rys obyczajowy tamtej epoki przeniósł się do tego pokolenia wzmacniany jeszcze obyczajowością paryską epoki Sartre'a i Juliette Greco – o literaturze, sztuce dyskutowało się w kawiarniach, w knajpkach. Dzięki temu literatura nabierała cech ludzkich, nie była literaturą gabinetową. Stałym lokalem „Współczesności” był słynny „Manekin” na Starym Mieście (później „Largactil”). Rolę paryskiej Juliette Greco pełniła Sława Przybylska, a naszą poetycką muzą była Maja Wachowiak – bohaterka filmu „Pożegnania” – którą Grochowiak nazywał polską Gretą Garbo. Miejscem poetyckich spotkań była także kawiarnia „Kamienne Schodki”. Tam bywali również późniejsi poeci „Orientacji”. Pamiętne były wieczory: Barbary Sadowskiej i Józefa Gieli, czy Edwarda Stachury i Janusza Żernickiego. Pamiętam w czasie wieczoru Żernickiego i Stachury na parapecie okna siedział dziwny człowiek o bardzo młodzieńczej twarzy. Człowiek ten co chwila przerywał każdemu z dyskutujących i z niezwykłym zapałem wypowiadał swe racje. Zapytałem kogoś: - Kim jest ten dziwny człowiek? – To taki wariat z Torunia – usłyszałem – chce tworzyć nową literaturę, coś tam gada o Peiperze, Przybosiu, Awangardzie, ale bardzo niezrozumiale. Spojrzałem w kierunku okna, gdzie siedział ten człowiek i zapamiętałem jego palące się oczy i rozbiegane ręce. Nie wiedziałem, że los połączy mnie z tym człowiekiem na dobre i złe (człowiekiem tym był Jerzy Koperski – przyp. P.D.).

Kilka słynnych wieczorów odbyło się także w „Krokodylu”. Pamiętny był zwłaszcza wieczór autorski Andrzeja Brychta i Romana Śliwonika. Dyskusja była wtedy tak zażarta, że trzy razy podjeżdżała karetka pogotowia.

P.D.: Obyczajowość tego okresu wpływała na pewno na charakter prasy literackiej i społeczno-kulturalnej, miała w niej swój obraz.

Z.J.:. Obok pisarzy i poetów ton nadawali prasie felietoniści. Niedawno Passent w „Polityce” napisał o tzw. turnieju polskich felietonistów. Zaledwie napomknął tam o Hamiltonie, który był najbardziej wojującą postacią „Współczesności”. I dlaczego zapomniano o tak znakomitym felietoniście jak pustelnik z Krakowskiego Przedmieścia Andrzej Dobosz, który pismu przydawał barwy i splendoru. Ten pośpiech myślowy zabija w nas cenne wspomnienia. Felietony Dobosza czytane także dzisiaj są niepowtarzalne. Jak nikt inny potrafił on prawie na sposób proustowski zarysować obyczajowość tamtych czasów. Tu przypomina mi się jedna z jego anegdot. Magda Leja – słynna w tym czasie prozaiczka, autorka powieści Histeryczka – zaproszona została na przyjęcie do ambasady francuskiej. W pewnym momencie ambasador pyta: - Może pani się czymś poczęstuje? – A Magda Leja odpowiada: Nie jestem głodna.

P.D.: Jak wspominasz swoje osobiste kontakty, przyjaźnie z pisarzami pokolenia 56? Których cenisz najbardziej nie tylko za ich twórczość?

Z.J.:. Jeszcze przed powstaniem „Współczesności” wielką moją fascynacją poetycką był Sławomir Kryska, który drukował wtedy kilka razy na kolumnach młodych w „Po prostu”. Potem zamieniło się to w przyjaźń. Zaprzyjaźnieni byliśmy kiedyś bardzo z Ernestem Bryllem. Z Andrzejem Gronczewskim jeździliśmy do Otwocka, gdzie Bryll mieszkał w bardzo skromnym pokoiku z żoną Ewą. Biesiadowaliśmy tam często przy domowej pieprzówce do późnej nocy śpiewając pieśni wielkopostne. To było zaraz po wydaniu jego pierwszej książki Wigilia wariata...

Ale niewątpliwie najbliższym mi poetą i przyjacielem był Stanisław Grochowiak – nie tylko dzięki poezji, ale i niezwykle uwodzącej, fascynującej osobowości. Poznałem go w redakcji przy Kopernika. Przeczytałem tam wtedy jeden ze swych wierszy. Kiedy skończyłem Grochowiak powiedział: To prawie Norwid. Tylko niech pan z tej uciechy nie wyskoczy przez okno. A bruderszaft wypiliśmy „u dziennikarzy” w słynną zimę stulecia... I zaraz potem poszliśmy na wieczór autorski Staszka do Instytutu Kultury Żydowskiej na Nowogrodzką...

Tu nie odgrywa roli sympatia ani przyjaźń, ale uważam, że Grochowiak był najbardziej reprezentatywną postacią tego pokolenia. Kiedyś Zbigniew Bieńkowski napisał dość mizerną recenzję jego wierszy i – po niewielu latach – sprostował swój sąd w szkicu pt. Pełnia. Rzeczywiście ten pisarz, poeta spalał się tak gwałtownie, że osiągnął pełnię – prawie w regułach romantycznych. Właściwie to umarł nawet młodziej od wielu naszych romantyków, mając w chwili śmierci o sześć lat mniej od Słowackiego, Chopina – nie mówiąc już o Krasińskim czy Mickiewiczu.

Zdumiewający jest rozwój poezji Romana Śliwonika. Zetknąłem się z jego wierszami razem z wierszami Sławomira Kryski na łamach „Po prostu”. Od razu jakimś dziwnym instynktem wyczułem, że mam do czynienia z nową, bardzo świeżą liryką. Śliwonik był najbardziej ekspansywnym młodym pisarzem w pierwszym okresie „Współczesności”. Jego wiersze, felietony, reportaże wypełniały znaczną część każdego numeru. Uważam jednak, że jego wielkość zaczęła się dopiero wtedy, gdy zrozumiał taką dziwną myśl Tomasza Manna: aby być wielkim artystą, nie można być w środku życia rozumianego potocznie. Trzeba pamiętać o wielkim heroizmie tego poety, który na przekór wszelkim modom pozostał wierny sobie. Zawsze pamiętam jego słowa – że trzeba długo żyć, bo po śmierci w tym kraju pogrzebią nas doszczętnie – co skądinąd stało się fenomenem nieprawdopodobnym wobec twórczości Grochowiaka. Są przypadki, że i w innych krajach zapomina się na kilkadziesiąt lat o twórczości np. Baudelaire'a czy Stendhala, ale są to jedynie przypadki.

P.D.: Od momentu poznania aż do jego przedwczesnej śmierci przyjaźniłeś się ze Stanisławem Grochowiakiem, pracowaliście też razem w redakcji „Kultury” – na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Na pewno w waszych dyskusjach o poezji, w waszym dialogu artystycznym nie obyło się bez polemik, gdyż wasze poetyki i światopoglądy artystyczne, postawy znacznie się różniły. Na pewno miały miejsce także wzajemne wpływy. Jak te wasze kontakty widzisz teraz?

Z.J.:. Poetyka Stanisława Grochowiaka była bardzo sugestywna, a jego osobowość bardzo frapująca. Poza wszystkim był cudownym człowiekiem pozbawionym potocznych kompleksów – wspaniałomyślnym, lubiącym życie w jego wielobarwnych przejawach. Spotkałem go, gdy byłem już na swój sposób poetycko uformowany i właściwie w tej naszej przyjaźni żywiłem się jedynie dopingiem – być może, że ze szkodą dla własnej poetyki pisałem wobec niego w opozycji: on szantażował konkretami, ja uciekałem w pojęcia... Jest absolutną bzdurą twierdzenie, że byłem jego uczniem. Rzeczywiście adaptowałem pewne jego chwyty poetyckie, ale przetwarzałem je. Z kolei Grochowiak – nawet przyznawał się do tego – korzystał z charakterystycznych dla mnie skrótów poetyckich. To nie to samo co konflikt Stachury i Bordowicza: Stachura chciał kiedyś zabić Bordowicza za to, że ten, jak twierdził, ukradł mu metaforę. To w naszej przyjacielskiej korespondencji było nie do pomyślenia. Istnieje coś takiego w pierwszej fazie twórczości – może jeszcze młodzieńczej – jak rozrzutność. Myślę, że nie wiódłbym sporu o jakieś szczególnie podobne sformułowanie poetyckie, gdyż myślę, że liczy się światopogląd artystyczny, który jest taki albo inny i który w końcu charakteryzuje poszczególną osobowość twórczą.

W nekrologu Stanisława Grochowiaka Krzysztof Mętrak napisał, że był to najbardziej uzdolniony poeta pokolenia. Niedawno odwiedziłem Piotra Kuncewicza, by mu pogratulować stwierdzenia, że Grochowiak „był poetą wielkich olśnień, ogromnej wyobraźni”. Powiedziałem Piotrowi, który napisał także, że poeta ten nie miał wielkiej idei, że to chyba nasz czas nie jest zdolny do wytworzenia wielkiej idei. To jest dość znane powiedzenie Wańkowicza, ale mówił on o naszych czasach: jako o międzyepoce. – I kto wie, czy słynne powiedzenie Norwida, że „próżnia jest kołyską olbrzyma”, w najbliższym czasie się nie spełni.

P.D.: Jan Błoński w sposób bardzo obrazowy pisał o poezji debiutującego Grochowiaka, odnosząc się niejako do jego „kuchni poetyckiej” – mnie osobiście razi ta metafora, w odniesieniu do twórczości poetyckiej, ale sprowokowała pewno krytyka skłonność Grochowiaka do konkretu, chociaż konkret u tego poety miał wymiar symbolu, był elementem obrazu nadrealnego (przypomnę tu choćby wiersz „Rozbieranie do snu” czy „Płonąca żyrafa”). Pisał więc autor „Zmiany warty”: „Pisarz narąbał całych ćwierci baroku, połci dekadencji, kawałów ekspresjonizmu, doprawił je Norwidem, Herbertem, Gałczyńskim i Bóg wie czym jeszcze, wszystko to wrzucił do kotła, zagotował, odcedził, ciepłe jeszcze sprasował w gęste treściwe wiersze”. Rzeczywiście dla poetyki Stanisława Grochowiaka charakterystyczne jest łączenie różnych elementów stylistycznych, „chwytów poetyckich”. Jego postawę, metodę artystyczną, twórczą, nazwano poetyckim synkretyzmem. Nieprzychylni Grochowiakowi krytycy twierdzą jednak, że synkretyzm poetycki jest tylko odmianą eklektyzmu. Jak ty rozumiesz to pojęcie synkretyzmu poetyckiego?

Z.J.:. Właściwie walka z synkretyzmem ma proweniencje futurystyczne i łączy się z dość opacznym pojęciem oryginalności. To absurdalne, żeby zaczynać wszystko od początku. Przy tak pojmowanej oryginalności jej ceną jest odrzucenie wielu osiągnięć, które współbrzmią współcześnie, i które warto przetworzyć na nowo. Ta nieufność do synkretyzmu jest antyszekspirowska, bo przecież jest rzeczą znaną, że Szekspir czerpał z wszystkich możliwych źródeł i przetwarzał a nawet przerabiał swoich poprzedników. Synkretyzm jest bardzo wysoką ambicją talentu. To dążenie do tego, aby jak najwięcej wchłonąć, przetworzyć. Talent, który nie wierzy w siebie, ogranicza się do wąskich eksperymentów albo chce być za wszelką cenę oryginalny. Eksperymentatorzy najczęściej bywają mierzwą dla tych pogardzanych synkretyków.

P.D.: Jak sytuuje się twórczość Marka Hłaski w stosunku do twórczości pisarzy pokolenia „Współczesności” – jakie znaczenie miała dla was nieco młodszych?

Z.J.:. Chciałbym się zwierzyć, że pierwszą moją recenzją w życiu była recenzja opowiadań Marka Hłaski Pierwszy krok w chmurach. Zamieściłem ją w dodatku kulturalnym do „Dziennika Ludowego” u pani Dróżdż-Satanowskiej. Marek Hłasko był autentycznym idolem literatury. To był szok, który przeszedł zarówno przez ambony, jak i komitety. Nie widzę w tym pokoleniu pisarza, który byłby impulsem do tylu dyskusji i zachwytów. Każde jego opowiadanie, mimo niekiedy infantylnych przesłań, budziło zachwyt, był to powiew czegoś autentycznie świeżego. Niech mi nikt nie mówi – z niego narodził się i Marek Nowakowski, i ten dziwny Jan Himilsbach. Himilsbacha poznałem w knajpce pod starym jeszcze „Bazyliszkiem”. Gdy przedstawiono mu mnie zapytał: Czy pan na Marka Hłaskę? – Nie – odpowiedziałem. Na to Himilsbach, który jeszcze nie pisał swych opowiadań, tylko je opowiadał: Ale ja znam takiego liryka z Krakowa, co rąbnął w łeb babę i mówi, że jest liryk...

P.D.: Kazimierz Wyka określił „Pokolenie 56” mianem pokolenia zranionego marzenia. W «Uwagach o poezji najmłodszej » pisał: „Świat doświadczenia rani wyobraźnię poety, wychowaną na wizji zaczerpniętej z podręczników marksizmu i poetów rewolucyjnych”, twierdził także, że ci poeci mają w dużej mierze ambicję odkłamywania, demaskowania; zwłaszcza mitów dziesięciolecia, i że ich nadmiar wrażliwości na mroczne stany naszego dnia powszedniego ma charakter przejściowy i wynika z nieustalonych i niedojrzałych poglądów na zachodzące zjawiska. Zaś w wydanej w 1959 roku «Rzeczy wyobraźni» postulował m.in.: „Poezję należy uczynić jak najbardziej personalną”. - Jednym z manifestów artystycznych tego pokolenia był artykuł Stanisława Grochowiaka „Karabela pozostanie na strychu”, opublikowany przez niego w 1959 roku po objęciu Redakcji „Współczesności”. Był to – jak mówią krytycy – program romantyczno-pozytywistyczny. Krytycy piszą także, iż pokolenie postawiło na pluralizm artystyczny.

Z.J.:. W swoim czasie we „Współczesności” ukazał się słynny tekst Jacka Łukasiewicza przeciwko Słowackiemu. I tu niekonsekwencja, bo zafascynowani Słowackim byli prawie wszyscy poeci „Współczesności”. W pierwszym okresie prawie wszyscy podpisywali się pod słynnym manifestem Grochowiaka Karabela pozostanie na strychu. W sensie społecznym był to manifest neopozytywistyczny; zaprzeczała mu jednak praktyka poetycka, która poza nielicznymi wyjątkami nastawiona była na egzystencjalne uwarunkowania losu ludzkiego. Właściwie cały program społeczny „Współczesności” był nieco sztuczny, i kto wie, czy nie miał jedynie walorów taktycznych. Bo rzeczywiście bardzo prężna i znacząca była ta manifestacja pokoleniowa, i polityczni decydenci z wielką uwagą przypatrywali się jej dalszej ewolucji.

P.D.: Teoretycy „Nowej Fali” zarzucali poetom „Współczesności”, że ci odwrócili się od rzeczywistości, chociaż – jak pisał J. Kornhauser: „Odwrócenie się poezji plecami do rzeczywistości nie było aż tak manifestacyjne i zdecydowane, wręcz przeciwnie, prawie we wszystkich przypadkach znaleźć można ślady i to wyraźne, bliskiego z nią kontaktu. Rzecz jednak w tym, że kontakt ten nie miał wiele wspólnego z twórczym rozumieniem rzeczywistości, odbywał się „systemem papierka lakmusowego”...

Z.J.:. W żadnym kraju, w moim skromnym mniemaniu, krytyka nie wprowadziła takich totalnych definicji poezji. Raczej cieszy się z różnorodności poetyk, bo nie każdy poeta potrafi ogarnąć tę ogromną, posługując się terminem Chwistka, wielość rzeczywistości. Tylko u nas w Polsce istnieją dyktatury poetyckie, albo dyktatura „Skamandra”, albo dyktatura „Zwrotnicy”..., które by zaistnieć, muszą zanegować poprzednie wartości.

P.D.: Jakbyś określił bliżej charakter stosunków środowiska literackiego i władzy po październiku 56 – także w latach sześćdziesiątych?

Z.J.:. Aż na tyle nie jestem kompetentny, abym zdawał sobie sprawę z istniejącej wówczas relacji między literaturą i nie tyle władzą, co jej jakąś wypustką, którą jest polityka kulturalna. Był – chociaż nieco później – jeden z unikalnych wrażliwców w Komitecie Centralnym – Wincenty Kraśko, który autentycznie rozumiał, czym dla narodu jest kultura. To może wydawać się nie znaczącym, ale kiedy przychodził do redakcji „Kultury” – za redakcji Wilhelmiego – to zawsze najpierw witał się z poetami.

P.D.: Orientacja Poetycka „Hybrydy” ukonstytuowała się w 1960 roku. Jej powstanie było wynikiem zorganizowanych działań kulturotwórczych. Czy, wobec m.in. niewielkiej odległości czasowej dzielącej „Orientację” i „Współczesność”, słuszniej jest mówić o kolejnym pokoleniu, czy o grupie poetyckiej w ramach tego samego „Pokolenia Współczesności”?

Z.J.:. Według ścisłej kategorii Wykowskiej, aby istniało pokolenie, musi mieć miejsce przeżycie pokoleniowe. Trudno mówić, że w tym znaczeniu „Hybrydy” są pokoleniem. Ktoś powiedział o naszej grupie, że byliśmy za młodzi na październik, a za starzy na marzec. Ale w sensie poglądów estetycznych i wiążącego się z tym światopoglądu artystycznego, filozoficznego „Orientacja” wyrastała właściwie w opozycji do „Pokolenia 56”. To może zaprzecza moim wcześniejszym wypowiedziom, ale nie jestem pewien, czy w sensie Wykowskim istnieje także „Pokolenie Współczesności”. Istnieje kilku umarłych i nie istnieje kilku żywych.

P.D.: Powstanie „Orientacji” było więc pewną reakcją na istniejącą sytuację. Jakie były możliwości literackiego startu was nieco młodszych? W czym upatrywaliście swą odmienność?

Z.J.:. „Nowa Fala”, a szczególnie Barańczak w książce Nieufni i zadufani, zarzucała „Orientacji” brak bojowości artystycznej, brak samookreślenia, światopoglądu artystycznego. Rzeczywiście, w sensie towarzyskim i obyczajowym „Orientacja” współbrzmiała ze „Współczesnością”, w sensie biologicznym byli to nasi niewiele starsi bracia. Ale opozycja i inność „Orientacji” była poniekąd samorodna. To, co wypracowała „Orientacja” ukształtowało się nie poprzez walkę z poprzednikami, ale poprzez jakąś wiarę w posłannictwo sztuki, znaczenie jej integralności i samoistności, ale poprzez wiarę w to, że wystarczy wypracować doskonałe wzorce estetyczne, a to samo przez się zobiektywizuje się i stanie się wartością społeczną. To był bunt poprzez upór, nie poprzez flirt z rzeczywistością. Zarzut estetyzmu wobec „Orientacji” wydaje się zarzutem dość błędnym, bo dążenie do piękna jest wysiłkiem heroicznym artystycznie. Rezygnacja z dążenia do piękna w sztuce być może jest chorobą naszego wieku i wyrazem artystycznej bezsiły. Kto wie, czy wyrazem najwyższego buntu w sztuce jest nie przedrzeźnianie rzeczywistości, ale właśnie przeciwstawienie się jej tym heroicznym dążeniem do piękna.

   Wielu kolegów ze „Współczesności” i „Orientacji” wypowiadało się, że z dalszej perspektywy historyczno-literackiej granica między „Współczesnością” i „Orientacją” zatrze się, że te dwa ugrupowania będą jednym pokoleniem prezentującym dwa oblicza, dwa dążenia w światopoglądzie artystycznym i efektach estetycznych.

   Relacja między „Orientacją” i „Współczesnością” zaznaczyła się w poezji Stanisława Grochowiaka, który przez cały czas był turpistą, ale w ostatnim okresie docenił znaczenie piękna w sztuce.

P.D.: Można więc mówić o wzajemnych wpływach estetycznych i światopoglądowych poetów „Orientacji” i „Współczesności”...

Z.J.: Istniały te wpływy z dużą niekorzyścią dla „Orientacji”, ponieważ atuty miała „Współczesność” – organy prasowe, które wcześniej heroicznie opanowała. Mogła więc wchłaniać bezkarnie pewne osiągnięcia „Orientacji” nie tłumacząc się z tych wpływów. Zarzucano nam brak agresji, ale to było wynikiem jeszcze jednego faktu – „Orientacja” nie miała krytyki towarzyszącej. Przez bardzo krótki okres współbrzmiał z nami Piotr Kuncewicz i Janusz Sławiński, ale szybko się wycofali – a wszystkie wypowiedzi Andrzeja Waśkiewicza (książka „Modele i formuła”) to były próby podsumowania a nie wypowiedzi towarzyszące. A nasze wypowiedzi wyprane były z polemik, ponieważ były to wypowiedzi teoretyzujące i bardziej intymne, osobiste. Na przykład – ja w tym okresie, właśnie na łamach „Współczesności”, publikowałem szkice, sentencje o poezji, które nie miały walorów polemicznych, a tylko intencje docieczenia istoty poezji. Chociaż występował też pewien paradoks. Mimo pozorów zdecydowanej odrębności, opozycji estetycznej, zarówno „Współczesność”, jak i „Orientacja” dostrzegały duże walory filozoficzne i estetyczne – pomijając całe rozchełstanie epoki – w modernizmie. „Współczesność” przywoływała spóźnione nurty zachodniego egzystencjalizmu, także takich pisarzy jak Faulkner, Kafka... Poeci obu tych ugrupowań poruszeni byli tymi samymi lekturami, które po 56 roku zostały z opóźnieniem w Polsce odczytane. Przechodziliśmy więc tę samą edukację.

P.D.: Czy program artystyczny „Orientacji” nie był także pewną odpowiedzią na postulaty krytyki „Pokolenia Współczesności”?

Z.J.:. Jerzy Kwiatkowski, gdy wysłałem mu moją książkę „Coraz słodszy piołun”, napisał do mnie, żebym się nie gniewał, że krytyka się na razie nami nie zajmuje, ale on jest przekonany, iż jesteśmy mądrzejsi od pokolenia „Współczesności”, tylko trzeba na nas jeszcze poczekać.

P.D.: Stwierdziłeś, że „Orientacja” nie miała krytyki towarzyszącej, tzn. spełniającej wobec niej funkcję kreacyjną. Jak oceniasz wystąpienia krytyczne, recenzje, które były jakąś odpowiedzią także i na twoją twórczość?

Z.J.:. Jeśli odzywały się pojedyncze głosy, to raczej bywały prześmiewcze – chociaż mój pierwszy tom „Lokacje” przyjęto entuzjastycznie. Ale z perspektywy czasu nie napawa mnie to radością, bowiem mój entuzjazm poetycki był bardziej heroiczny od entuzjazmu krytyków.

P.D.: Czy to znaczy, iż uważasz, że opinie krytyków generalnie rozmijały się z twoim rozumieniem istoty i roli poezji?

Z.J.:. Nie jestem zupełnie sprawiedliwy. Słowa Arnolda Słuckiego o „Lokacjach” nie dały mi wtedy wiatru w żagle, ale poczułem, że jestem trochę rozumiany.

Krzysztof Mętrak – krytyk mądry, ale asekuracyjny – napisał o mojej poezji kilka uwag, które mnie zastanowiły i wydały się sprawiedliwe. Ryzykowne stwierdzenie Czaplejewicza, że tworzona przeze mnie poezja jest tzw. poezją czystą, wprawiło mnie w wielką dumę. Nie mogłem wówczas zdawać sobie sprawy, że za to będę najbardziej atakowany przez zaciekłych rycerzy „Nowej Fali”.

P.D.: Wróćmy jeszcze do Stanisława Grochowiaka. Jaki był jego stosunek do działań artystycznych i kulturowych Forum Poetów Hybrydy?

Z.J.:. Był stałym i niezwykle aktywnym uczestnikiem organizowanych przez Jurka Leszina sympozjów, seminariów, wieczorów autorskich, przeczuwał, że właśnie w „Orientacji” wyrastają poeci bliscy mu w rozumieniu poezji.

P.D.: Jakie wartości do dorobku literackiego, kulturowego powojennego 40-lecia wniosło „Pokolenie Współczesności”?

Z.J.:. W całym 40-leciu nie było poetów obdarzonych tak ogromną wrażliwością. To przypomina porewolucyjnych poetów rosyjskich. Tego nie dostrzegli dotknięci martwicą teoretycy „Nowej Fali”. Największą zasługą „Współczesności”, właściwie jej motorycznym instynktem – który, co jest zadziwiające, powodował właściwie wszystkimi pisarzami tego okresu, także działalnością STS-u i Bim-Bomu w Gdańsku – była artystyczna manifestacja istnienia jednostki, bunt przeciwko anonimowości człowieka, wtopienia go w masę, w kolektyw, co było charakterystyczne dla poprzedniego okresu. Był to, jak mi się wydaje, jedyny bunt tego pokolenia. Ono nie miało właściwie żadnych problemów społecznych; jeśli były, to powierzchowne. Tu nawet na miejscu jest zarzut Sandauera, że Grochowiak pił wódkę z władzą, chociaż ktoś mu mądrze odparował, że i Tuwim pił wódkę z władzą. Rzecz stała w zupełnie innym miejscu. To był właściwie bunt obyczajowy. Przyszło pokolenie o innej mentalności, drobnomieszczańskie, a jednocześnie nawiązujące do dobrych tradycji pozytywizmu... I cały paradoks tego pokolenia polegał na tym, że jego intencje teoretyczne kłóciły się z praktyką. I powtórzyło się dokładnie to samo kilkanaście lat później, gdy intencje „Nowej Fali” kłóciły się z jej praktyką poetycką... – To rozmijanie się teorii, intencji, haseł z praktyką jest właściwie paradoksem naszej literatury.

P.D.: Jak oceniasz wpływ doświadczeń „Pokolenia 56” i „Pokolenia 60” na świadomość artystyczną najmłodszego pokolenia poetów?

Z.J.:. Nie ma żadnego wpływu. Oni jakby wyłonili się z próżni. Przeczytałem niedawno wiersze nadesłane na ogólnopolski konkurs poetycki i jestem zdumiony, że młodzi poeci nie korzystają z doświadczeń poprzedników. Nie ma śladu tradycji. Jest tylko zapis świadomości; to nawet dziwne, że dość sprawnym językiem – chociaż powierzchownym.

Wydaje mi się, że niemożliwe jest pisanie, tworzenie literatury bez świadomości jej ciągłości. Właściwie występuje ciągle pewna opozycja między historią i kulturą. To się może wydawać dziwnym, ale uważam, że kultura ma wyżej podniesione czoło niż historia. I kto wie, co jest dla człowieka współczesnego ważniejsze – czy legenda Napoleona, czy słuchana współcześnie fuga Bacha?

Rozmawiał: Piotr Dumin

 

Pierwodruk „Nowe Książki” nr 7/8, 1986 r.

Piotr Dumin ,„Poezja jest podarunkiem natury...”, Rozmowy z, Toruń 2008, Wydawnictwo Adam Marszałek

 

Pin It