ELŻBIETA MUSIAŁ o MARKU PIEKARCZYKU i książce „Zwierzenia kontestatora”

Jest swoją historią

 

zwierzenia kontestatoraPatrzy na mnie twarz z okładki. Męska twarz. Twarz naznaczona. Jest w niej ból i rozumienie, pogodzenie i zamyślenie. Jakiś bezmiar, może nieskończoność. W tej głębi można się zatopić, wiele z niej wyczytać – niesie własną historię. „Jezus z Bochni” – nie dziwię się, że tak nazwano Marka Piekarczyka.

Zdjęcie na froncie okładki wykonała Katarzyna Rogalska-Piekarczyk, kochająca i kochana żona wokalisty. To bardzo mocny atut świetnie wydanej książki „Zwierzenia kontestatora” i zapowiedź 450-stronicowego wywiadu-rzeki, który się połyka. Sporą przyjemność sprawia obcowanie z wewnętrznym kosmosem Marka Piekarczyka. Podzielił się z nami swoim światem, odkrył karty, pokazał zasady, którym hołduje, postawy, które go budują. Zabrał siebie i nas w mentalną podróż nawet do lat swojego dzieciństwa. Mimo wielości zebranych obrazów, dygresji, przywołań, wskrzeszeń i wynurzeń trudno jest tak jednoznacznie określić jego pełną osobliwości postać, wymyka się zaszufladkowaniu. Pozostańmy zatem przy stwierdzeniu: OSOBOWOŚĆ.

 

Marek Piekarczyk swoją odmiennością łamał stereotypy od zawsze. I nie chodzi przecież o długie włosy, które kiedyś zamykały przed nim wiele drzwi, ale przede wszystkim o wierność swoim ideałom i odwagę, z jaką mówił i mówi o swoich przekonaniach. Bez wątpienia bezkompromisowa postawa nie prostowała mu życiowych ścieżek. W zamian doświadczał zarówno trudów życia, jak i bycia na szczycie.

Powiedzieć o nim wokalista TSA to tak, jakby ograniczyć się do jednej jego artystycznej odsłony, acz bardzo znaczącej, może nawet fundamentalnej, bo przyniosła mu ogólnopolski rozgłos. Ale tych odsłon Marek Piekarczyk ma wiele. Pokazał się już jako aktor w rock-operze „Jesus Christ Superstar”, a tam zagrał kluczową rolę Jezusa (około 300 przedstawień od 1986), potem w spektaklach słowno-muzycznych „Klenczon – poemat rockowy” i „Kazania świętokrzyskie” (od 2012). Jest autorem tekstów piosenek, które sam wyśpiewał. Całkiem niedawno zapisał się w naszej świadomości jako juror telewizyjnego programu The Voice of Poland. O wielowymiarowości, a nawet pełnowymiarowości postaci upewniają nas Zwierzenia. „Wyciągam swoje skrzydła” – to jego słowa. Wyciągał je kolejno i rozpościerał. Stopniowo odsłaniał następne swoje wcielenia i następne, pokazywał pola działania i niwki, o choćby tę plastyczną (scenograf, ceramik, rysownik).

„Zwierzenia kontestatora” są – jak się rzekło – podróżą: w czasie, do miejsc i zdarzeń, i po zakamarkach duszy bohatera. Nie nazwałabym jej sentymentalną, Piekarczyk, jak sądzę, też nie, w każdym razie nie daje podobnych sygnałów. Ale książka dla większości czytelników stać się może podróżą do historii polskiej muzyki, do narodzin pokolenia tworzącego heavy metal i rock w naszym kraju. Dla jednych będzie to powrót do hipisowskiego czy rockandrollowego odlotu, a dla młodych czytelników – odsłonięcie kurtyny, za którą suną obrazy zebrane od lat 60. ubiegłego wieku do teraz. Są zatem PRL-owskie niedostatki i absurdy, czas transformacji i aktualia. A że opowiadaczem jest jeden z najważniejszych polskich wokalistów ostatnich 35 lat, z definicji więc scena muzyczna (rockowa) dominuje nad innymi scenami, choćby polityczną. Społeczna, owszem, też jest wyraźnie zaakcentowana. Nie mogło być inaczej. Piekarczyk z pozycji kontestatora (tak go też odczytałam) porusza wiele wątków, spina nimi czasy. Powstaje zadziwiająca panorama, w której sprzęgnięte zostają światy zewnętrzny z wewnętrznym narratora (sugestywne kontrasty), ścierają się ze sobą realia polskie z amerykańskimi (kilka lat zarobkowej emigracji w USA), indywidualizm i buntownicza dusza z uwarunkowaniami narzuconymi przez ogół. Tak, Piekarczyk w stan posiadania wpisany ma nieprzemijający bunt wewnętrzy. Ale to uduchowiony buntownik. I z charakterem.

Bez względu na to jaką rolę przygotowało mu życie, czy estradowca, ojca, męża, czy robotnika emigranta, starał się tak po ludzku być uczciwy. Uczciwy wobec siebie i innych. Zasady, ideały i honor – jak się zdaje – płyną w jego krwioobiegu. Może dlatego nie poddał się wtedy, gdy – jako światoburca od heavy metalu (i jeszcze te długie włosy) – był szykanowany przez milicję. Może dlatego szedł w życiu po coś, a nie na łatwiznę. I pokazał, że da się stworzyć świat wartości, który stał się dla niego światem na wyciągniecie ręki. Prywatnym ogrodem.

Zwierzenia pełne są refleksji filozoficznych, wynurzeń religijnych i politycznych. Rockandrollowa szufladka dla Piekarczyka byłaby za ciasna. Mówi o swoich fascynacjach literaturą, filmem, teatrem i wtedy do głosu dochodzą jego wrażliwość i obycie w kulturze. Znalazło się też miejsce na upodobania kulinarne i wyznania, jak ważna jest rodzina, dom i miłość. A wypowiada się ze swobodą. Język jest lekki i niewymuszony. Nie kluczy, gdy rozprawia się ze swoimi myślami, docieka prawd i prosto je wyraża, jak przystało na człowieka, który coś w życiu przeżył i ma coś do powiedzenia. Częściej niż czasem przeklnie, zawsze mówi otwartym tekstem. Ten wywiad to wyłącznie Piekarczyk. Leszek Gnoiński, wywiadujący go dziennikarz muzyczny, pozostaje w głębokim cieniu. Oddał pole swojemu rozmówcy. Jego pytania nie są z tych wścibskich, prowokacyjnych, żarliwych, podnoszących temperaturę dialogu. Dyskusji w ogóle nie ma, zatem nie ma zderzania się ich poglądów. Krótkie pytania właściwie tylko popychają rozmowę, przestawiają ją na tematyczne tory. Zakładam, że takie było założenie.

Książka jest dobrze zaprojektowana i skomponowana. Wielość wątków uporządkowana została w tematyczne rozdziały, które poprzedzają zdjęcia zestawione jak do animacji. Niekwestionowane wartości artystyczne i dokumentacyjne wnoszą fotografie z koncertów, nagrań i te wyjęte z prywatnych albumów.

Zwierzenia są opowiedziane bez zadęcia i udawania. O dziwo, nawet gdy kontestator odsłania swoje słabości czy niedoskonałości, pozostaje po prostu mężczyzną, z krwi i kości. Bo to jest przede wszystkim książka o człowieku. Nie ma w niej – co warto zaznaczyć – rozdrapywania ran. Ale czy jest to dystansowanie się? Raczej nie, bo przecież obcujemy z językiem żywym i z nerwem prowadzoną narracją. Sporo w takiej postawie mądrości, w ogóle wypowiedzi podszyte są mądrością. Lekturę przyjęłam jako przyjemne czytelnicze doświadczenie, ale też doskonałe źródło informacji o polskiej scenie rockowej. Dodam, że wpisuje się w tematyczną lukę wydawniczą.

Pora na kilka fragmentów z wypowiedzi Marka Piekarczyka, czyli na żywą tkankę książki.

Honor. „Jak ja to kiedyś powiedziałem – męskość to nie członek, tylko przede wszystkim honor. Bez honoru nie ma mężczyzny. Dawniej istniał kodeks szlachecki, potem oficerski, gdzie słowo honoru było najważniejsze, nie można było go złamać”.

TSA. „TSA to zespół o dobrze wymyślonej harmonii i instrumentacji. Tak jakby ktoś poukładał te wszystkie instrumenty w logiczny sposób – każdy ma swoje pasmo i nikt się nikomu nie wpieprza. Dlatego wszystko brzmi jak poważna rockandrollowa maszyna. Jedyny problem to wokal, dla którego już nie zaplanowano miejsca, bo to tak naprawdę zespół instrumentalny”. (s. 364)

Artysta kontestator. „Nie covery, a piosenki! Cover to dla mnie szmata, którą się przykrywa fortepian, żeby pomalować sufit. Nie można dobrej piosenki nazywać coverem. (…) A to, że wykonuje ją ktoś inny niż w oryginale, nic nie znaczy”. (s. 434)

Symbol PRL. „Nie wiem dlaczego symbolem PRL-u miałaby być milicja? Niech symbolem naszej młodości staną się nasze przekonania, nasz niewinny bunt albo książki i płyty, kiepsko wydane, ale bliskie sercu, bo zdobywane z trudem. To było nasze prawdziwe życie…”.

Hipis. „Uznawałem czystość, nie akceptowałem nienawiści i przemocy. Nic nie posiadałem, pacyfizm totalny. W ideach zbliżyłem się do poglądów Diogenesa z Synopy, który głosił pogardę dla rozkoszy życiowych i dóbr materialnych. Dlatego w moim łóżku zawsze spało najwięcej dziewczyn, piętnasto-, szesnastolatek, które uciekały z domów. Przy mnie czuły się bezpieczne. Czesały mnie, szyły spodnie, a ja chroniłem je przed naćpanymi hipisami, którzy chcieli je wciągnąć do swoich łóżek. Miałem ksywkę „Anioł”. Poza tym to była moja komuna, wyrzucałem z niej za ćpanie i chlanie. Od razu znikali”. (s. 121)

Przystanek Woodstock. „To megalomania, zadęcie i próba bicia rekordów, zupełnie dla mnie niezrozumiała. Nigdy tam nie byłem i jakoś mnie nie ciągnie, nie lubię imitacji i nostalgicznych pozorów”. (s. 261)

Drobiazgi. „Zwracam uwagę na wszystko: na kable na scenie, na przeszkody w przejściach, usuwam te wszystkie gówna, bo wiem, że przez to może się zawalić koncert albo ktoś się zabije, przewróci, nie dojdzie na czas. Mam to we krwi. W domu też”. (s. 295)

Postrzeganie wiary. „Nie potrafiłem myśleć, że Chrystus był synem Boga – przecież Bóg nie musiał się rozmnażać, bo jest nieśmiertelny. Wyjątkiem byli bogowie greccy i rzymscy, ale to tylko głupie mity. Nakazał sobie odczuwanie strachu przed zdradą, krzyżem czy śmiercią, doświadczenie wszystkiego, co czują ludzie. Bóg jest wszechmogący, ale jednej wiedzy nie posiadł – co znaczy być człowiekiem. Zawsze mnie zastanawiało, dlaczego Bóg nie wiedział, jaki jest człowiek w środku”. (s. 291)

W roli Jezusa. „Pojąłem, że Chrystus to Bóg, który skazał się na człowieczeństwo, że ta jego wielka miłość do ludzi, jego potęga polegała na tym, że potrafił odebrać sobie boskość, pamięć o nieśmiertelności, żeby poznać los człowieka, poczuć jego ból, strach, umieranie. Bóg musiał nakazać sobie śmiertelność, odczuwanie strachu przed zdradą, krzyżem, śmiercią, ale także pożądanie. To jest najważniejsza myśl, jaką wtedy miałem. Człowieczeństwo Chrystusa, wszystko, co jest związane z naszym życiem, jest tym bardziej prawdziwe, im bardziej wszechmogący jest Bóg. To jest tak przewrotne i tak genialne. To dopiero boskość – zabrać sobie władzę”. (s. 289)

Masowy przekaz. „Teraz wciąż musimy mieć włączony telewizor. Amerykanie tak robią od lat i nie potrafią ze sobą rozmawiać, są samotni, zagubieni, nieszczęśliwi, a jak zdarzy im się miłość, to jej nie zauważają”. (s. 429)

Kuchenne rytuały wegetarianina. „W moim gotowaniu najważniejsza jest wyobraźnia i wyczucie. Zawsze przed użyciem wącham zioła, bo być może nie jest to dzień na przykład rozmarynu czy tymianku”. (s. 383)

Dzięki uprzejmości Marka Piekarczyka mogłam zamieścić powyższe cytaty. W mailu wspomniał również, że – czytając recenzję – czasem się czerwienił, bo nie jest aż takim ideałem, jak to namalowałam. A zatem jeszcze skromny?

 

Elżbieta Musiał

 

„Zwierzenia kontestatora”, autorzy: Marek Piekarczyk, Leszek Gnoiński, wydawnictwo: Sine Qua Non, 2014, s. 450 + fotografie

 

Pin It