WIESŁAW ŁUKA

Wiesław Łuka rozmawia z Maciejem Kowalewskim, dramatopisarzem, reżyserem teatralnym i filmowym oraz aktorem.

 

 

Albrecht Durer
Albrecht Durer

 

 

„ Nasz świat zmierza ku nieuchronnej katastrofie” – czy pamiętasz kto, kiedy i z jakiej okazji straszył tą przepowiednią?

Nie pamiętam…

To ci przypomnę – ty to powiedziałeś kilkanaście lat temu po dużym sukcesie scenicznym swojej sztuki Miss HIV ciągle jeszcze granej; z tym, że obecnie daleko, na wschodzie, za Uralem, w syberyjskim Jekaterynburgu .

No tak, możliwe, że wtedy straszyłem, przepowiednią o „ nieuchronnej katastrofie” … Bo jak inaczej, w pierwszym odruchu, interpretować fakt organizacji konkursu piękności spośród młodych, czarnoskórych, wyłącznie zarażonych wirusem HIV dziewczyn w afrykańskiej Botswanie? Teraz przypominam sobie, że określiłem ten konkurs jako „wybory miss śmierci”.

 

Można byłoby wówczas zapytać: która śmierć jest najładniejsza?

Tę sztukę napisałem z inspiracji prasowej, po przeczytaniu wówczas bardzo krótkiej informacji o konkursie piękności i o tym, że prawie czterdzieści procent populacji tamtego kraju – a pewnie i krajów ościennych - było śmiertelnie zarażonych. Przestałem się dziwić, że tam ten problem był i jest jednym z najgorętszych; a i u nas ciągle budzi strach , choć obecnie HIV jest już zaleczalny.

Jesteś po świeżej, gorąco przyjętej premierze w warszawskim Och Teatrze swojej inscenizacji sztuki Casa Valentina autorstwa Amerykanina, Harvey’a Fiersteina. W ostatniej scenie tej tragikomedii mąż z żoną w szczerej do bólu rozmowie przewidują rozpad swego małżeństwa. Odczytałem to jako kolejną odsłonę „nieuchronnej katastrofy” – czy słusznie?

Świat rzeczywiście zmierza ku katastrofie w takim sensie, że głupiejemy. Zdecydowanie na naszych oczach dokonuje się dewaluacja wartości jeszcze do niedawna uważanych za najcenniejsze, czyli tego, co potrafimy: wykształcenia inteligencji, uznania u innych naszej wybitnej specjalizacji w tej czy innej dziedzinie. Tymczasem teraz, w dobie eksplozji mediów, głównie obrazkowych, staje się ważne: jak często jesteśmy na szkle. Nie to, co sobą reprezentujemy, ale to, jak wyglądamy i jak często o nas mówią. Tak, mogę powtórzyć: zmierzamy ku katastrofie takiego ogłupienia, czyli bycia znanym z powodu tego, że jestem znany.

Do ostatniej premiery zaraz wrócimy. Teraz jeszcze trochę o Miss HIV - o powodach i efektach pisania sztuki oraz jej wystawienia w klubie Le Madame.

Krótka notatka prasowa o wyborach Miss piękności panien Botswany, znajdujących się na progu śmierci, został tam nazwany Stigma Free. On wzbudził niezdrową sensację . Jego organizatorzy oraz uczestniczki były posądzane wyłącznie o chęć pokazania się w mediach.

Chciano go sprowadzić do niezdrowego popisania się w widowisku chorych na własne życzenie ?

Coś w tym rodzaju. Wydaje mi się, że ja właściwie zrozumiałem i wysoko oceniałem szlachetność tamtych ludzi, którzy chcieli powalczyć w Afryce ze stygmatyzacją chorych na AIDS i zakażonych HIV. Poszedłem w tym kierunku i w sztuce i w przedstawieniu. Nawiązaliśmy kontakt z Krajowym Centrum d/s AIDS i na próby spektaklu zaprosiliśmy grupę osób zakażonych wirusem HIV. Bardzo się tego bałem, że może chorzy poczują się dotknięci; mówiąc kolokwialnie: że robimy sobie jaja z pogrzebu. Ja tymczasem chciałem oswoić widzów z tą chorobą, że ci nią dotknięci nie zarażają. Chciałem pokazać ich nie jako świętych, ani przeklętych. Ucieszyliśmy się, bo oni ocenili entuzjastycznie naszą inicjatywę zaproszenia i samo przedstawienie. Podczas dyskusji po próbie usłyszałem opinię: „O Boże, nareszcie ktoś o nas mówi normalnie…”.

Przypominam sobie, że w recenzji sprzed kilkunastu laty wyczytałem: autor pokazuje w tej sztuce między innymi świat ogłupiających mediów…

Przed chwilą mówiliśmy, że dajemy się omotać temu światu i podlegamy rozmaitym manipulacjom. To w Miss HIV obnażyłem. Pewien znany krytyk teatralny wybuchał śmiechem w kilku miejscach przedstawienia, do czego przyznał się w recenzji, ale dość szybko złapał się za głowę, że nie ma się z czego śmiać. W swoich przedstawieniach wciągam ludzi w pułapkę: rozśmieszam ich, by za chwilę ich przerazić. Nie napisałem w sztuce i nie pokazaliśmy na scenie bajeczki o konkursie piękności, ale o świecie i ludziach mających przed oczyma widmo nieuchronnej śmierci. Ono teraz u nas już tak nie straszy, ale – bądźmy szczerzy – nawet dziś, kto się przyzna, że jest zakażony wirusem? Nie znikła groźba skazania takich osób na ostracyzm. Prawie natychmiast się od nich odsuwamy. Ja natomiast uważam za niezrozumiały strach przed nimi. Chciałem, by MISS HIV zadziałała również edukacyjnie.

Pisałeś o Afryce, a myślałeś o swoim kraju?

Inaczej się nie da. Niezmiennie o nim myślę, bo go kocham. I tu nie tylko chodzi o epidemię HIV. Zmierzamy ku katastrofie nie tylko w sensie symbolicznym. U nas rozlewa się groźniejsza od wszystkiego epidemia, a jest nią pogłębiający się rozłam społeczny i faszyzacja naszego życia. Sprzyjają temu miedzy innymi media, które się tabloidują, coraz mniej od siebie wymagają, więc i my, manipulowani, coraz mniej od siebie wymagamy. Czuję i widzę to, co rozrywa moje serce.

Miss HIV, Bomba, Di. VIV. Rose – te i inne sztuki poruszające temat różnych orientacji seksualnych, zaburzeń życia intymnego bohaterów, dramatów jednostkowych i rodzinnych… A teraz najnowsza premiera: Casa Valentina. Czy Zygmunt Freud miałby tu coś do powiedzenia na temat zainteresowań dramatopisarza i reżysera właśnie tą sferą życia człowieka? Czy autor się nie obrazi, gdy z lekka poruszymy tę delikatną strunę?

Napisałem wiele sztuk scenicznych. Interesuje mnie człowiek i jego skomplikowana natura, w tym jej seksualność. Ona często jest kompensacją jakichś innych problemów jednostki, jakichś kompleksów, poczucia niższości manifestujących się w rozmaity sposób. Pytasz o delikatne struny. Jestem całkiem normalnym, banalnie normalnym facetem. Jeśli mnie coś wyróżnia – to na pewno duża wrażliwość na drugiego człowieka, otwartość na jego inność, akceptacja jego różnych różności.

Bohaterowie Casy… mężowie swoich amerykańskich żon lubią się spotykać w dyskretnym miejscu. Tam się przebierają w sukienki, wkładają czółenka na wysokim obcasie – słowem, lubią sobie pobyć kobietami. Oglądamy na scenie Och Teatru zachowanie, reakcje podwójnych natur transwestytów – heteroseksualistów. Obserwujemy ich wewnętrzne rozdygotanie przykrywane żartem, ciętymi ripostami, rozbawieniem, wzajemną niby sympatią. Ich manifestowana egzaltacja przykrywa uczucia dokładnie przeciwstawne…

Są ludźmi, więc różnorodność odczuć nie dziwi…

W tym ich rozbawieniu zaskakuje przede wszystkim strach … Czy przygotowując przedstawienie miałeś przy boku seksuologa i psychologa, by na bieżąco konsultować zachowania i reakcje aktorów?

Przez moment miałem takie myśli rozmawiałem o tym z aktorami, że może skorzystamy z porad lekarza i psychologa. Doszliśmy jednak do wniosku, że sami damy radę zapanować nad tą amplitudą drgań. Pomocą były bogate, odautorskie didaskalia sztuki, dużo w nich zapisał Harvey Fierstein. Najważniejsze okazało się wyważenie proporcji między formą kobiecych zachowań postaci, a intelektualnym przekazem treści dialogów i monologów, słowem - idei spektaklu.

Rozwiń to…

Pilnowałem, by nie wyjść na manowce – żeby przedstawienie nie przerodziło się w wygłup facetów – przebierańców, którzy robią z siebie kobietki ku uciesze publiczności. Przed takim odczytaniem i przekazem bardzo się broniłem. W ramach tej formy uzewnętrznienia kobiety skupiliśmy się na najważniejszym – na ludzkich relacjach między bohaterami sztuki. To granie aktorów jest poważne, z zaangażowaniem; i bardzo trudne.

Raz w postaci więcej jest granej kobiety, raz więcej naturalnego mężczyzny.

To jest podobne do sytuacji: przykład , Polak wyjechał do Ameryki, tam żyje od dwudziestu lat, biegle mówi po „amerykańsku”, nawet myśli w tym języku, przesiąkł cechami jankesów, opanował ich zachowania, a jednak w nagłych i nerwowych sytuacjach zaczyna kląć po polsku. Ma parzcież ciągle w sobie dwie natury.

W pensjonacie, schowanym w górach, tańce facetów z kobiecymi pseudonimami, przebierańce, wysyłane sobie nawzajem, niby nieszkodliwe, ale psychiczne złośliwostki… „Któraś” przebrana przywołuje nawet Jezusa Chrystusa , który był przejęty losem człowieka. Czego tam nie ma w tej mieszance myśli i słów. Aż w pewnym momencie psychologia i filozofia ustępują miejsca… publicystyce. Bohaterowie o podwójnych naturach rozważają możliwość powołania stowarzyszenia transwestytów. Zmieniają się tony ich rozmów – zabawowy przechodzi w merytoryczny i pragmatyczny. Wesołość przeplata się ze strachem. Niby otwarci na inność, niby naładowani potrzebą tolerancji, a jednak , nieoczekiwanie, mówią z lekceważeniem, nawet pogardą o los swój i całej „naszej mniejszości”. Jeden wyznaje, że we własnym domu długie godziny spędza w piwnicy, bo w mieszkaniu czuje osaczenie. Inne mówią o groźbie ujawnienia przez policję ich nazwisk. Dlatego poważnie myślą o powołaniu stowarzyszenia, w którym znajdą pewne oparcie, bo wyjdą z ukrycia… i nie będą upychani do jednego worka z „pedałami” (a rzecz dzieje się na początku lat 60-tych ubiegłego wieku).

Mówisz, że psychologia ustępuje miejsca publicystyce - ja bym nie mówił o publicystyce. Dyskusja „pensjonariuszek’ jest powodowana strachem przed ujawnieniem, przed policją, która zna ich nazwiska. Oni także boją się stygmatyzacji i w efekcie zrujnowania życia rodzinnego, relacji sąsiedzkich i karier zawodowych. Mówią o wolności dla siebie, o potrzebie tolerancji przez społeczeństwo, a nagle wykazują kompletną nietolerancję dla „ciot”; chętnie by ich zamknęli w getcie.

Siebie uważają za normalnych, a „cioty” za zepsutych…

Ciekawostką jest fakt, że to się dla nich, heteroseksualnych transwestytów, w realu źle skończyło. Właśnie w USA geje są w taki lub inny sposób akceptowani społecznie, a transwestyci wciąż są prawie nieznaną, podejrzaną formacją, skazaną na funkcjonowanie w niszy. W nocie odautorskiej Fiersteina można wyczytać, że przebrani w damskie ciuchy geje zostali usankcjonowani przez amerykańskie prawo. Natomiast przebieranie się   heteryków – transwestytów prawo uznaje za zboczenie. To taki chichot historii.

Pierwsze słyszę…    

Dlatego warto robić sztuki o skomplikowanych naturach ludzkich.

Jeden z aktorów ujawnia w wywiadzie, że do występu na scenie musiał schudnąć 12 kilogramów - tak żyłujesz swoich artystów?

To do innej sztuki, „Trzy siostrzyczki Trupki”. Nie mam poczucia żyłowania. Dążę do tego, by to, co robię było prawdziwą sztuką.

Aktor mówi o „skrajnych metodach” przygotowywania kolejnych premier. Przypomniałem sobie Adama Małysza, który odżywiał się „słynną” bułką z bananem, bo trzymał dietę, bo musiał być szczupły…

Mój aktor odżywiał się w sposób zrównoważony, pod okiem lekarza i dietetyka. Nie - nie stosuję skrajnych metod. Nie można poświęcać zdrowia i życia dla sztuki. Ona i bez takich metod wiąże się z ogromnym wysiłkiem. Żeby osiągnąć mistrzostwo, trzeba dużej energii i czasu.

Zmieńmy wątek, teraz trochę twojej biografii - scenarzysty, dramatopisarza, aktora, reżysera i dyrektora teatru w jednej osobie. Czytam w twoim biogramie, który zaczyna się od informacji: ojciec stolarz, matka nauczycielka polskiego w wiejskiej szkole. Przyznaję - nie spotkałem innego biogramu z takim pierwszym zdaniem. Czy przez to chciałeś się pochwalić, że bardzo wysoko się odbiłeś od dość nisko położonego dołka startowego?

Nie ja pisałem ten internetowy biogram. Nie miałem wpływu na jego treść, więc nie zabiegałem o redagowanie go z podtekstami: popatrzcie, skąd pochodzę, a jak wysoko doszedłem. Nie urodziłem się w czworakach i nie wypadłem sroce spod ogona. Chcę natomiast mocno podkreślić, że mama naciskała, żebym dużo czytał, a ja nie próbowałem i nie chciałem opierać się tym naciskom.

A kiedy coś w tobie drgnęło: będę artystą…

W podstawówce myślałem o sztuce przez duże „S”. Nie potrafię sobie do dziś wytłumaczyć, dlaczego jako dziecko przeżyłem pokazane w telewizji Kantorowskie przedstawienie Umarła Klasa. Pierwszy wiersz, dedykowany mamie, napisałem co prawda jako siedmiolatek, ale go zapomniałem, więc przepadł. W liceum kształtowałem siebie na niezapomnianym miesięczniku Literatura na Świecie. On mnie porwał, ale to nie wtedy dałem sobie słowo, że zostanę artystą. To przyszło w momencie, kiedy w liceum pisałem jakieś sztuki i wystawialiśmy je w szkolnym teatrzyku osiągając lokalny sukces i pierwsze nagrody. Podczas tak zwanej Konińskiej Nocy pokazaliśmy publiczności jedno z przedstawień, które obfotografowali tajniacy z SB i dopatrzyli się w niej antypaństwowych akcentów. Przeżyłem dość mocno wynikłą awanturę. W tym czasie długo myślałem o aktorskiej szkole, ale jeszcze dłużej miałem wątpliwości, czy to udźwignę, więc pierwszy rok pomaturalny spędziłem na pedagogice w Poznaniu. Po nim już byłem pewien, że chcę iść na studia artystyczne i na szczęście udało mi się zdać do krakowskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej.

Przed chwilą wyliczyłem twoje profesje artystyczne; dużo ich - więc pytam: nie za dużo? One się uzupełniają? A może jedna drugiej przeszkadza? Kłócą się ze sobą?

Zdecydowanie się uzupełniają. W pewnym momencie aktorstwo stało się dla mnie mało pojemne. Musiałem pójść dalej. Aktor w swojej roli czuje się jakby siedział w klatce. Przynajmniej ja tak mam. Jest twórcą, ale jednak „pod butem” reżysera. Nie może przekazać zbyt wiele pond to, co mu reżyser nakreśli.

Chcesz powtórzyć oklepany „tercet”, że scenarzysta, reżyser i często aktor w jednej osobie jest sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem?.

Ja nie chcę się zamykać w jednej z ról składających się na dzieło sceniczne. Najciekawsze w mojej robocie widzę to pokonywanie granic miedzy sztukami – dramatopisarstwem, reżyserią , aktorstwem … Skończyłem studia aktorskie, więc czuję to, co w każdym momencie przedstawienia mogą czuć aktorzy. Przypomnę ciekawostkę: w jednej z najlepszych na świecie, rosyjskich szkół artystycznych GITIS-ie /to moskiewski Uniwersytet Teatralny/, każdy przyszły reżyser musi zaliczyć kurs aktorski.

W Casa Valentina sam nawet wymyśliłeś oprawę muzyczną. Przyznaję szczerze - bardzo ją dobrze wymyśliłeś i wkomponowałeś w spektakl. Jednak muzycy mogą złorzeczyć, że odbierasz im chleb.

Jeszcze nie doszły do mnie żadne złorzeczenia. Często współpracuję z kompozytorami.

Spróbuję spiąć klamrą naszą rozmowę - wracam do początkowej przepowiedni o „nieuchronnej katastrofie”. W ostatniej scenie spektaklu, po skończonym „balu w raju” transwestytów, rozmawiają ze sobą - współwłaścicielka pensjonatu ze współwłaścicielem, mężem, transwestytą; rozmowa w tonacji zdecydowanie „molowej”. Mąż, heteryk , oświadcza nieoczekiwanie, że dużo lepiej czuje się jako kobieta. I chce występować tylko w kostiumie kobiety. A my widzimy, że prawdziwie kochająca go żona czuje zbliżającą się KATASTROFĘ małżeństwa.

Tak, łamie się jej serce.

Dziękuję za rozmowę

 

 

Pin It