W sztucznym cieniu

Z Markiem Sołtysikiem rozmawia Andrzej Śnioszek

 

soltysik marek 9242 2

Wiosna 2016 r. Marek Sołtysik na dziedzińcu XVII-wiecznej poklasztornej kamienicy na styku Kazimierza i Krakowa. Przed czterdziestu latu w pracowni na piętrze (widać rower) malował tam obrazy i w ciągu roku napisał powieść "Domiar złego". (Fot. Marek Bałata).

 

 

Jako prozaik debiutował Pan w połowie lat 70. Czy można powiedzieć, że ktoś wprowadzał Pana do literatury? Mam na myśli mentora, mentorów.

Michał Sprusiński. Każdemu młodemu pisarzowi życzyłbym takiej przygody. To jednak długa historia. Pierwszą powieść, Aż do odejścia nocy, skończyłem pisać jesienią 1972 roku. Była to rzecz odrealniona w sensie scenerii (podobnie kilka następnych). Pisali potem, że oniryczna. Za mistrzów miałem klasyków: Dostojewskiego, Tomasza Manna, Meyrinka, Schnitzlera, Kafkę, Gombrowicza, Choromańskiego, trochę Schulza. Inspiracją, więcej, potrzebą napisania powieści były dotkliwe, głównie duchowe przeżycia osobiste. Nie obchodziły mnie manifesty głośnych, o parę lat starszych kolegów. Lokowałem się z dala od koniunktury, absolwent Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych, student Akademii Sztuk Pięknych. Nie przeszkadzałem kolegom ze środowiska do momentu, kiedy – autor publikowanych wierszy i emitowanego słuchowiska radiowego – zaniosłem tekst do Wydawnictwa Literackiego. Otrzymałem odmowę z koślawo zrobioną, stronniczą recenzją, napisana przez studenta polonistyki, młodego wówczas poetę z pewnej już zaistniałej grupy. Porozmawiałem z tym człowiekiem, wykazałem mu, punkt po punkcie, kuriozalne błędy w rozumowaniu, jego bandyckie metody „recenzenckiego” działania w myśl transparentu „nasze na wierzchu, ciebie zatapiamy”. Wiedziałem, że w Krakowie, pilnowanym przez grupę piewców przedstawiania świata dotąd nie przedstawionego, szkoda czasu na szukanie niehisterycznej oceny dzieła. Wcześniej, przez znajomych ludzi kultury niekoniecznie oficjalnej, maszynopis mojej powieści trafił do autentysty Jana Bolesława Ożoga. Poeta i prozaik nie szczędził superlatywów, wskazywał na oryginalność i dojrzałość powieści. Działo się to w zamkniętym gronie twórców średniego pokolenia, głównie artystów plastyków, muzyków. Obecni na tym zebraniu towarzyskim pomogli mi skontaktować się z doktorem Michałem Sprusińskim, poetą i krytykiem, autorem wydanej drukiem pracy o Juliuszu Kadenie Bandrowskim (doktorat i chyba asystentura u Kazimierza Wyki). Sprusiński, krakowianin, mieszkał w Warszawie i był nowym redaktorem naczelnym Spółdzielni Wydawniczej „Czytelnik”. Zachwycił się przesłaną mu moją debiutancką powieścią i telegraficznie zaprosił mnie do Warszawy. „Czytelnik” opłacał eskapady (bo i kilkakrotnie gościłem u niego, starszego ode mnie o dziesięć lat, w „Czytelniku)”. Sprusiński poznawał mnie z ludźmi z towarzystwa, z pisarzami i reżyserami, jedną z nocnych eskapad zakończyliśmy w mieszkaniu wdowy po Tadeuszu Brezie (Sprusiński z papierów wydawał przedwojenną Zawiść). Zamiast jednak włączyć Aż do odejścia nocy do planów wydawniczych Sprusiński oznajmiając, że niebawem będzie rozpisany konkurs na debiut powieściowy, dał mi do zrozumienia, że ma pewność wygranej mojej powieści: otrzymam nagrodę, a książka będzie wydana szybko i z rozgłosem. Mam ją wysłać nie z Krakowa, lecz z prowincjonalnej poczty (oczywiście pod godłem), bo „Kraków, wie pan…”. Gra miała być czysta, Sprusiński od momentu ogłoszenia konkursu do jego rozstrzygnięcia przebywał na stypendium w Stanach Zjednoczonych. Z domu akademickiego przeniosłem się do poklasztornej kamienicy w cieniu gotyckiego kościoła św. Katarzyny i z widokiem na Skałkę. Tam, w osobnym pokoju w mieszkaniu alpinisty (głównie na wyprawach) przez cały rok pisałem nową, trzecią powieść. Domiar złego. I tę, a nie Aż do odejścia nocy, posłałem na konkurs „Czytelnika”. Tymczasem wybierałem się przez ponad pół roku do redakcji „Życia Literackiego”, gdzie miałem być przez Sprusińskiego polecony jako obiecujący prozaik Stefanowi Otwinowskiemu, szefowi działu prozy. Poszedłem wreszcie (był deszcz) z fragmentem drugiej powieści Fanty (tytuł rozdziału Kłęby). Otwinowski prosił, żebym usiadł, przeczytał przy mnie i zapewnił, że natychmiast skieruje prozę do druku. Myślałem, że znakomity pisarz mnie zwodzi. Tekst ukazał się błyskawicznie, bo po dwóch tygodniach.

Sprusiński sam nazywał się akuszerem moich powieści. Wydawało mi się, że po trzeciej nagrodzie dla Domiaru złego i po pewnym sukcesie pięknie wydanej w „Czytelniku” drugiej powieści Sztuczne ruiny był ze mnie dumny. Stosunki jednak trochę się rozluźniały. Odprowadzałem jego szczątki, wraz z grupą warszawskich wydawców i pisarzy, na cmentarz Salwatorski w Krakowie. Zmarł tragicznie w Grecji podczas zjazdu tłumaczy; miał spaść na kamieniste zbocze, pośliznąwszy się na molo… Właściwy debiut, Aż do odejścia nocy, wydałem w 1988 roku, jako chyba dziesiątą książkę. Powieść – może nazbyt przez siebie samego wygładzoną po latach – wydałem z dedykacją: „Pamięci Michała Sprusińskiego”.

Potem Iredyński. Bliscy sobie i z tajemnicą. To chyba była przyjaźń. Ale pomógł mi w lutym 1977, kiedy anonimowa notka w warszawskiej „Kulturze” miała zdyskredytować moją debiutancką powieść. Iredyński w następnym numerze „Kultury” wydrukował swój zdecydowany sprzeciw. Po czym w kilku zdaniach wypunktował wyjątkowe zalety Domiaru złego. (Raz jeden wtedy odstąpił od zasady, którą było niewypowiadanie się o twórczości kolegów).

W gazetach z przełomu lat 70. i 80. XX w. roiło się od dyskusji o tzw. młodej prozie. Pańskie nazwisko występuje w nich wielokrotnie. Po latach trudno zrekonstruować panujące wówczas zamieszanie terminologiczne. „Proza młodych”, „nowa proza”, „rewolucja artystyczna w prozie” – czy któraś z tych kategorii, dziś niekiedy utożsamianych, była Panu szczególnie bliska?

Proszę sobie wyobrazić, że żadna z kategorii nie była mi bliska. Uważałem – i nic się do tej pory tu nie zmieniło – że prozaik, powieściopisarz jest tylko wtedy coś wart, kiedy pracuje w izolacji. W końcu miedzy innymi po to się pisze, żeby się wydostać z tego gara. A krytyka, w ogóle polityka kulturalna, chciała nas widzieć we wspólnej zupie. Był taki, chyba dobry, ładnie wydawany tygodnik „Perspektywy”. Na okładce znaleźli się Krystyna Kofta, Andrzej Pastuszek i ja. W środku znów zdjęcia i ogromny wywiad, który z nami przeprowadził Tadeusz Fredro-Boniecki. Wytłuszczony fragment rozmowy: „Łączy nas tylko ta wspólna fotografia”. Wymowne.

Andrzej Pastuszek (wracałem z tej dyskusji samolotem do Krakowa, miałem spotkanie autorskie w Klubie pod Jaszczurami, Pastuszek spontanicznie zabrał się ze mną, fajny chłopak, w samolocie zdołał pozytywnie oszołomić młodą aktorkę, dłużej dla niej zabawił w Krakowie), Pastuszek więc był noszony na rękach. We wszystkich dobrych czasopismach jego opowiadania. Drugie wydania książek. Wyjechał do Stanów. Kiedy wrócił, czy może przygotowywał się do powrotu, na powitanie wydał grubą nową książkę (Gra w piekło, PIW, 2000). I co? I krytyka – jak jeden mąż, jak jedna żona – zdruzgotała tę powieść, zmieszała autora z błotem. Czy książka była gorsza od dotychczasowych utworów patrzącego ciepło na człowieka autora, czy nie było już miejsca dla Andrzej Pastuszka? Dość, że środowisku udało się skłonić go do milczenia. Trzeba było poupychać w literaturze nowych. Nazwisk nie podam, bo większość z nich poszła w niepamięć.

Nie chodzi tu tylko o licznych uczestników rewolucji artystycznej w prozie polskiej, ale także o prozaików, jak by to rzec, mainstreamowych. Zastępców tych, których trzeba było się pozbyć chyba tylko dlatego, że zaczynali w czasach niesłusznych. Taki trend. Taki zakręt. Na poprzednich zakrętach było inaczej. Grube ryby prozy socrealistycznej wpłynęły w 1956 w nurt oficjalnie kochanych, a dalej do podręczników i na biurka tłumaczy.

Jan Komolka (zwycięzca naszego pamiętnego konkursu „Czytelnika”) wycofał się z życia literackiego, na pewno były i inne powody poza politycznymi, ale ich nie znam; Józef Łoziński spróbował pisać inaczej (rodzaj satyry politycznej) i, jak się wydaje, zamilkł. Ci autorzy po pierwszych spektakularnych zwycięstwach nie uzyskali aplauzu. Młodo zmarł Zbigniew Belina-Brzozowski. Jacek Natanson spokojnie, bez sukcesów, pisał aż do śmierci. Maria Bujańska, autorka tomu subtelnych opowiadań Pełzając, nie wytrzymała brutalnych ataków krytycznych, zainicjowanych przez realistę niemogącego znieść pewnej inności spojrzenia na świat kogoś, kto wyszedł z krakowskiego domu przepełnionego kulturą. Skończyło się tragedią. Śladu napaści nie ma, bo nikt raczej nie stenografował (i chyba nie nagrywał) publicznych dyskusji podczas seminarium młodych pisarzy w Polańczyku.

Czy w Pańskiej opinii młodych prozaików lat 70. da się nazwać pokoleniem?

Chyba że chodzi o pokolenie tych prozaików, którzy z niewiadomych powodów mieli po roku 1989 przestać istnieć na mapie literatury. Otóż to: pokoleniu nie dano szansy stać się pokoleniem.

Jedną z kluczowych postaci literatury drugiej połowy XX wieku był Henryk Bereza. Odegrał bardzo ważną rolę w kształtowaniu życia literackiego interesujących nas dekad. Jak go Pan zapamiętał?

Tu i ówdzie wspominałem Henryka Berezę, m. in. w refleksjach z lektury Dziennika podróży na Ocolorę Rajmunda Kalickiego („Twórczość” 2018, nr 5, s. 133-139). Pamiętam go jako sympatycznego pana o ciepłym, głębokim spojrzeniu. Należał mu się szacunek za to, co pisał o literaturze w latach 60. XX w. Intrygował jako postać z legendy, przyjaciel Hłaski. Drażnił, a nawet wręcz obrażał powierzchowną autorytatywnością sądu (w rozmowie ze mną lekceważący stosunek do twórczości Mariana Promińskiego). Nie tylko ja miałem wrażenie, że od roku 1979 przeszedł na ilość i lansował miernoty, nie przebierając. Wielu tzw. pisarzom „czołowym przedstawicielom postmodernizmu” odebrał szanse twórczego rozwoju, zagłaskując ich swymi ocenami i publikacjami w „Twórczości”, piśmie, którego łamy służyły wcześniej prezentacji literatury wysokiego lotu (wyśmiałby mnie Bereza za użycie tego sformułowania). To nie było miejsce dla eksperymentów i dla efemerycznych wielkości – a stało się „za Berezy” takim miejscem. W samej „Twórczości” Bereza ze swym programem nie był akceptowany przez większość zespołu. Należy więc podziwiać jego potęgę organizatorską. Skrzyknął niemałą grupę młodych krytyków, którzy mu sprzyjali. Ostatnie spotkanie po kilkunastu latach (wcześniej starał się udawać, że mnie nie dostrzega), jesienią 2006 roku na raucie „Świata Książki”: staliśmy na środku rozmawiając przez co najmniej dwadzieścia minut (wokół m. in. Janusz Głowacki, Zdzisław Pietrasik, Leszek Bugajski, Piotr Wojciechowski, z boku Jerzy Pilch). Rozmawialiśmy spokojnie, bez śladu animozji, pomyślałem, że Bereza jest człowiekiem już tak wysoko postawionym w hierarchii nie tyle krytycznoliterackiej, ile decydenckiej, że jakieś moje wcześniejsze publikacje podważające jego działalność krytyczną nie są w stanie go dotknąć. I myślałem tak do momentu, gdy żegnając się ze mną spytał, jak miewa się za granicą moja żona. Otóż albo wziął mnie za kogoś innego (za prozaika, męża poetki), albo to był z jego strony wyrafinowany żart, jednocześnie zasłona dymna. Tak zapamiętałem Henryka Berezę.

W przypadku wielu autorów tamtego (i nie tylko) czasu można mówić o głębokiej więzi, przyjaźni z Berezą. Na ogół początkiem takich więzi były nadsyłane lub w inny sposób ofiarowane Berezie maszynopisy. Droga wiodła więc od literatury do często metafizycznej bliskości. Czy Pan również wysyłał krytykowi swoje teksty?

Nie dostarczałem żadnych moich tekstów Henrykowi Berezie.

Jak po latach wspomina Pan atmosferę schyłku epoki Gierka, rozkwitu drugiego obiegu? Wobec pisarzy stroniących od komentowania (politycznej) rzeczywistości (a wydawanych w obiegu oficjalnym) ukuto nieprzychylny termin „socparnasizm”. Bronisław Maj wymieniał Pana – obok m. in. Donata Kirscha – wśród „martwych dusz”.

Dziwny czyn Bronisława Maja, wówczas początkującego poety, to rzecz bez precedensu w stosunkach między pisarzami. Byłem tego świadkiem (moje imieniny, pamiętam datę). 25 kwietnia 1978 roku w siedzibie ZLP, przedstawiony z uznaniem przez poetkę i I sekretarza POP PZPR w Polskim Radio, Krystynę Szlagę, ten młody człowiek z Koła Młodych z szyderczym uśmieszkiem wygłosił druzgocący pamflet na powieść moją i Kirscha, drukowany potem w „Nowym Wyrazie”. Nie podobała mu się taka formuła powieści zwolnionej od obowiązków publicystycznych – jego rzecz. Ale potępiać – kpiąco i nienawistnie – bardzo dobrze napisane utwory, nagrodzone przez wybitnych pisarzy i krytyków? Jakie były mechanizmy tego uderzenia nie fair play, można sobie najwyżej wyobrażać; można także dojść po nitce do kłębka. Ale po co. Faktem jest, że początkujący poeta, uderzając w kolegów, którzy już zaistnieli w życiu literackim (miałem dwie wydane książki, trzecią w druku, publikacje – także wierszy – w „Twórczości”) utorował sobie drogę… i ławeczkę z tabliczką ze swoim nazwiskiem na krakowskich Plantach. Minęły dwa lata i nadszedł czas zdejmowania masek.

Jak Pan ocenia prozę publikowaną przez dzisiejszych młodych? Czy dostrzega Pan wybitne talenty?

Miło mi, bo Pan pierwszy mnie o to pyta. Młodych do tego stopnia nie interesowało moje zdanie na ten temat, że stopniowo przestaję ich czytać. Im nie trzeba mnie znać; mają wytyczne, wiedzą więc, kogo znać warto. Zdaję sobie sprawę, co znaczy uparte lansowanie, propaganda (zresztą wydawcy nie ukrywają, że ich upór i stosunki doprowadziły na wyżyny nie artyzmu, nie talentu, lecz na wyżyny popularności wielu nie bardzo tego wartych autorów). Wolę w czasopismach czytać utwory młodych i młodszych może niedoszlifowane, ale autentyczne, pisane z żarem i z talentem, niż stykać się z efektem pracy legionu redaktorów i korektorów w postaci opasłych tomów wydawanych w oficynach, z których świetności pozostała wyłącznie nazwa.

Czy utrzymuje Pan kontakty z debiutantami lat 70.? Czy przetrwały zadzierzgnięte wówczas znajomości?

Każdy z nas poszedł własną drogą. Mam wrażenie, że to naturalny objaw w przypadku ludzi uprawiających zawód prozaika, nader skomplikowany i wymagający swoistej precyzji, niemożliwej do uzyskania w grupie.

Z Markiem Harnym spotkaliśmy się po latach w jednej redakcji. Po odgórnym zlikwidowaniu „Życia Literackiego” (gdzie redagowałem przez 11 lat) i oddolnym rozbiciu dyrekcji TV Kraków (wyrzuceniu mnie z funkcji głównego scenarzysty w ślad za dyrektorem Kazimierzem Kutzem) znalazłem się na lodzie. Rozpoczęła się harówa dziennikarska. Z Markiem Harnym (szefem działu kultury) lata całe redagowaliśmy dodatki weekendowe w „Gazecie Krakowskiej”. Napisałem w ciągu pięciu lat około tysiąca tekstów, o ilustracjach nie wspominając. O naszej prozie nie rozmawialiśmy. Ona się pisała w nas i w zaciszu. Marek Harny (debiut Unieś mnie, wielki ptaku, 1975) jest dziś poczytnym autorem kryminałów.

Oglądając na YouTube filmik prezentujący Janusza Andermana, zauważyłem z przyjemnością, że mówiący o sobie mój miły kolega z dawnych lat ma za plecami bardzo dobrze widoczny grzbiet Domiaru złego, mojej pierwszej wydanej książki. O, jak to połechtało moja próżność!

 

 

Pin It