Zdzisław Antolski

 

Złote lata kieleckiej literatury (3)

 

antolski zdzislaw

 

 

Wiesław Barański, znakomity kielecki dziennikarz z czasów PRL-u, przez wiele lat piszący o motoryzacji, zajmował się również kulturą. Pisząc o kieleckim Klubie Dziennikarza stwierdził: „I czasem się udawało. Przykładem na potwierdzenie tezy może być pomysł z Klubem Dziennikarza. Mniejsza o nazwę, mógł to być klub plastyka, aktora, muzyka, księgarza itp. Jako dziennikarze dysponujący gazetą, rzeczywiście mieliśmy największą siłę przebicia. Na początek wykołataliśmy, dość łatwo zresztą, przekazanie środowisku dwóch dolnych sal użytkowanych przez Powszechną Spółdzielnię Spożywców przy kawiarni Smoleńskiego. Miały je obsługiwać te same kelnerki co kaiarnię „Kolorową”. Jednakże rozwiązanie takie miało sporo niedogodności, a jedna z nich była wręcz nie do zniesienia: wspólna dla góry i dołu toaleta.

 

Siedzimy na przykład i słuchamy, co ma do powiedzenia Jerzy Putrament, po każdym zakręcie lądujący szczęśliwie na cztery łapy, kiedy z góry złazi niepewnie jakiś śmirus, by skorzystać legalnie z ubikacji.

Przedstawiliśmy więc problem ojcom miasta i znaleźliśmy poparcie – klub został oddzielony od kawiarni. Remont, pod kierunkiem młodego satyryka i nauczyciela z zawodu Jana Goca, wykonano piorunem. Mieliśmy wreszcie swoje własne miejsce na ziemi, co w owych czasach było niesłychanie istotne. Wspomniałem już wcześniej o kłopotach mieszkaniowych dotkliwie odczuwanych nie tylko przez dziennikarzy: aktorzy również mieszkali stłoczeni w jakiś klitkach przy teatrze, artyści malarze podobnie. Klub był naszym salonikiem, gdzie po pracy można było trochę pogawędzić, spotkać kogoś, kogo się chciało zobaczyć lub nawet zaprosić do domu, ale do jakiego domu? Może tego w osiedlu na „Wichrowych Wzgórzach”, którego jeszcze nie było, nawet w zamysłach projektantów? Niekiedy można było także posłuchać dobrej piosenki lub pisarza czytającego nie narodzone do końca dzieło.

Jako dysponującym tak wspaniałą zabawką, jak własny klub, zaczęły nam chodzić po głowie daleko bardziej ambitne plany. Przecież to, co piszemy do gazety w oparciu o fakty, może być dość łatwo przeniesione na scenę. Damy widowni trochę prawdziwego życia.

Smożewski postawił nam, to znaczy Ryśkowi Podlewskiemu, gwiazdorowi lokalnej rozgłośni PR, i mnie kawę i zaczął nawijać.

- Musi być tekst, który my napiszemy, aktorzy są zblatowani, zagrają jak, ja to wyreżyseruję i pokieruję wraz z dyrektorem teatru Haliną Gryglaszewską tym wszystkim – kusił nas Rysiek – więc jak?

Poddaliśmy się. Na pierwszy ogień poszły listy sercowe, jakimi czytelnicy zasypywali wręcz redakcję tygodnika „Dookoła świata”, a konkretnie redaktorkę tej miłosnej rubryki, Elżbietę Szaniawską. Ta rubryka sercowa była wówczas absolutną nowością, przeżywaliśmy okres wielce pruderyjny, do czego skłaniał model stalinowskiej prasy, nieprzewidujący żadnych innych uczuć oprócz miłości do wąsatego dzierżymordy.

Tymczasem w młodych głowach i sercach buzowało wręcz od uczuć bardziej przyziemnych jakie zwykle towarzyszą młodym chłopcom i dziewczynom, gdy osiągają swoje lata. Wynikało stąd sporo wątpliwości, na przykład: „Dlaczego, ta umiłowana jedyna mnie nie chce, chociaż jestem aktywistą ZMP. I tylko trochę pocą mi się nogi?” Wsiedliśmy więc do swojej kibitki i pojechaliśmy samotrzeć do Elżbiety. W hotelu w Warszawie przeczytaliśmy tysiące listów, które każdego dnia w walizce dostarczała nam Szaniawska. Powstało z tego widowisko „Romeo i Julia za czwartym falochronem”. Jakiż to był dokument obyczajów tamtych czasów, dziewczyny płakały, rodzice popadali w zadumę, więc takie jest życie?

Premier w sumie było kilkanaście. Smożewski wystawił coś drapieżnego o morderstwie w Dallas na prezydencie Kennedym, o zbrodniarzach hitlerowskich. Przetransponował także na scenę kilka reportaży obyczajowych drukowanych w „Słowie”. Nazywało się to przedstawienie „Pięć pytań i nic więcej”.

Ponieważ tak dobrze nam poszło, napisaliśmy w oparciu o teksty ze „Świerszczyka” (tego dla dzieci) kolejne widowisko „Zamek na szklanej górze”. Pomysł był zwariowany, ale rezultat przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania. Naiwne bajdurzenie,, jakim zwykle częstujemy dzieci, przekornie przeniesione w wymiary świata dorosłych, stało się satyrą o piekielnym wręcz ładunku. A przecież teksty pisane były w szczerej naiwnej wierze, że łatwiej w ustalonej od lat konwencji trafią do dzieci niż dorosłych. Widowisko Rysiek zrealizował zatrudniając studentów krakowskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej, którzy zdecydowali się na ten cel poświęcić całe wakacje. Muzykę napisał znany dziś, ale wówczas bardzo młodziutki, współpracujący z Piwnicą pod Baranami, Stanisław Radwan. Znakomity zaś i lubiany dzisiaj aktor, Janek Nowicki (…) ściągał do klubu tłumy.

Na premierę „Zamku” przybyły dwie autorki ze „Świerszczyka”, urocze zresztą staruszki, które dosłownie płakały ze śmiechu. Powiedziały później, że nigdy, ani one, ani ich koledzy i koleżanki nie przypuszczali, by mogli kiedykolwiek napisać coś równie zabawnego i krytycznego zarazem (…).

„Zamek” miał krótki acz szczęśliwy żywot niczym myśliwy z opowiadania Hemigway’a: byliśmy z nim u dziennikarzy w Lublinie i w „Stodole” w Warszawie, daliśmy kilka zamkniętych przedstawień w Kielcach, po czym nasi studenci – Krzysztof Kumor, Teresa Lipowska, Nina Sołuba, Andrzej Fedorowicz, Eugeniusz Nowakowski, Janek Nowicki i inni pojechali jednak na te swoje, okrojone cokolwiek, wakacje. Prezes rady Klubu Karol Strug był wręcz niepocieszony: zamiast zysku z przedstawienia, plajta. Na pocieszenie została mu w spadku znakomita scenografia Piotra Wollenberga.

Karol, czyli po prostu Lolo, rządził Klubem twardą ręką: program musiał być realizowany, w klubie zawsze coś powinno się dziać. Więc się działo. Janek Goc dwoił się i troił, żeby szopka dziennikarzy wypadła dobrze, żeby sympatyczna, acz nierówna w humorach, szefowa „Estrady” Irena ganowa, nie zapomniała przyprowadzić wieczorem w sobotę do klubu aktorów i piosenkarzy, goszczących akurat w tych stronach. Był to wspaniały pomysł. Goc, jako szef klubu, fundował gościom kolację pozyskiwaną z utargu za bilety. Wymęczeni recitalami w dużych halach widowiskowych goście, rewanżowali się natomiast piosenkami lub monologami, które im samym najbardziej się podobały.

Okazało się wówczas, że Emil Karewicz, ten Bruner od J-23 idealnie wpasowany do roli tępego esesmana, potrafił wziąć gitarę i wspaniale interpretując śpiewać owe smutne rosyjskie romanse rozgrywające się na pełnych śniegu pustkowiach.

Któż tam wtedy nie występował, kto nie umilał nudnych, jesiennych i zimowych wieczorów: i Onufry Zagłoba, czyli Mieczysław Pawlikowski, który każdemu mógł zaimponować wspaniałą znajomością polskiej kuchni, i sołtys Kierdziołek czyli Jerzy Ofierski, i Józef Prutkowski, Andrzej Rumian, Marian Załucki, Ludwikowa Kernowa itd. Itp. Wielokrotnie gościliśmy kabaret Jana Pietrzaka, „profesora” Jana Tadeusza Stanisławskiego i wielu, wielu innych czarujących ludzi, którzy na pełnym luzie, mając przed sobą chłonną i już zdobytą na wieki publiczność, stawali się naprawdę doskonali, zdając sobie sprawę, że najbardziej subtelna aluzja, najsubtelniejszy żart zostanie właściwie zrozumiany i oceniony.

Były to najwspanialsze czasy, najświetniejszy okres klubu, który teraz od lat stoi pusty…”

Otóż już nie stoi pusty, został zagarnięty przez kapitalizm, są w nim jakieś banki czy sklepy, nawet mnie to nie interesuje. Próbowano także usunąć ze śródmieścia teatr, ale dzięki uporowi ludzi, ostał się on na swoim zabytkowym, historycznym miejscu. Powyższe wspomnienia, ich autor, redaktor Wiesław Barański spisał w roku 2001 (zmarł w 2005). Jest to fragment jego książki pt. „Obok sedna”. Coraz mniej ludzi pamięta czasy Klubu Dziennikarza. Ja tam trafiłem na początku lat 70., tuż przed ostatecznym zamknięciem. Wówczas oficjalna nazwa brzmiała – Klub Środowisk Twórczych, ale wszyscy używali starej nazwy „Dziennikarz”. Klub podlegał administracyjnie Urzędowi Miejskiemu i był oficjalnie Klubem Literackim, po przejęciu go przez grupę literacką „Ponidzie” pod koniec lat 60. Jeszcze pamiętam wspaniałe imprezy, gorące dyskusje, świetne koncerty jazzowe. Przede wszystkim było to miejsce, gdzie artyści mogli się spotykać, poeci z plastykami, z aktorami (z pobliskiego teatru) wymienić poglądy, po ludzku się wyżalić i napić się wspólnie wódki, a nawet pośpiewać. Dzięki Klubowi znałem wszystkich kieleckich artystów, wiedziałem o ich wernisażach spektaklach, spotkaniach autorskich, zbiorach wierszy i powieściach.

Pamiętam dyskusje z Ryszardem Miernikiem, Henrykiem Jachimowskim, Krzysztofem Jackowskim, Edwardem Kusztalem i wieloma innymi. Wówczas rzadko tam bywał redaktor Wiesław Barański, ale codziennie spotykałem jego kumpla, redaktora Czesława Kussala, reportera radiowego, nie rozstającego się z magnetofonem służbowym. Klub Dziennikarza był jego drugim domem, a nawet myślę, ze pierwszym, bo tu nawet sklejał swoje taśmy do przygotowywanej audycji. Jego partnerka życiowa pełniła rolę pani Verdurin z powieści Prousta, to znaczy miała swoje kółko znajomych pań, któremu przewodziła w rozmowach.

Klub Dziennikarza był oazą wolności w mieście i kraju ogarniętym przez propagandę komunistyczną. Oczywiście był mocno inwigilowany przez Służbę Bezpieczeństwa, są nawet przypuszczenia, że był przez nich tolerowany, bo dostarczał im niezbędnego pokarmu do raportów, za które brali ciężki szmal. To nieistotne, dawał też niezbędny tlen wolności dla poetów. Powiem szczerze: nie wiem, czy gdyby nie Klub Dziennikarza, nie popełniłbym samobójstwa, jak Rafał Wojaczek? Tak gęsta była atmosfera realnego socjalizmu, tak sztuczna, tak przesiąknięta kłamstwem codziennym, ze nie było czym oddychać.

Przedwojenna cukiernia Smoleńskiego (w PRL podzielona na kawiarnię „Kolorowa” i Klub Dziennikarza) wraz z zabytkowym Teatrem Ludwika i Hotelem Bristol to magiczny trójkąt, samo serce Kielc. W teatrze Ludwika stałym bywalcem był Stefan Żeromski, w cukierni spotykała się elita Kielc, w tym profesorowie miejscowego gimnazjum, a w Hotelu Bristol kwaterowali Marszałek Piłsudski i Bolesław Wieniawa-Długoszowski, który brylował na dorocznych balach urządzanych przez miejscowe ziemiaństwo. A jednym z jego przedstawicieli był Zygmunt Wielopolski z Chrobrza, ostatni z rodu Margrabiego Wielopolskiego. Posiadacz unikalnej na skalę światową biblioteki, wartej setki tysięcy dolarów, która w czasie ostatniej wojny została zniszczona i rozgrabiona.

Szkoda, że decyzję komunistycznych władz o zamknięciu kieleckiego Klubu Dziennikarza podtrzymali kolejni włodarze miasta, już wyłaniani w demokratycznych wyborach.

Zdzisław Antolski

.

.

 

Pin It