Stanisław Nyczaj

 

Między Ponidziem a Opolszczyzną

Wspomnienie o Kazimierzu Kowalskim (1926–2012)

 

 

Życzliwy obserwator i doradca

 

Kowalski K

Fot. z okładki książki S. Rogali Pisarstwo Kazimierza Kowalskiego (w aranżacji plastycznej Bolesława Polnara)

 

Z lat dzieciństwa i młodości pozostał we mnie na trwałe sentyment dla radia. Jestem z natury słuchowcem. I ta właściwość niemal w dwójnasób umocniła się, utrwaliła, z powodu wrodzonej katarakty obu oczu. Od 11 roku życia, po siedmiu bodaj operacjach i tzw. poprawkach1), noszę okulary +16 dioptrii, przy czym lewe oko tylko słabiutko wspomaga prawe i gdybym to prawe zasłonił, samym drugim nie mógłbym czegokolwiek odczytać nawet z pomocą jeszcze grubszych szkieł. Nim w wyniku wspomnianych operacji, jak też w miarę dopasowywania szkieł, wdrożyłem się na dobre w samodzielne intensywne czytanie i pisanie w mocniej liniowanych zeszytach, sprawności tych uczyły mnie babcia i mama2). Radio, wymagające tylko słuchania, przyciągało, wtajemniczało w świat. Prócz stałoprogramowych audycji, jakie szybko powszedniały i zacierały się w pamięci, w większości domów słuchało się z zapartym tchem Wolnej Europy. Notoryczne zakłócania stacji przez wzmacniane szumy, surowe zakazy władz, prześladowania denuncjowanych, którzy głośniej otwierali odbiorniki, tylko wzmagały ciekawość. Pamiętam, jak na przełomie lat czterdziestych/pięćdziesiątych, a szczególnie w pierwszej połowie pięćdziesiątych zatrzymywaliśmy się rano w drodze do szkoły przy tłumkach wystraszonych mieszkańców, którzy współczującym wzrokiem odprowadzali wyciąganych z mieszkań przez esbeków najgorliwszych poławiaczy „wrogich stacji” do późnych nocnych godzin. Nie było widać, co prawda, brutalnej przemocy, siłowego zakuwania nieszczęśników w kajdanki na oczach ludzi. Odprowadzała ich gdzieś milcząca szarobura eskorta w cywilu bez broni, milicyjnych pałek. Skazańcy na odsiadkę (dociekliwe i, być może, dotkliwe przesłuchania – kto i jak to czuł przy obowiązującej w atmosferze strachu zmowie strapionego milczenia?) szli zawsze dumni, wyprostowani. Jeden tylko z zaszczutych biedaków – jego postać wyraziście utrwaliła mi się w pamięci – na dłużej zatrzymał rosnącą grupkę widzów, nieskory, opierający się namowom do drogi… nie w stronę Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego (największych, zatrudniających gros mężczyzn). I pamiętam trochę mgliście kilku jeszcze takich dzielnych kolejarzy w roboczych ubraniach wyprowadzanych bezgłośnie z mojego osiedla Wagonówka, z ulic Drzymały, Kolejowej, Ligonia. Szczególnie przerażały mnie eksmisje z tej ostatniej, na której mieszkał ukochany wuj Tadzik Machnik – zadziorny, twardy, pięknie mówiący lwowską gwarą, barwnym żargonem krewkich, acz powszechnie lubianych, „batiarów”3).

 

Po tej dygresji wracam do mojej długotrwałej w chłopięcych i młodzieńczych latach przyjaźni z radiem. Od małego miałem skłonność do rymowania, układałem wiersze przed zaśnięciem, nasłuchawszy się babcinych opowieści przy uchylonych drzwiczkach kuchennego lub pokojowego pieca. Tlący się żar, podtrzymywany węglem z wiaderka, jakby coś jeszcze dopowiadał, rozbudzał wyobraźnię.

Radio bazowało na muzyce i literaturze. Lubiłem literackie słuchowiska w reżyserii Jerzego Kopalki. W którymś momencie zamarzyłem o debiucie w radiu. Zdobywszy się na odwagę, z zapisanym na kartce wierszem doszedłem w końcu do Opolskiej Rozgłośni Polskiego Radia na ul. Piastowską. Trafiłem – jakże szczęśliwie! – do redakcyjnego pokoju pisarza Kazimierza Kowalskiego, prozaika lubiącego poetów…

Teraz, gdy go już od paru lat nie ma, wyjmuję z płytoteki wdzięcznej pamięci słowa jego podziękowania za poetycki prezent ode mnie z Kielc, dokąd wyemigrowałem z Opola w 1972 ukształtowany już wstępnie w tamtejszym (i nie tylko) młodoliterackim środowisku. Oto, jak w swym stałym środowym felietonie Co trzeba koniecznie przeczytać 20 sierpnia 1975 zachęcał słuchaczy z grodu moich pierwszych wtajemniczeń nad Odrą:

„Otrzymałem z Kielc miłą przesyłkę. Jest to zbiór wierszy Stanisława Nyczaja pt. Gry z naturą. […] Poeta jest dostatecznie znany naszym słuchaczom – raz z licznych audycji, które mu na naszej antenie robiliśmy, dwa z ogłaszanych co pewien czas w prasie swych najnowszych wierszy. Przypomnę tylko, że Nyczaj uprawia poezję bardzo osobistą, refleksyjną. […] Autor lubi skrót myślowy, operuje wyrafinowaną metaforą, jest bezwzględny w swych poetyckich diagnozach stawianych społeczeństwu. I jeszcze jedna cecha, która mnie szczególnie ujmuje w tej poezji – to szczerość. Nyczaj nie jest poetą piszącym wiersze zgodnie z wymogami mody, nikogo nie naśladuje, nie jest wpatrzony bałwochwalczo w cudze wzory. Jest sobą. A tak niewielu mamy dziś poetów, o których można by powiedzieć podobnie. […]

Nie pamiętam dobrze, kiedy to było, na pewno ładnych już parę lat temu, przyszedł do mojej redakcji. Chyba uczęszczał jeszcze do liceum i do szkoły muzycznej. Przyniósł swe próby poetyckie. Przypominam sobie dwa grube bruliony zapisane drobnym wyraźnym pismem. […] Wiele godzin ze sobą przedyskutowaliśmy. Był już studentem Wyższej Szkoły Pedagogicznej, gdy mogłem mu przygotować debiut na antenie [de facto debiut mój nastąpił na przełomie 1960/1961, kiedy byłem jeszcze w klasie maturalnej – SN]. A później sprawy potoczyły się już zwyczajnie. Wszedł w środowisko młodych pisarzy, zetknął się z ostrą, pryncypialną krytyką, taką samą, jaką i on uprawiał. […] Każda następna audycja przynosiła lepsze wiersze [zobowiązywała niejako do „podciągania” poziomu, prócz osobistych ambicji twórczych, staranność przygotowania: dobór aktorów, wspaniała oprawa muzyczna w formie specjalnie komponowanych i wykonywanych przez Stanisława Śmiałowskiego interludiów fortepianowych – SN]. Poza tym stał się Nyczaj animatorem życia młodoliterackiego. Szczerze podziwiałem jego niespożytą energię, gotowość niesienia pomocy innym, niespotykaną przedsiębiorczość. Powstała wkrótce w Opolu taka sytuacja, że więcej mówiło się o Kole Młodych Pisarzy niż o Związku Literatów Polskich”4).

Natomiast – po upływie dwudziestu lat – w artykule o moim jubileuszu 30-lecia pracy twórczej, opublikowanym w „Gazecie Opolskiej” (1995, nr 6), przypomniał, kiedy i z jakich powodów musiałem rozstać się z Opolem, przenosząc wraz z rodziną do Kielc:

„Tak to już jest – konstatował – że im głośniej wokół kogoś, im więcej światła pada na kogoś, władza zaczyna się zaraz niepokoić, na wszelki wypadek postanawia przytrzeć uszu. Tak też się i stało. W okresie najbardziej dynamicznego rozwoju ruchu młodoliterackiego zaczęto ograniczać działalność młodych twórców z Nyczajem na czele. Przede wszystkim on nie mógł znaleźć dla siebie pracy. Dla wszystkich była, dla niego brakowało. Traf chciał, że ówczesny pierwszy sekretarz Komitetu Wojewódzkiego, Kardyś, nie przypominam sobie, z jakiej okazji, nagle postanowił spotkać się ze środowiskami twórczymi. Oczywiście, przyszli wszyscy, sala [Klubu Związków Twórczych, pamiętająca spektakle Teatru Laboratorium Jerzego Grotowskiego] była pełna. Każdy nosił jakieś swoje bóle, które miał nadzieję podczas spotkania przedstawić. Spotkanie wszakże przebiegało bardzo spokojnie, ostrze przygotowanych wystąpień z bólami uległo jakiemuś przytępieniu. Lecz nikt nie przewidywał, że na sali znajdują się młodzi twórcy z Nyczajem, i kiedy oni zabiorą głos, czas na chwilę stanie, powieje grozą. Bez pardonu wyliczono wszystkie przypadki arogancji władzy, przytoczono przykłady lekceważenia twórców, braku szacunku i tak dalej. Później już nikt nie mówił, zaległa cisza. Kardyś podniósł się i […] bez jednego słowa opuścił salę. Naturalnie, los Nyczaja był już przesądzony. Lecz, że był to czas przedziwny, wkrótce pojawił się w Opolu ktoś z Kielc i zaoferował mu pracę tam, w Górach Świętokrzyskich. Wyjechał więc Nyczaj do Kielc, dostał mieszkanie [zamieniły je spółdzielnie mieszkaniowe obu miast – SN], pracę [w Dziale Wydawnictw Kielecko-Radomskiej WSI, późniejszej Politechniki Świętokrzyskiej] i szansę do działania. Opole straciło niezwykle energicznego animatora życia literackiego i bardzo dobrego poetę. Kielce zaś zyskały coś, na co, zdawać by się mogło, czekały od dawien dawna…” – i tu życzliwy pan Kazimierz aż przecenił moje zasługi w spełnieniach, do jakich się (głównie wespół z Henrykiem Jachimowskim, Ryszardem Miernikiem (wspominam obydwu w tym tomie), Bogusławem Pasternakiem, Stanisławem Rogalą, Tadeuszem Wiąckiem)) przyczyniłem – „…pamiętając wiernie o swych opolskich przyjaciołach”5) – dodał. „Przypominam sobie, jak to odszukał mnie w nadnidziańskich Krzyżanowicach, gdzie spędzałem urlop; przyjechał, by zrobić wywiad dla «Przemian». Później nakłonił mnie do napisania książki dla kieleckiej filii Wydawnictwa Łódzkiego [powieści Szalone z miłości]. Ukazała się w nakładzie 50 tysięcy egzemplarzy. Najbardziej ją lubię ze wszystkich, które napisałem. Mogę więc powiedzieć, że jej ojcem chrzestnym był mój kielecko-opolski przyjaciel […]. I jest mi miło pomyśleć, że nigdy kontaktu ze sobą nie straciliśmy, że zawsze mogę o nim mówić z najwyższym uznaniem. […] Ciągle odczuwamy jego brak w Opolu, ale gdyby opuścił Kielce, natychmiast jego brak byłby tam odczuwany. Kulturze polskiej wszędzie trzeba służyć. Tak dobrze, jak… podobno, ja to czynię. A przynajmniej się staram”.

 

Szczery rozmówca

Trzy rozmowy przeprowadziłem z pisarzem w różnym czasie. Pierwszą jeszcze pod koniec studiów w utworzonym po „Naszych Sprawach” piśmie studentów opolskiej WSP „Fama” (numerze z marca 1966). Stawiałem pytania wespół z Janem Osińskim (kolegą jeszcze z liceum). Inicjujące rozmowę dotyczyło dość ważnego, dyskusyjnego spostrzeżenia:

– Przeglądając pana prozę, daje się zauważyć, że na plan pierwszy wybija się nie tyle narracja, co dialog. Decydujący element kompozycyjny stanowi sytuacja. Czy wiąże się to w jakiś sposób ze specyfiką pańskiej pracy radiowej – mamy na myśli słuchowiska – gdzie właśnie dialog i sytuacja odgrywają najistotniejszą rolę? Czy praca w radiu inspirowała pana pisarstwo?

– Kiedy debiutowałem opowiadaniem w roku 1946, nie miałem jeszcze pojęcia o radiu. Zajmowałem się wtedy zupełnie czym innym. Działałem w ZWM-ie. Z radiem zetknąłem się dopiero w czasie studiów na Uniwersytecie Wrocławskim. Nie miało to jednak charakteru stałej współpracy. Dopiero od 1954 roku datuje się mój bezpośredni kontakt z opolską rozgłośnią. Formy mojej prozy nie ukształtowała specyfika twórczości radiowej. Jest ona świadomie przeze mnie przyjętego behawioryzmu jako nie tylko metody pisarskiej, ale i filozofii. I w tym może uwidacznia się zbieżność mojej twórczości radiowej z pisarską. Mam na myśli pierwsze książki. Dziś próbuję odejść od behawioryzmu.

Wyjaśniwszy tę żywo wcześniej roztrząsaną w naszym gronie kwestię przy lekturze wybranych spośród siedmiu książek – inspirujący ferment krytycznoliteracki wnosił podczas spotkań KKMP-owskich, oprócz Bogusława Żurakowskiego, Marek Jodłowski (1941–1983) – interesowaliśmy się zamierzeniami autora, a zwłaszcza najbliższą jego sercu problematyką. Powiedział m.in.

– Planowana do wydania rzecz będzie niejako summą moich dotychczasowych doświadczeń. Zawsze zresztą pisarz – co by nie pisał – opowiada siebie. Jeśli idzie o tematykę, interesuje mnie przede wszystkim współczesność. Przy czym pod pojęcie współczesności podciągam również okres ostatniej wojny, okupacji. Uważam – i to też staram się wykazać – że pokolenie, do którego należę, nie jest w stanie wyzwolić się z obciążeń psychicznych okresu wojny. Również Ziemiom Zachodnim poświęcam sporo uwagi. Stanowią one jakby tygiel, w którym tworzy się nowa społeczność, specyficzna kultura.

– To ostatnie – nawiązaliśmy – wiąże się z zagadnieniem wywołującego kontrowersje regionalizmu we współczesnej literaturze…

– Ciągle się stykam z tą sprawą. Nawet kiedyś wygłosiłem referat na temat Ziem Zachodnich. Ale sądzę, że tylko taki ruch regionalny ma sens, gdy może przekroczyć granice swego regionu i nabrać uniwersalnego charakteru. Ten warunek spełnia książka Zbigniewa Zielonki Orły na sarkofagu i dlatego wysoko ją cenię. Będę zawsze przeciwnikiem sprowadzania regionalizmu do sztucznego podtrzymywania folkloru etc.

Kazimierz Kowalski, nie wchodząc tak głęboko w historię, jak Zbigniew Zielonka, zuniwersalizował niejako ponidziańskie doświadczenie wojenno-okupacyjne, osobiście przeżyte, związane z Batalionami Chłopskimi, współdziałającymi z innymi formacjami bojowymi w sprzymierzonym posłannictwie. Ostrożnie wskazuję nie tyle na analogię, co intencjonalne zamierzenie. Da się je wyczuć przy jednoczesnej zmianie nastawienia – zdecydowanej rehabilitacji literackiego tematu i tradycji rodzinnego regionu – z naszej rozmowy pt. Upieranie się przy tradycji po trzynastu latach dla kieleckich „Przemian” (1979, nr 10). Przeprowadziłem ją w podpińczowskich Krzyżanowicach, dokąd pisarz przyjechał swym samochodem z Opola, by w najbliższym sąsiedztwie „miejsc ukochanych” pisać cykl nowel filmowych o losach tutejszych Batalionów Chłopskich (szkoda, ale jakoś nie wróciliśmy później do przyczyn niespełnienia tego zamiaru). Siedzieliśmy nieopodal starannie odrestaurowanego dworku, siedziby ośrodka szkoleniowo-wypoczynkowego Zakładów Gipsowych w Gackach w słoneczne sierpniowe przedpołudnie. Spokój, ład dookolny sprzyjały skupieniu i refleksji. Kazimierz Kowalski chwilę zastanawiał się, patrząc przed siebie pomiędzy kępy drzew, wyraźnie – coraz bardziej się upewniałem – w stronę Bogucic, sporej, malowniczo położonej wsi, której w przeddzień, mimo najszczerszych chęci, nie mogłem się dobrze przyjrzeć przez zadeszczone szyby auta.

– Wprawdzie człowiek nie ma wpływu na wybór stron rodzinnych – szybko notowałem – ale istnieje siła, która każe związać się z jakimś regionem. Urodziłem się na Pomorzu [w Chełmnie – SN], jednak całe dzieciństwo, wszystkie wakacje spędzałem tutaj, w Bogucicach. Ojciec różnymi sposobami uczył kochania tej wsi, jej przeszłości, tradycji. I tu, na tym zakościelu, jest mój prawdziwy dom. Kiedy wybuchła wojna, było oczywiste, że możemy bezpiecznie zamieszkać tylko w Bogucicach. Zamieszkaliśmy więc u rodziców ojca. Panowała straszna nędza. Niemcy prowadzili rabunkową politykę. Ale była to dla mnie najwspanialsza szkoła życia. Dosłownie, całowało się okruch chleba, robiło wszystko. Orałem, woziłem z pola, mełłem. Niezależnie od tego musiałem pracować, aby mieć arbeitkartę. Zatrudniano przy odkrywkach manganowych. Potem byłem uczniem u zegarmistrza. Wreszcie pracowałem w lesie, gdzie poznałem wszystkie specyficzne zajęcia, począwszy od zbierania sadzonek, aż po żywicowanie. Równocześnie chodziłem na komplety. Ale czułem się kawalerem wiejskim, nie chciałem się uczyć. Mimo to wyniosłem z kompletów niemało. W 1943 powstał w Bogucicach oddział Batalionów Chłopskich. Zostałem zaprzysiężony. Byłem najmłodszym w oddziale, „synem pułku”. Praca w lesie, ćwiczenia nie przeszkadzały w normalnym życiu. Jakże często pisze się o tym inaczej…6).

W moim odczuciu, Bataliony Chłopskie, 160-tysięczna, potężna armia-organizacja, nie została należycie opisana. Nikt spośród tych, co powinni, tego tematu nie podejmuje. Dlatego na mnie spada niejako obowiązek. Liczą się nie tylko realia konkretne, opisy, ale, wyczuwam to, istnieje w ludziach, którzy tu walczyli, jakaś potrzeba mitu. Sami go podświadomie tworzą. Potem dopiero trzeba prawdę wyłuskiwać, dochodzić do niej i ją jak najpełniej pokazać. Ale bez tego mitu, owej otoczki, prawda by aż tak nie fascynowała.

Chciałbym pokazać ogromny udział Batalionów w obronie Republiki Pińczowskiej. Po raz pierwszy w dziejach okupacji w takim stopniu AL, BCh, AK działały jednomyślnie, o czym się mało wie. BCh poniosło największe ofiary, zwłaszcza w okolicach Skalbmierza, jego pacyfikacji, obrony.

Kilka krótkich fragmentów z tego wywiadu, mówiących o silnych związkach pisarza (biograficznych i odzwierciedlonych w twórczości) z Ponidziem, a zwłaszcza z Pińczowskiem, przypomniałem, anonsując w „Echu Dnia” jego spotkanie 12 stycznia 1983 (nr 8) w kieleckim Ośrodku Kultury Literackiej przy ul. Wspólnej 8a.

 

Nad moją sceniczną próbą

W 1984 tak się szczęśliwie złożyło, że dwaj zaprzyjaźnieni radiowcy –Kazimierz Kowalski z redakcji literackiej Rozgłośni PR w Opolu i Andrzej Maćkowski, red. nacz. Rozgłośni PR w Kielcach – opiniowali mój poemat dramatyczny pod wstępnym tytułem Opętani nadzieją. Był on nagrodzony w konkursie literackim „Głosu Nauczycielskiego” i potem, w 1988, wydany pt. Puls wraz z nutami muzyki do dziewięciu songów, skomponowanej przez prof. Mirosława Niziurskiego z Kielc [1932–2015] (brata pisarza Edmunda, wspominanego w tym tomie odrębnie). Korzystając z ich życzliwych uwag, chciałem poemat ten, sumujący ważną problemowo część mojego lirycznego dorobku, zaproponować m.in. warszawskiej Starej Prochowni Wojciecha Siemiona. Sposób prezentacji poezji przez Wojtka (poświęcam mu tutaj serdeczne strony przy Tadeuszu Różewiczu) odpowiadał mi najbardziej. Ale mój wybrany na inscenizatora był nachodzony przez wszystkich. Zainteresowany, zdawało się, mocno realizacją, telefonicznie coraz to przepraszał, apelując o cierpliwość. Póki co Elżbieta Baran z Miejskiego Centrum Kultury w Ostrowcu Świętokrzyskim wyreżyserowała dynamiczny spektakl z grupą uzdolnionych aktorsko i wokalnie licealistów. Udana nad wyraz premiera zachęcała do podboju scen gdzie indziej… Potrzebowałem wszak jeszcze opinii wspierających.

Kazimierz Kowalski podkreślał, że to „poezja ostra, zaangażowana, skłaniająca do głębokich refleksji szerszej natury, ale także wywołująca pożądane emocje”, po czym tak charakteryzował problematykę: „Osaczenie współczesnego człowieka wszelakim zagrożeniem – wojną, grozą odczłowieczenia go, unicestwieniem otaczającego go piękna, ograniczeniem jego osobistych praw do radości i do własnego smutku: ingerencja z zewnątrz w jego najbliższy świat wewnętrzny – oto główne, jak mi się zdaje, niebezpieczeństwa, przed którymi pragnie poeta i przestrzec, i uchronić swego bliźniego, swego towarzysza doli i niedoli, który z desperacją szuka swego miejsca w świecie. Szeptem i krzykiem, słowem otuchy, zapewnieniem, że jest obok niego, razem z nim, nieustannym wzywaniem do – trawestując Camusa – upierania się przy nadziei”. Następnie puentował: „Nie muszę podkreślać, jakie to ważne dzisiaj, w czasach rozpadu wartości oraz – z drugiej strony – mozolnych prób restytuowania tych wartości. Poemat dramatyczny […] ma wielką siłę poetyckiego słowa. Oby aktorzy i inni artyści sprostali zadaniu […]”.

Opinie Kazimierza Kowalskiego i Andrzeja Maćkowskiego dopełniały się. Andrzej wzmiankowane przez Kazimierza ekspresyjne formy ujęcia („ostrość, zaangażowanie”) interpretuje następująco: „Z ironii, drwiny, obojętności, zniechęcenia, prezentowanych poprzez figury dramatu, rodzi się postawa ostateczna – czynna, serio traktująca nawet skromne możliwości pojedynczego człowieka w walce […] o przetrwanie. […] Nyczaj daje nadzieję, ale każe o nią walczyć każdemu z osobna, nakłada na nas taki moralny obowiązek. […] Ta wielce humanistyczna i bardzo dziś aktualna przesłanka zyskuje swoją piękną wyrazistość w formie – zwartej, nieprzegadanej, operującej celnym poetyckim skrótem, bez powtarzania zużytych już dziś przymiotników. Podbudowana oprawą muzyczną ma wszelkie szanse, żeby wywrzeć na słuchaczu wielkie wrażenie […]”.

 

Nad swoim pisarskim warsztatem

W 19 lat po wcześniejszym wywiadzie poprosiłem Kazimierza Kowalskiego o rozmowę dla mojej „Ikarowej” rubryki Tajemnice warsztatu pisarskiego (1998, nr 9, s. 31–32). Mogłem ją rozpocząć z dużą satysfakcją:

– Pański dorobek twórczy doczekał się syntetycznych omówień: studium Wiesława Olkusza [Dyskretny urok sztuki radiowej. W świecie słuchowisk Kazimierza Kowalskiego, Opole 1995] i monograficznego ujęcia Stanisława Rogali [Pisarstwo Kazimierza Kowalskiego, Kielce 1996]. Jest bogaty tematycznie, problemowo i różnorodny pod względem uprawianych gatunków. Składają się nań powieści, opowiadania, formy dramatyczne (w tym liczne słuchowiska radiowe), eseje, felietony, gawędy. Dokonywał pan adaptacji utworów innych pisarzy na słuchowiska. jak również adaptacji własnych słuchowisk czy nowel na widowiska teatralne. Zatem ma pan za sobą ogromne doświadczenie warsztatowe. Ale warsztat to przecież nie tylko kwestia pisarskiej sprawności. To problem inspiracji, pomysłów i sposobów ich rozwinięcia. Wiadomo, każda książka ma swoją historię. Którym z pańskich utworów towarzyszyły jakieś szczególne przygody wyobraźni?

– Mam wśród swoich książek pewne ulubione. Niekiedy do nich powracam, bawią mnie. Np. Skrzypek sierotka… – powieść o rozbudowanym barokowo tytule, która powstała spontanicznie. Razu pewnego zepsuła mi się maszyna do pisania i sam długo borykałem się z nią. Wciągnąłem wreszcie papier, by sprawdzić, czy dobrze naprawiłem, i ucieszony, że działa, zacząłem sobie na próbę układać pierwszą stronę powieści. Potem przeczytałem i stwierdziłem: „Zaraz, to jest nawet zabawne!”. Zacząłem dalej pisać w ten sposób, ze strony na stronę, bez żadnego planu. Powstała rzecz rozrywkowa. Została wydana w nakładzie bibliofilskim 200 egz. Ale wspominam o tej powieści tylko dlatego, że ją bardzo lubię. Choć powstała dawno, 20 lat temu, ciągle sprawia mi tę samą radość. Zakrawa to na samouwielbienie? Nie jestem w stosunku do siebie bardzo krytyczny. Ale akurat tę powieść wciąż czytam sobie jakby na nowo.

Rzeczywiście, każdy inny utwór miał jakieś silne doznanie. Np. powieść Serca nasze obie 1777 o dwuwątkowej fabule powstawała wtedy, gdy mną i moją rodziną wstrząsnęły wielkie przeżycia. Musiałem je z siebie wyrzucić. Wykorzystałem tam dwie poprzednie powieści, gdzie też spożytkowałem wątek autobiograficzny: Partyzant nie składa broni i Przygody dawnego partyzanta. Wprowadziłem tego samego bohatera. Postanowiłem ukazać jego losy.7)

Oprócz wspomnianych książek bardzo lubię i tę, której pan był redaktorem. Rzecz o trochę dziwnej strukturze pt. Szalone z miłości. Jak pan sobie przypomina, tytuł ustaliliśmy telefonicznie. I to było dla mnie szokujące, że pan musi już go mieć (zdaje się, dla zaprojektowania okładki). Chciałem dać jakiś wymyślny, literacki, a tu, jak raz, ten powstały naprędce chwycił i się sprawdził.

– Książka, także trochę dzięki niemu, rozeszła się w niemałym nakładzie. Miała przy tym dobre recenzje, uznana została za jedną z lepszych pańskich powieści. Gdybyśmy przybliżyli się do obecnego czasu… Czy drąży pan jakąś sprawę, która fascynuje tak, że z tego zrodzi się książka? Czy powstały zawiązki nowej powieściowej akcji?

– Piszę stale. Mam w tej chwili trzy gotowe. W jednej z nich wykorzystałem wątki z moich słuchowisk rozrywkowych. Akcja rozgrywa się na Kielecczyźnie, na pograniczu wsi i miasteczka. Wieś kielecką najlepiej znam. Tyle lat przesiedziałem w Pińczowskiem, stamtąd się wywodzi mój ród. Znam mentalność ludzi, z którymi się wychowałem. Powieść nosi tytuł W samym środku zabawy i opowiada o kobiecie, która rękami, nogami broni swego wiejskiego domu i prawa do ziemi. Tymczasem zachodzą nieubłagane procesy cywilizacyjne, miasto się rozbudowuje i wchłania wieś. Popatrzmy na Pińczów rozrastający się w stronę Pasturki, Buska. Od rolników wykupuje się gospodarstwa i lokuje się ich w wielkich kamienicach. Moja bohaterka, gdzieś spod Grodziska (toż ono jest już częścią Pińczowa!), nie chce się z tym absolutnie pogodzić. Tu spędziła całe życie, urodziły się jej dzieci i wnuki. Używa wszystkich sposobów, aby się obronić. I w końcu wpada na pomysł, by własne gospodarstwo uczynić skansenem, którego staje się kustoszem. Dzieje się to wszystko od początku lat pięćdziesiątych do czasu stanu wojennego. Jest mnóstwo perypetii, szalenie, moim zdaniem, zabawnych. Zderzeń ekspansywnej rzeczywistości z psychiczną potrzebą wytrwania w starym porządku. I to się bohaterce udaje. W drugiej powieści wykorzystałem fragment dziejów rewolucji francuskiej. Wzięło się to stąd, że kiedyś napisałem słuchowisko o Karolinie de Corday…

– …Wprowadzone już do Szalonych z miłości

– …Zgromadziłem mnóstwo materiału. Poza tym pochłonęła mnie sprawa Robespierre’a, który był bohaterem dla Stanisławy Przybyszewskiej, a według mnie to był człowiek zimno kalkulujący skazywanie kolejnych osób na śmierć; potem zresztą sam padł ofiarą dekretu, jaki zaproponował, żeby przyspieszyć proces ścinania głów z arystokracji i kleru. Urywki tej, także gotowej już, książki zamieściłem m.in w opolskich „Stronach”.

No i wreszcie trzecia książka, powieść współczesna, po pierwszej redakcji… Skończyłem – i zaczynam ją opracowywać na nowo, Zacząłem ją pisać jeszcze wtedy, gdy leżałem w szpitalu na zawał. Leżąc konstruowałem zdarzenia fabuły. Jest w niej pewien procent własnych przeżyć, ale i doświadczeń tych z sali, którzy opowiedzieli mi ciekawe historie. Wyobraziłem sobie sytuacje, jakie mogły się zdarzyć. Powieść ma tytuł Nocne mgły. Osadzona jest w realiach opolskich, i choć występują liczne odwołania do przeszłości, dzieje się zasadniczo w tej chwili. Oś akcji stanowi wątek miłosny. Bohaterem jest człowiek spokojny, nieśmiały, uczciwy. I pragnę dowieść, że taki człowiek dziś nie ma żadnych szans, by coś osiągnąć. On zostaje zniszczony po drodze. Dziś, w warunkach szybkich przełomowych zmian, szanse mają wyłącznie ludzie przebojowi, nieoglądający się na etykę, na „wolno, nie wolno”, na „wypada, nie wypada”, „to mój przyjaciel, to mój brat”. Ważne jest, by osiągnąć cel. Cel materialny, komercyjny. W związku z tym mój przegrywający bohater cierpi. Przytłacza go na dodatek atmosfera szpitala. Jedynym oparciem stają się dla niego rzetelni i troskliwi lekarze, których odpowiedzialną pracę wysoko cenię.

    

– Widać, że do pewnych wcześniejszych wątków ze swojej twórczości, jak choćby do wspomnianych słuchowisk, pan wraca. Czy zdarzyło się poczuć taką potrzebę, by wcześniej powstałą i wydaną książkę napisać na nowo.

– Należałoby powiedzieć, że tak. Że dziś bym to czy tamto inaczej napisał. Lecz ja tego nie powiem. Był inny czas, inaczej wtedy pisałem, i to jest już dla mnie czas zamknięty. Nigdy nie zdecydowałbym się dawnej książki przerabiać.

– A gdyby szykowało się nowe, drugie wydanie, czy pan by z okazji korekty nie skorzystał?

– Co najwyżej chętnie bym dopisał coś, rozbudował, ale nie pisał od nowa tego samego.

– A w przypadku słuchowisk, czy zdarzyło się panu po pracach realizatorskich w studio, emisjach, czasami parokrotnych, reakcjach słuchaczy w listach, rozmowach w kręgu ludzi radia… dokonywać jakichś istotnych zmian?

– Do słuchowisk powracałem w inny sposób. Przerabiałem je na utwory sceniczne. Grano moich 15 sztuk.

– To były adaptacje dla potrzeb konkretnych przedstawień.

– Ale jakże rozbudowane. Słuchowisko nakazuje mi wyobrazić sobie wszystko: bohatera, jak się porusza, jakie są jego reakcje, jakie ma wnętrze. Muszę to wszystko dać słuchaczowi do zrozumienia w dialogu, sytuacji dźwiękowej. Natomiast na scenie widz nie tylko słyszy, ale przede wszystkim śledzi, poprzez scenografię, kostiumy lokalizuje sobie akcję w czasie. Przystosowanie się do widza wymagało ode mnie przeróbek. Np. przerobiłem na scenę takie słuchowisko o Franciszku Chruszczu, osnute na prawdziwym wydarzeniu ze Śląska, o tym śląskim Drzymale. Sztukę pt. Nie rzucili ziemi, skąd ich ród grano ponad dwieście razy. Aktorzy z nią docierali do najdalszych zakątków Opolszczyzny, wystawiali ją w szkołach, domach kultury, świetlicach wiejskich. Któryś z nich kiedyś zaproponował: „Jedź z nami, zobaczysz, jak ludzie reagują, płaczą na sztuce”. Pojechałem, było tak rzeczywiście. To się kończyło dość patetycznie, bo odśpiewaniem „Nie rzucim ziemi…”, co w warunkach śląskich ma swoją specjalną wymowę. Kiedy dawniej, w 1981 roku, myślałem, że to jest zbyt patetyczne, teraz sądzę, że może jeszcze za mało… Mam takiego polemistę, który pisze do mnie listy, publikuje felietony, spiera się traktując mnie jako nacjonalistę. A ja broniłem w 1981 pięciu prawd Polaków. Moim zdaniem, prawd wspaniałych, za które Ślązacy oddawali własne życie, siedzieli w obozach. Bronili swego prawa do bycia Polakami. A ten mój polemista twierdzi: „To są prawdy, jakich powinniśmy się wstydzić, i pan też powinien się wstydzić. Pańskie dzieci będą się za pana wstydzić”. Co na takie dictum można zrobić? To aberracja. Zmuszony jestem wypowiadać się w eseistyce, publicystyce…

– …Gdzie uargumentować można swoje racje poza kreacją…

– Z konieczności odchodzę od fikcji. Tropię fakty, udowadniając np., że Józef Elsner był Polakiem, a nie, jak upierają się moi polemiści, Niemcem. Owszem, on się urodził Niemcem, ale zmarł Polakiem. Leży na cmentarzu Powązkowskim z inskrypcjami polskimi. Cały czas podkreślał, że jest Polakiem, Moniuszko uważał go za Polaka i Niemcy, którzy go za życia odwiedzali, traktowali jako Polaka. To wszystko dziś muszę wykazywać, więc grzebię w dokumentach itd.

– Dochodzi do paradoksu, gdy trzeba argumentować słuszność zakorzenionych w tradycji prawd szlachetnych postaw. Panie Kazimierzu, jest pan doświadczonym pisarzem, co by pan przekazał młodym wchodzącym teraz do literatury, przygotowującym pierwsze książki do druku?

– Powiedziałbym, dając do zastanowienia, że martwi mnie, iż przybywa książek, a nie pisarzy. Dziś łatwo wydrukować wszystko, co się napisze. Wystarczy mieć na to pieniądze. Kiedyś każde zdanie u takich poetów, jak np. Zbigniew Bieńkowski, z którym się przyjaźniłem, coś znaczyło, niosło określone wartości.

– Na szczęście z tego zalewu bylejakości od czasu do czasu wyłania się jakaś indywidualność. Wiem skądinąd, że ceni pan twórczość Jacka Podsiadły, który ostatnio zaskoczył nas wszystkich, decydując się za młodu na dwutomową edycję swych Wierszy zebranych.

– Wielka szkoda, że nie pracuje już w opolskim radiu, gdzie tworzył wokół siebie niemal młodzieżową subkulturę. Gdy odchodził, do rozgłośni napłynęło tysiące listów w jego obronie. Cóż, nic nie pomogło, wszystkie poszły „do kosza”. Poeta, który zdążył się czymś zaznaczyć, osiadł w podopolskich Chruścicach. Próbowałem mu pomagać w rozmaitych skomplikowanych sprawach.

– A gdybyśmy popatrzyli na prozaików…?

– Bardzo łatwo ulegają przejściowym modom. Myśmy dawniej też oglądali się na pewne wzorce, ale chyba nie ulegaliśmy im do tego stopnia. Teraz, jak pojawił się u nas na rynku Charles Bukovski, pisarz amerykański, młodzi zaczęli pisać w jego stylu obscena. Naśladownictwo, bez zadatków talentu, irytuje. Zbulwersowało mnie pisarstwo Gretkowskiej, tej, która tak błysnęła, młoda, a już od razu wielka. Pierwsza jej książka była, owszem, interesująca. Ale potem to, co przeczytałem o kobiecie mającej dwie łechtaczki, to już tylko bulwersowanie. Przyznam jednak, że ujęła mnie znowuż esejem o Karolinie de Corday.

– Czułem, że pan o tym wspomni.

– Choć niekiedy, zwyczajnie, epatuje, czuje się, iż jest utalentowana! Ciekawe, że w naszej prozie raczej kobiety przemawiają mocniejszym głosem.

I na koniec jedna uwaga. Myślę, że każdy młody pisarz – poeta czy prozaik dobrze robi, gdy na początku pyta kogoś starszego lub bardziej doświadczonego, co jest wart jego tekst.

Nie zmieściły się już w „Ikarze”, obecne w złożonym do druku maszynopisie, moje życzenia dla pisarza, a wśród nich szczególnie to, by po Długim powrocie Odysa mógł wydać drugi tom swych znakomitych słuchowisk, tym bardziej iż wskutek komercyjnego ustawienia programów radiowych, rzadziej goszczą na antenie.

 

Animator życia literackiego

Kazimierz Kowalski ponad 60 lat związany był z Opolskim Oddziałem ZLP. Będąc wpierw od listopada 1953 inicjatorem i sekretarzem Opolskiego Zespołu Pisarskiego, został przyjęty na członka kandydata nowo powstającego Oddziału w listopadzie 1955. W kwietniu 1958 Plenum Zarządu Głównego krzywdząco skreśliło go z listy członków, ale po rocznej przerwie został przywrócony w prawach członkowskich uchwałą X Walnego Zjazdu Delegatów ZLP w grudniu 1959. Swoją pisarską i animatorską działalnością zaznaczał się mocno w kulturze miasta i regionu. W 1960 zainicjował i współorganizował Festiwal Artystyczny Ziem Zachodnich i Północnych „Wiosna Opolska”. Pod jego redakcją ukazały się almanachy: II Wiosny Opolskiej (1962), III Wiosny Opolskiej (1964), młodej poezji opolskiej Próg ze wstępem Zbigniewa Bieńkowskiego (1967), V Wiosny Opolskiej (1968). Gdy od 2003 Oddział Opolski nie przesyłał do Zarządu Głównego żadnych informacji o swej działalności, zadłużony wskutek nieopłacania czynszu za siedzibę, przyjechałem z upoważnienia Prezydium ZG do Opola na zwołane specjalnie zebranie 23 kwietnia 2010, by ratować sytuację, i wtedy Kazimierz Kowalski, uniesiony honorem, powiedział:

– Takie stwierdzenie, że „Oddział Opolski nie działał przez osiem lat”, jest niesprawiedliwe i mija się z prawdą, gdyż w tym czasie załatwiono wiele spraw, które należy uznać za ważne i godne zapamiętania, jak np. pomoc dla kol. Jerzego Kareckiego [1954–2005, poety, krytyka literackiego, autora trzech tomów wierszy: Dalszy ciąg historii Ikara z 1979, Chłód niewidzialnej ściany z 1990, Kiedy roztrwonią nas chwile z 1993 – SN], nagroda dla Wiesława Malickiego [1935–2011, wspominanego w tym tomie odrębnie], nagroda i jubileusz Zbyszko Bednorza [1913–2010, poety, prozaika, publicysty, autora m.in. poematu Strofy serdeczne z 1947, powieści Dzieci i bagaże z 1953, zbioru opowiadań Będzie bratem z 1955], 70-lecie Jana Goczoła z Medalem Gloria Artis, starania o odznaczenie dla Adama Kurczyny [1935–2005, poety, satyryka, dramatopisarza, autora tomików: Smak dzikiego wina z 1959, Szare słońce z 1967, Retro z 1990]. Największym problemem stał się brak środków i dotacji Urzędu Wojewódzkiego, co uniemożliwiło działalność.

„Załatwiono” – czytamy w protokole sporządzonym przez Teresę Nietykszę8) – a w istocie to on sam angażował się w te sprawy w imieniu niedziałającego de facto Zarządu Oddziału. Wspierał kolegów swoimi bezinteresownymi staraniami.

_______________

1) Po wielu operacjach – pierwszej, mając pół roku w 1943 we lwowskim szpitalu przy wtórze bombowych nalotów, kilku następnych, już po wojnie i repatriacji z Kresów, co dwa-trzy lata do 1954 w krakowskiej klinice. Tej pierwszej dramatycznej, oczywiście, nie mogłem zapamiętać, choć opisałem ją na podstawie relacji bliskich (oddając w pełni, jak wmawiano mi dobrodusznie, całą grozę sytuacji, w jakiej przebiegała, robiona za worki masła, mąki, cukru, zdobyte z poświęceniem przez wuja Tadzika) w wierszu Najcichsza odwaga, dedykowanym Matce:

 

Światła, więcej jasności, widzieć!

 

Oto świat, pomniejszony

do jednego tylko Twojego pragnienia, Matko,

bym  p r z e j r z a ł.

 

Tyle naraz zbiegło się zegarów.

Mięśnie powietrza – napięte do horyzontu.

Rozkołysane na alarm-klęskę dzwony bomb

spadają z przedwiecznego niebostropu.

 

Osuwają się kościoły

i wznoszone naprędce wieżyczki rąk.

 

Za łopocącymi w przeciągu drzwiami

w dali – coraz bliższej,

wielkie frontowe operacje:

ciało i krew

za wolność, naród, ojczyznę…

A tuż,

w osłoniętej nocą klinice,

najcichsza odwaga lekarzy:

lśniące ostrza w pośpiechu

zdzierają z oczu kataraktę,

by zdążyć, nim nadlecą kolejne bombowce…

 

Bym więcej nie garnął się do światła

na oślep.

 

Te pamiętne krakowskie dni na ul. Kopernika u prof. Wilczka przeżywałem bardzo dolegliwie. Ratowano mi wzrok, a ja broniłem się przed każdorazowym położeniem na stół operacyjny, walczyłem z krępującymi moje niesforne ręce pielęgniarkami, gdyż dusiłem się pod narkozą wwiercającą się w nos z nałożonej nań grubą warstwą wypełnionej eterem waty i ligniny.

2) Ojciec, z zawodu nauczyciel, który najwięcej mógłby pomóc, nie zdecydował się na przymusową repatriację ze Stanisławowa (przemianowanego na Iwanofrankowsk) do Opola. Moje wzrokowe kalectwo strwożyło go bądź przerosło jego siły, a potrzeba opieki nad jego matką-staruszką, z wyznania prawosławną, była tylko wygodnym pretekstem, gdyż wystarczyła do tego obecność stryja, który też, jak on – i wielu, niestety, sprawnych ojców rodzin, jacy dali się zastraszyć ulotkami Rosjan, że na tzw. ziemiach odzyskanych będzie się mężczyzn (potrzebnych przecież do powojennej odbudowy) rozstrzeliwać – zrezygnował z opuszczenia niegościnnej wówczas dla Polaków nowo utworzonej przez nich Ukrainy. Jak wiadomo, taka groźba – najzupełniej przeciwnie niż pomawiano – tkwiła wtedy potencjalnie raczej wewnątrz niej. Niewyobrażalnie bolesną traumą na psychice repatriantów zaciążyły masowe mordy na całych polskich rodzinach dokonane w ostatnich latach wojny przez ukraińskie nacjonalistyczne bandy UPA.

3) Szczęśliwie wuj uniknął podobnych przykrości. A w jego przypadku zatrzymanie groziłoby nieuniknioną draką. Lubił boks, nie poskąpiłby kilku sierpowych w samoobronie… Potem, w spokojniejszych czasach, został znanym i lubianym przez kibiców sędzią ringowym zawodów klasy również międzynarodowej. Zabierał mnie na zawody; kiedy w 1972 przeniosłem się do Kielc, nierzadko ściskałem go, kiedy gościnnie sędziował w hali Błękitnych (cała nasza rodzina cieszyła się, gdy w nagrodę za zasługi dla sportu uczestniczył w wycieczce na Kubę). Załamała go, niestety, pozbawiła całkowicie werwy i humoru astma…

4) Poproszony w połowie 1985 przez Redakcję miesięcznika „Opole” (z którą byłem związany półetatowym zatrudnieniem u początków pisma w 1970) o wspomnienie poświęcone opolskiemu Kołu Młodych, spróbowałem – mieszkając już dość długo w Kielcach – odtworzyć sobie w pamięci bliskie sercu zdarzenia sprzed kilkunastu lat. Tekst z czerwca ukazał się w numerze listopadowym 1985 na s. 26–27 „Opola”. Przytaczam tutaj jego ważniejsze fragmenty, bo odesłanie bibliograficzne zakłopotałoby nawet tropicieli z miasta mojej młodości, w którym powodziowy wylew Odry w 1997 zniszczył archiwa z rocznikami czasopism głównych bibliotek (wojewódzkiej, miejskiej, pedagogicznej, uniwersyteckiej oraz Instytutu Śląskiego): „Głębsze problemy [obok spraw rzemiosła] wyłaniały się np. z dyskusji tyczących bolesnego styku natury i cywilizacji. Tu byliśmy jednomyślni co do oceny anomalii, schorzeń, konfliktów. Trzech spośród nas Krystian Szafarczyk, ja, potem z całym oddaniem Harry Duda) zaangażowanych było czynnie w działalność profilaktyczną i interwencyjną Ligi Ochrony Przyrody. Poświęciłem temu dramatycznemu stykowi połowę wydanego z opóźnieniem (1975 w Kielcach) tomiku Gry z naturą. Harry Duda celował w liryce pejzażowej; wartościowy plon przyniosły potem zwoływane przez niego poetyckie plenery w parkach narodowych. Nie brakowało, oczywiście, w naszym kole refleksji nad poezją polską z końca lat sześćdziesiątych. Najżywiej przy tym interesowało nas to, co się «rozkręcało» w pobliskim Wrocławiu. Wczytywaliśmy się z uwagą w «Kontrasty», [od 1970] «Kontrasty Odrzańskie», potem «Agorę». Publikował tam, pełniąc rolę łącznika między dwoma środowiskami, Marek Jodłowski [1941–1982, poeta, krytyk literacki i teatralny], dojeżdżający na zebrania z Brzegu. […] Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych Koło Młodych organizowało spotkania w Klubie Związków Twórczych. Gościli redaktorzy «Poezji» i innych czasopism, w których chętnie […] publikowaliśmy. Wystąpili Piotr Kuncewicz [1936–2007 – wspominam go w pierwszym tomie Wśród pisarzy z 2010, s. 40–47], Edward Stachura [1937–1979 – wspominam wierszem Odwiedziny Poety i notą o opolskim spotkaniu w tomie poetyckim Arcymiara z 2014, s. 19–20], Tadeusz Śliwiak [1928–1994]. Prezentowaliśmy pod dyskusję własne nowe utwory indywidualnie i zbiorowo. Były to na ogół ciekawe wieczory kończone biesiadami przy zsuniętych stolikach. Zdążyłem przed wyjazdem do Kielc zebrać niemało czytanych tam wierszy i trochę opowiadań, które wraz z reportażami red. Edward Pochroń zamieścił w almanachu Rysopis, opatrzonym wstępem Bogusława Żurakowskiego – jeszcze wtedy mieszkającego w Opolu”.

5) Wspomogłem w różnej formie wydania książek m.in. Zygmunta Dmochowskiego (1931–2013, sumującego jego dorobek poetycki Wyboru wierszy z 2003, poświadczajacego, że autor – jak opiniowałem – rzeczywiście odnowił język poezji, wzbogacił go o mnóstwo nowych wyrazów i ich pomysłowych złożeń, czerpiąc z mowy potocznej, gwary Kujaw, własnej zdumiewającej inwencji), Harry’ego Dudy [cytowanego w tym tomie kilkakrotnie), Elżbiety Lisak-Dudy (cytowanej w tym tomie we wspomnieniu o Wiesławie Malickim), Wiesława Malickiego, Zbysława Śmigielskiego (także wspominanego w tym tomie) czy Kazimierza Kowalskiego, zachęcając do napisania powieści Szalone z miłości i będąc jej redaktorem w kieleckiej Redakcji Wydawnictwa Łódzkiego.

6) Ważny passus z wywiadu mówiący o wpływie ponidziańskich „miejsc ukochanych” na kształtowanie się osobowości przyszłego pisarza:

– Okres ten nauczył mnie miłości do stron rodzinnych. Działanie w grupie, solidarność, długa tradycja rodowa… Pracowało się tu na okrągło, i to mi zostało na całe życie. Niekiedy się dziwią, a ja po prostu uważam, że spełniam obowiązek, że winienem coś po sobie zostawić. Pracowitość wszak to nie cnota, a obowiązek, to nie powód do szczególnego wyróżnienia czy podziwu. Nauczyłem się tutaj solidarnego działania z innymi. Człowiek sam nie jest w stanie nic zrobić. Dopiero dzięki wzajemnej pomocy mogliśmy ocaleć. Teraz, komu mogę pomóc, staram się wyjść naprzeciw. Nauczyłem się miłości do tych stron. Zjeździłem całą Polskę, ale tu jest teren, krajobraz niepowtarzalny, tu ludzie są najbardziej autentyczni, nie prowadzą gry. Mieszkam w Opolu, gdzie jest grupa ludzi stąd. Chciałbym, żeby ci pińczowianie się trzymali. Z samych Bogucic jest tam 10 osób. Myślałem końcówkę życia spędzić tutaj… z łąką, skowronkiem w oczach. Stary cmentarz w Bogucicach jest zapuszczony. Człowiek winien pozostać w ludzkiej pamięci, nie na cmentarzu poprzez tablicę, pomnik, bunkier jakiś. Wziąłem sobie żonę z Bogucic. Co roku jestem tutaj. Ten kontakt na stałe muszę utrzymywać. Tu przeżywałem wszystkie pierwsze miłości.

– Jak dalece, pańskim zdaniem – zapytałem – te doświadczenia zaowocowały w twórczości? Jak, narzucając czytelnikom własne widzenie, chciałby pan uświadomić im ważniejsze sprawy z przeszłości i teraźniejszości?

– Ten region wszedł w moją twórczość głęboko. O ile starałem się ukazać jakąś wieś, były to z reguły Bogucice. W słuchowiskach też jest mnóstwo postaci stąd. Pierwowzory zawsze istniały tutaj. To był i jest nurt podświadomy – ilość wierzb, olch, łąk, torfowisk, których w takiej liczbie nigdzie indziej nie ma. Po raz pierwszy realia stąd w znacznym stopniu pojawiły się w noweli Uporządkowanie spraw ze zbioru Upieranie się przy nadziei. Później w Partyzant nie składa broni, Przygodach dawnego partyzanta, Zdradzie, Strip-teasie bez uciechy i ostatnio w Sercach… [tj. Serca nasze obie 1777, wyd. 1979]. Ale przecież w książce Pośrodku lasu, której akcja rozgrywa się zupełnie gdzie indziej, bohaterowie są spod Pińczowa, a nie na przykład ze Wschodu. W słuchowiskach, których napisałem kilkadziesiąt, też akcja rozgrywa się jakby pod Pińczowem, stąd biorę chłopów.

W Opolu mieszka Krzysztof Bucki [1936–1983 – SN], wybitny plastyk, który wywodzi się z Mirowia, dzielnicy Pińczowa – mam parę jego akwarel – jest zarażony tym regionem, walczy o ocalenie pewnych spraw. Mówi się, że tam, w Mirowie, mieszkają guloni, ludzie mający domy i dopiero gdzieś dalej kawałki ziemi, których się nie myślą pozbyć. Jest to upieranie się przy tradycji, przeszłości – i nie wolno nikogo z tej tradycji wyrywać. Zadaniem pisarza jest nie tylko naprawianie moralne człowieka, zadawanie pytań. Pisarz ma zatrzymywać ten obraz rodzący się pod powieką. Niech się wszystko zmienia, urbanizuje, elektryfikuje, ale też niech zostanie przeszłość!

Z rodziny ojca żyje jeszcze jego siostra, moja ciotka, Katarzyna, której żadną siłą nikt by stąd nie wyrwał. Bardzo wszechstronna. Dziadek do ostatnich chwil życia czytał. Sięgnąłem po naukowe opracowanie o tradycjach szkolnictwa w Pińczowie. Książka ukazała mi więcej niż się spodziewałem. Idzie przecież o to, by we własnym pisarstwie nie odkrywać banałów psychologicznych, ale odkrywać, uświadamiać sobie to, co najbliższe, tym lepiej, gdy nadto szerzej potwierdzone.

7) W recenzji z Serc… na łamach „Przemian” (1979, nr 6, s. 26) wskazywałem na zalety powieści, jakże pochopnie bagatelizowane niekiedy przez profesjonalną krytykę, takie choćby, jak zręczność we wprowadzaniu w nurt fabuły wielu „wziętych wprost z życia” sytuacji, dbałość o naturalny kształt ich scenerii – co raczej u niektórych tylko naszych prozaików idzie w parze z podobnymi umiejętnościami – troska o silnie współcharakteryzujący poszczególne postaci przebieg nawet najbanalniejszych z pozoru dialogów. Zwracałem uwagę, że powieść zdaje się dotyczyć przede wszystkim jednego wielkiego problemu: autentyczności. Autentyczności w relacjach historia–współczesność, polityka–rzeczywistość, szef–podwładni, rodzice–dzieci, wreszcie – w różnorodnych układach między mężczyzną a kobietą (małżeńskich, przyjacielskich, służbowych, przygodnych). Że problem ten wypływa z opowieści-zwierzenia narratora, będącego jednocześnie centralną postacią fabuły, jest zatem naświetlany ciągle jakby „z jednej perspektywy myślowej oraz uczuciowej, choć narrator stara się być obiektywnym pamiętnikarzem-sprawozdawcą i przy tym szczerym wyznawcą własnych „win”. I podkreślam w konkluzji, iż Kazimierz Kowalski unika deklaratywności, rzadko ocenia fakty wprost, nie ma więc w Sercach… niczego z moralizatorstwa, choć czuje się jednoznacznie, za czym opowiada się główny bohater, po części porte-parole autora. Za życiową prostolinijnością, postępowaniem mądrym, pełnym, dopowiedzmy, moralnej autentyczności.

8) Na zebranie przywiozłem decyzję Komisji Kwalifikacyjnej i Prezydium ZG o przyjęciu do ZLP poetki i prozatorki Teresy Nietykszy, związanej od dawna stałym zamieszkaniem i pracą z Opolem, zasłużonej na niwie działań w nauczycielskim ruchu literackim. I ją właśnie, cenioną przeze mnie, reaktywowanemu Oddziałowi przekazałem niejako „w prezencie”. Została przyjęta do Oddziału w Kielcach na wniosek mój jako jego prezesa (nieistniejący formalnie w Opolu Zarząd nie mógł tego zrobić). Był to ceremonialny gest wspierający ku satysfakcji zebranych i samej zainteresowanej. Wybrano Zarząd i prezesa. Od 23 kwietnia 2010 do 23 lutego 2011 sprawował tę funkcję Marian Buchowski, który w opolskich „Stronach” poskarżył się, że „diabeł podkusił go do jej przyjęcia”. Od 23 lutego do 1 września 2011 prezesował Władysław Żołnowski, który wyjednał u prezydenta Opola (przy udziale w rozmowach Marka Wawrzkiewicza) anulowanie długu ZLP za nieopłacanie pomieszczenia magazynowego na książki przy Rynku, karnie zaplombowanego. Od 1 września 2011 Oddziałowi prezesuje Teresa Nietyksza, prowadząca ofiarnie działalność pomimo braku jakichkolwiek dotacji.

 

Pin It