Andrzej Walter

 

Jak odbić się od dna

 

o kulturze i rewolucji   Znając retorykę oponentów od razu, na samym początku muszę zastrzec – nie mam nic do Unii Europejskiej, ani też do naszego, oczywistego, uczestnictwa w tej potrzebnej instytucji. Czy ktoś chce, czy nie chce, jesteśmy integralną częścią Europy i tak jest, było i być powinno.

   Pytaniem, a może kwestią, o wiele ciekawszą jest nasza, nazwijmy to: relacja z Zachodem, tudzież samo pojęcie Zachodu, jego dziedzictwo, kulturowa treść i konotacje z tym związane. Sięgnąłem ostatnio po dwie pozycje książkowe rozważające między innymi wyżej przedstawione kwestie. Obydwie arcyciekawe i dające do myślenia.

 

   Pierwszą z nich jest wybór esejów Bronisława Wildsteina „O kulturze i rewolucji” (Państwowy Instytut Wydawniczy, 2018, Warszawa), drugą bestseller New York Times’a autorstwa Roda Drehera „Opcja Benedykta. Jak przetrwać czas neopogaństwa” (Wydawnictwo AA, Kraków, 2018).

   Przerażające to książki. Zatrważające są wnioski jakie kształtują się w myślach człowieka po ich lekturze. Zastanawiamy się czy to, co widzimy za oknem, czy nasze doświadczanie świata jakoś koreluje, czy pokrywa się z trafnymi obserwacjami tego świata przez autorów tych pozycji na rynku wydawniczym. Wypada to różnie, gdyż my żyjemy w Polsce. W Polsce, czyli ponoć ... nigdzie. Surrealistyczna historia słynnego Króla Ubu ma już, było, nie było, ponad sto dwadzieścia lat. Alfred Jarry miał rzecz jasna coś innego na myśli, ale hasło jakoś tak dobrze przylgnęło.

   W Polsce czyli nigdzie jest, jak się okazuje jeszcze w miarę normalnie. Zachód z kolei zdycha. Zachód najzwyczajniej w świecie po prostu tonie. Jego utopijny lewicowo-liberalny majak realizuje się na naszych oczach i system nań zbudowany wykazuje cechy totalitaryzmu, skonfrontowany obecnie z ideologią islamu, co przynosi nam kolejne rajdy szaleńców mordujących tłumy w ten czy inny sposób. Zachodnie ulice, skwery czy place wypełniły się żołnierzami z potężnymi karabinami, a przestrzeń przymknięto betonowymi zaporami. Poczucie klaustrofobii wzmacnia się w każdym miejscu turystyczno-historycznym i utrwala kiedy się uważnie rozglądamy. Tak, Szanowni Państwo, Zachód zbudował sobie luksusowe więzienie, złotą klatkę, do której i nas zaprosił, i wciąż (za odpowiednią opłatą) zaprasza. Gińmy razem.

   Bronisław Wildstein trafnie zauważa, że Zachód realizuje swoistą ideologiczną oraz światopoglądową rewolucję.

   „Każda rewolucja, w tym i ta realizowana obecnie na Zachodzie, jest niszczeniem. Z zasadniczej przyczyny – rewolucja z definicji jest przejawem ambicji stworzenia świata na nowo, a człowiek nie potrafi tego uczynić. Świat stwarza jedynie Bóg albo natura, jak ktoś chce go inaczej nazwać. Jeśli uważamy, że możemy go w tym zastąpić, to jest to przejaw skrajnej pychy”.

   I znamienne, zestawmy te słowa, przyznajmy – trafnie i mądrze ujmujące temat postępu według lewicowego liberalizmu – ze słowami Josepha Ratzingera wypowiedzianymi nomen omen, aż blisko pięćdziesiąt lat temu:

(to słowa, dziś już nazwane proroctwem Ratzingera, wygłoszone przez bawarskiego teologa na zakończenie cyklu konferencji przygotowywanych dla Radia Hesja)

„Kościół czeka poważny kryzys, który drastycznie ograniczy liczbę wiernych i jego wpływy. Z tego kryzysu wyłoni się Kościół jutra, Kościół, który stracił bardzo wiele. Będzie niewielki i będzie musiał zacząć od nowa, mniej więcej od początku. Nie będzie już w stanie zajmować wielu budowli, które wzniósł czasach pomyślności. Ponieważ liczba jego zwolenników zmaleje, więc straci wiele ze swoich przywilejów społecznych... Kościół będzie wspólnotą bardziej uduchowioną, nie wykorzystującą mandatu politycznego, nie flirtującą ani z lewicą, ani z prawicą. To sprawi, że stanie się ubogi i będzie Kościołem cichych...

 

W totalnie zaplanowanym świecie ludzie będą strasznie samotni. Uświadomią sobie, że ich egzystencja oznacza nieopisaną samotność, a zdając sobie sprawę z utraty pola widzenia, odczują grozę własnej nędzy. Wtedy - i dopiero wtedy – w małej owczarni wierzących odkryją coś zupełnie nowego, nadzieję dla siebie, odpowiedź, której zawsze szukali.

 

   Benedykt XVI powtórzył niejako tezę tego dawnego już własnego proroctwa rok temu, kiedy na pogrzebie kardynała Joachima Meissnera, 15 lipca 2017 r, powiedział:

   „Bóg nie opuści swojego Kościoła, nawet teraz, gdy łódź nabrała wody i jest na skraju zatopienia...”

   Otóż to... Zachód, Kościół i łódź – nabrały już wody i są na skraju zatopienia... Dlaczego tak niefrasobliwie łączę Kościół i Zachód? Zachód bowiem powstał i ukształtował się na myśli judeochrześcijańskiej czy tego chce, czy nie, czy mu się to podoba, czy nie, czy będzie to z kart historii wymazywał, czy nie. Wszelkie działania lewactwa anno domini 1968 z tamtej części świata mające na celu zanegowanie chrześcijańskich korzeni Zachodu są bezmyślne i infantylne. Są śmieszne. Są też jednak skuteczne. Coraz mniej ludzi interesuje historia, interesuje skąd się wzięli, skąd przyszli i dokąd idą. Ta rewolucja działa. I jak już wspomniałem – tam – dzieje się na naszych oczach. Nie wszyscy chcą to dostrzec i zrozumieć.

   Skupmy się na dwóch aspektach przytoczonych słów. Na ludzkiej pysze oraz na ludzkiej samotności. Totalitaryzm tego świata przejawia się właśnie w tych dwóch wymiarach. To są, zdawałoby się, cechy właściwe współczesności. Kompulsywna żądza przekraczania tabu oraz pustka z tego wynikająca.

  

   Pycha, jak to pycha. Stara jak świat i jak gdyby od wieków oraz z natury przypisana człowiekowi i jego właściwościom. Pyszni dążą do władzy, a władza klei się do pysznych i wytwarzają wspólnie kontredans uzupełnień. Doszły do nich (do pychy i władzy): udoskonalenie narzędzi marksizmu, powszechna emancypacja wyzwalająca z ograniczeń kultury niszcząca wspólnoty i tożsamości oraz całkowite pozbawienie się wszelakich przejawów roztropności. Społeczeństwa zostały zatem skutecznie rozbite i zdywersyfikowane na osamotnione monady. Monady, dodajmy, spętane niewolniczo wielorakimi ograniczeniami sankcjonowanymi już nawet prawnie, wedle „roztropności” – czasami większości, a czasami też i mniejszości w ramach fałszywie pojmowanej tolerancji. W ramach poprawności światopoglądowej sens tak zwanej demokracji dawno legł już w gruzy. W tej optyce drugi czynnik, a właściwie drugi efekt tych procesowych przemian staje się obserwacyjnie fascynujący. A jest nim ludzka samotność.

   Wedle mojej teorii, w dzisiejszej sztuce główny motor napędowy wszelkiej kreacji oraz motywów twórczych.

   Zrozumienie, obłaskawienie i przyjęcie owej samotności w wymiarze zarówno prywatnym, jak i społecznym, to siła napędowa współczesnego artysty. To geneza i pierwotne podłoże każdego prawie dzieła – od obrazu począwszy, a na wierszu skończywszy. Jednostka wobec całej tej machiny pozornego unowocześnienia świata oraz jednostka wobec fabryki śmierci. Fabryki na wskroś nowoczesnej. Choć tę śmierć zbanalizowano ponad miarę. Współczesna sztuka albo kłania się komercji i proponuje masową papkę w stylu popcorn dla mas, albo też czeka na Godota, który jak wiadomo – nie nadejdzie. Dodajmy, że sztuka, nawet w wymiarze abstrakcji odwzorowuje mechanizmy rytmu, powtarzalności, nachalnego wtłaczania w taśmociąg jednostajnego pulsu zunifikowanego systemu, z którego ciężko się wyzwolić.

   Dochodzi do tego narastający chaos, uwznioślenie określenia, że wszystko już było, kalkomania reprodukcji oraz powielania, wynaturzenie jako duch sprawczy oraz obnażanie wszelkiej godności ludzkiej jako inspiracje. Ta współczesna magma zatraciła wszelkie drogowskazy, kierunki, kanony estetyki i zmierza donikąd pławiąc się sama sobą. Relacja autora i widza rozeszła się donikąd, a widz może tylko potwierdzić sukces autora w wymiarze aktu kupna jednostki sztuki i tak tworzyć wizerunek arcymistrza. Na piedestał wynosi się tylko kogoś silnego medialnie, silnego zapleczem lobbystycznym oraz wszelkimi koneksjami, powiązaniami czy poparciami. Uzyskaliśmy tygiel nierozplątanych ścieżek dochodzenia do sukcesu, a ich odkrywanie prowadzi do frustracji, zażenowania oraz upadku nadziei, że szczerość i świeżość artystyczna mają dziś w ogóle jakiś sens.

   W efekcie, my, artyści, tworzymy jakieś nisze i antypody kreacji również podatne na wszelki koniunkturalizm, nepotyzm i działania niewidzialnych (acz odkrywalnych) praw rynku i sprowadzamy nasze działania do przeliczania na z góry zaplanowane efekty i skutki, a to prowadzi siłą rzeczy do jawnego bądź ukrytego morderstwa na prawdzie, pięknie oraz pasji, a w konsekwencji wkrada się w nasze działania artystyczne fałsz, wyrachowanie oraz ... no, niestety komercja. Nawet podskórna.

   Ten obraz nędzy i rozpaczy nie jest pełen. Rozproszyły się bowiem jednostki, które nie chcą temu ulec. I nadal one są i funkcjonują. Łódź tonie, orkiestra gra, lodowaty ocean wokoło, a nasza egzystencja wciąż utrzymuje się na powierzchni prawa głosu. Tyle, że jest głos rzucany w próżnię.

   Ktoś zapyta, a co ma do tego Wildsteinowy totalitaryzm oraz proroctwa Ratzingera? Bardzo wiele, gdyż sztuka zawsze jest, była i będzie wyrazem i wypadkową ducha czasów, a określenie, zdefiniowanie oraz pojęcie natury tychże czasów jest jakby obowiązkiem dzisiejszego artysty. Tworzenie konfekcji wpisuje się bowiem li tylko w masowość i komercję, nawet jeśli nie odniosło sukcesu będąc źle sprzedanym półproduktem.

   Wszystkie te wyżej poczynione obserwacje sprowadzają się do pewnego połączenia w ramach podsumowań i konkluzji. Widz staje się mało wymagający. Wcześniej jednak ulega manipulacji, dezorientacji i propagandowym tubom medialnie kształtowanym gustom, że Kowalski czy Nowak „wielkimi artystami są” i nagle Gombrowicz nam się kłania w pełnej rozciągłości, a do tego śmieje się z nas zza grobu jak można było aż tak nisko upaść.

   Jednak - znów – to nie koniec. To nie wszystko. Otóż druga strona, znaczy się artyści również ulegają atmosferze ogólnej i poczynają wdzięczyć się ku mediom, ku tanim gustom i niskim instynktom oraz hucpie pospolitej udając i konfabulując: byle mocniej, byle silniej, byle poszerzyć krąg widzów, czy inaczej umownie nazywanych tu odbiorców. Wszystko to powoduje, że piękno, prawdziwe piękno, szczere wzruszenie, realny zachwyt – to wszystko umiera na ołtarzach współczesnych igrzysk, które stają się szaleństwem próżności.

   Ktoś powie, banały, stały, znany już: stąd i stamtąd lament. Ja odpowiem. Lamentu nigdy dość. Jeśli zasadzi się choćby jedno ziarno, to można i tak domniemywać, że zaszła „zmiana świata”. Warto też przy okazji wzruszania ramion mimo wszystko ujrzeć wreszcie skalę zjawiska. Techniczne możliwości wywołały lawinę. Stąd ciemne wizje katastrofy.

   Zapewniam Was, że dziś większość artystów prowadzi tego typu dyskurs w kuluarach wernisaży, wydarzeń czy wieczorów sztuk, aż wreszcie we własnej, wewnętrznej komunikacji i korespondencji. Jeden z moich artystycznych przyjaciół po wstępnej lekturze tego tekstu ujął problem tak:

Przeczytałem ten tekst. No cóż, trudno się nie zgodzić z Wildsteinem i z istnieniem miękkiego totalitaryzmu na Zachodzie, o czym piszesz. Jest to równia pochyła i jestem przekonany, że zaślepienie przywódców Zachodu, chęć utrzymania przywilejów przez kastę polityczno-urzędniczą oraz ich arogancja i megalomania doprowadzą albo do upadku Zachodu, albo do rewolty i odnowy - co jest mniej prawdopodobne, bo syci i tępi nie protestują. Z kolei wizja Ratzingera wydaje mi się optymistyczna - odnowa kościoła wydaje się niezbędna, podobnie jak nieflirtowanie z opcjami politycznymi, czyli pozostaje skupienie się na warstwie duchowej - a to jest, a raczej powinna być, istota każdego kościoła.

Jak będzie, tego ostatecznie nie wiemy, wiemy tylko, że będzie ciekawie. Ja obstawiam wizję Huxleyowską, z "Nowego, wspaniałego świata", która jest mi o tyle obojętna, że powoli sam się przenoszę do opisywanego przez niego Rezerwatu, co pozwala mi zachować spokój i - ostatecznie - optymizm. Znalazłem swoją enklawę, zamknąłem się w eremie, otoczyłem ogrodem, lasem i łąkami, i dobrze mi z tym. Dlatego też, z perspektywy pustelnika, może nawet filozofa, nie widzę sensu walki. Próbowałem, próbowali przede mna, będą próbować inni, ale dziejowej konieczności i pochodu marksizmu nie zatrzymają. Nie wyszło im z Rosją w 1918, za to wyjdzie im z Zachodem. Już wychodzi. Wystarczyło zmienić metody - syty niewolnik nie odczuwa swojego położenia jako dyskomfortu i upodlenia, ba, wydaje mu się, że ma narzędzia, którymi może wpływać na swoje położenie i decydować, jak np. wybory parlamentarne, demokracja itp. bzdury. Coś jak krowa na pastwisku, której się wydaje, że jest wolna na tej łące, gdzie skubie co chce i jest tak pięknie, że zapomina o łańcuchu, kolczyku w uchu i o właścicielu, który przyjdzie, zagoni kijem do obory, wydoi, a na koniec i tak odda do rzeźni, gdy okaże się nieproduktywna.”

   Nie będę Wam wyjawiał danych personalnych Autora, w każdym razie ma słuszność. I co charakterystyczne, każdy z nas (w tej swojej „słuszności” – jako panaceum, swoistą terapię, czy też choćby wentyl bezpieczeństwa – wybiera swoją formę, czy też odmianę „emigracji wewnętrzno-zewnętrznej”. Tworzymy sobie własne światy, samotnie, eremy, enklawy, wyrzucamy media – prasy, telewizory, nawet radia, ale ... no cóż, kontakt ze światem zachowujemy, a ten, że tak to ujmę... sączy swoją zarazę. Nawet w niewielkiej ilości, ale jednak.

   Tak oto dożyliśmy skumulowanego czasu barbarzyńców. Czasu, w którym dno uczyniło niewidzialnym. Teraz już się tylko ... można odbić od tego dna. Tylko zapytam na koniec – czy będziemy mieć jeszcze na to siłę?

Andrzej Walter

 

Pin It