Adam Buszek

Dotować czy nie dotować? Migotania czy dygotania?

 

René Magritte
René Magritte

 

Na ogół pamiątkami po wieczorach autorskich są fotograficzne galerie i opowieści uczestników. W czerwcu 2002 roku w Gdańsku stało się inaczej. Pamiątką po spotkaniu autorskim Zbigniewa Joachimiaka stało się ogólnopolskie pismo literackie, które przez kolejnych 16 lat zamieściło teksty ponad 900 autorek i autorów z kraju i świata.

 

Początkowo współpracowali z nim twórcy nieznani lub mało znani, tacy jak Julia Hartwig, Tadeusz Różewicz czy Jacek Kaczmarski. Publikowali swoje teksty w nadziei na zrozumienie i dostrzeżenie. Pismo, nazwane „Migotania, przejaśnienia”, stało się po kilku latach „Migotaniami”. Tytuły oddawały nieśmiały, ostrożny i delikatny charakter gazety, na której łamach komentowano książki takich literackich anonimów jak Arthur Rimbaud, James Joyce, Czesław Miłosz, Zbigniew Herbert, Rainer Maria Rilke, Thomas Stearns Eliot, Anna Achmatowa czy Marina Cwietajewa. O poetach i pisarzach opowiadali zdolni, lecz dotąd nieznani polskiej kulturze krytycy i eseiści, tacy jak Andrzej K. Waśkiewicz, Leszek Szaruga, Marian Lech Bednarek, Kazimierz Brakoniecki, Leszek Żuliński, Janusz Styczeń. „Migotania” nawiązywały rozmowy literatury z malarstwem, rzeźbą, rysunkiem, muzyką, filmem i teatrem. To właśnie w tym kwartalniku ukazywały się: wywiad z niejakim Henrykiem Mikołajem Góreckim, eseje o twórczości obiecującego malarza Jerzego Nowosielskiego, recenzje spektakli debiutanta Jana Klaty czy komentarze do wystaw niewątpliwie ambitnego Zdzisława Beksińskiego. Warto też odnotować filozoficzne zakątki pisma, poświęcone myślicielom egzotycznym, wciąż marginalnym w dziejach myśli Zachodu i Wschodu. Mamy tu na myśli między innymi Greków Sokratesa i Platona, Niemców Fryderyka Nietzschego i Martina Heideggera, Niderlandczyka Barucha Spinozę, Francuza Alberta Camusa czy Rumuna Mirceę Eliadego. Gdańskie czasopismo odkrywa też czytelnikom godnych uwagi dramaturgów o interesującym dorobku, choćby Sofoklesa, Eurypidesa, Szekspira czy Becketta.

Zainteresowania Redakcji należy uznać za dość oryginalne. Kulisy życia literackiego – te wspaniałe widowiska dramatyczne – nie są w nim obecne. Brakuje działu z nagrodami i galami literackimi, nie ścierają się znajomi pisarzy i poetów pokłóceni o liczbę ich czytelników, nakłady tomików wierszy i inne imponderabilia, próżno czytać o sympatiach i antypatiach pomiędzy krytykami i twórcami. Nie komentuje się ponadto najpopularniejszych tematów polskiej prozy tudzież poezji, tudzież dramatu, i nie prognozuje zmian na liście trendów. Pismo nie wykazuje zainteresowania wierszami liderów mediów społecznościowych, w których padają słowa „serce”, łamać”, „łzy”, „otrzeć”.

„Migotania” proponują za to poranki i wieczory w lasach Edwarda Stachury, zmysłowe liturgie pisania ikon Jerzego Nowosielskiego, przechadzki z Sofoklesem, który patrzy i myśli – o ślepym losie, tajemnych zamiarach bogów, śmierci bezceremonialnie niszczącej życie i miłości kpiącej sobie z tej śmierci, niecodzienne spotkania poezji z matematyką, Leibniza z Bachem, kompozytorów z Pitagorasem, Zbigniewa Herberta z Johannesem Vermeerem. W „Migotaniach” można też odbyć osobliwe podróże. Na przykład do nieledwie baśniowej krainy zwanej Kałmucją, do Berlina, Pragi i Paryża śladami Mariny Cwietajewej, przybyć do Petersburga roku 1916 na gorący barszcz w Dworze Komediantów w samym środku wielkiej wojny, albo do Italii z początku XXI wieku, gdzie przed neapolitańskim kościołem S.S. Annunziata Maggiore pachną świeże zioła lukrecji, mięty i szałwii.

Trzeba też powiedzieć, że lektura każdego nowego numeru pisma jest pewną przygodą dla zmysłów dotyku i wzroku. „Migotania” nie zmieszczą się w zwykłej pocztowej skrzynce, okazały prostokąt A3 zapowiada szpalty o mocnej czcionce, których nie sposób wrzucić do kieszeni kurtki: domagają się wyczekanej chwili spokoju, pauzy od zgiełku, raczej pokoju albo polany niż autobusu czy poczekalni. Każdy numer zdobią dzieła wybranych artystów: grafików, fotografów, rysowników, malarzy. Pismo nie jest jednak plastyczno-literackim kolażem. To słowo migocze i promieniuje, dotykając niekiedy gałęzi obrazu. Słowa jest najwięcej i to ono uwalnia obrazy. W każdym tekście czytelnik znajdzie ich więcej niż w pierwszej lekturze. „Migotania” to bowiem ponowienia, przebłyski, potrzebne do życia przechadzki.

My, przedstawiciele krainy Kochanowskich, Mickiewiczów i Miłoszów, doceniamy znaczenie gazet literackich dla umocnienia wieszczego ducha w narodzie. Wyceniamy też liczby, na przykład liczbę 39, która oznacza procentową skalę rodaków czytających w ciągu roku zestawy liter ułożonych w zdania, albo liczbę 14, która reprezentuje procentową skalę ogólnie czytających rodaków, szczególnie czytających prasę zwaną papierową[1]. Liczby, prawda!, mówią same za siebie. Liczba odbiorników telewizyjnych w polskich gospodarstwach domowych też nam coś mówi. Chcemy, aby wzrastała liczba obywateli, w tym umiejących czytać. Nasze działania w tym kierunku nie ustają. Pamiętamy też o drzewach potrzebnych do produkcji papieru dla gazet literackich. Wszystko to w trosce.

Zapowiadamy już teraz, Szanowna Redakcjo, że na dwudziestolecie Państwa periodyku prześlemy drogą pocztową dwadzieścia biało-czerwonych świeczek oraz dyplom uznania (nad powiększeniem liczby orderów państwowych wciąż pracujemy) z biało-czerwonym orłem w koronie, w górnej części, w złoconej oprawie.

 

[1] http://www.bn.org.pl/w-bibliotece/3413-38%25-polakow-czyta-ksiazki.html

 

Pin It