Walentyna Mikołajczyk-Trzcińska

 

Daugavpils Teatris - teatr odrodzony

 

Ryszard Tomczyk
Ryszard Tomczyk

 

            Miasto ma właściwie trzy nazwy: Daugavpils to nazwa łotewska, dawna nazwa rosyjska to Dyneburg, a polska i najdawniejsza – Dźwińsk. Podaję je w tej kolejności, bo liczy się to co jest tu i teraz. A teraz jest to drugie co do wielkości miasto Łotwy, stolica i centrum naukowe, przemysłowe i kulturalne Łatgalii (b. Inflant Polskich), znajduje się w południowo-wschodniej części kraju, nad Dźwiną (nazwa w języku łotewskim oznacza zamek nad Daugavą, tj. Dźwiną), miasto wydzielone. To także główny ośrodek Polaków na Łotwie - większość mieszkańców miasta stanowi ludność rosyjskojęzyczna (w tym Rosjanie, Białorusini oraz Polacy,) natomiast Łotysze stanowią ok. 17%. Tak przynajmniej podają polskie Google i zapewne są bliskie prawdy. A ponieważ w Polsce Łotwa kojarzona jest głównie z jej stolicą, Rygą – warto przytoczyć kilka faktów historycznych o Daugavpils.

 

            Pierwszy zamek o nazwie Dinaburg zbudował około 1275 Ernst von Rassburg z zakonu kawalerów mieczowych. Warownię w 1277 zaatakowali Litwini, którzy próbowali ją zdobyć, ale im to się nie udało. W XIV wieku zamek został rozbudowany przez zakon krzyżacki, a w roku 1481  zdobyły go moskiewskie wojska Iwana III. W 1559 r. zamek oddano w zastaw królowi polskiemu Zygmuntowi Augustowi. Po sekularyzacji zakonu Dyneburg w latach 1559–1772 znajdował się w granicach Rzeczypospolitej Obojga Narodów, jako stolica Inflant Polskich. W 1577 r. stary krzyżacki zamek Dyneburg znów zdobyły wojska moskiewskie, tym razem Iwana Groźnego.  Po odzyskaniu Inflant przez Polskę, w pobliżu twierdzy król Stefan Batory lokował nowe miasto Dyneburg i zbudował nową twierdzę. W 1655 r. miasto zajęli Szwedzi, a w rok później miasto i twierdzę przejęły wojska moskiewskie, które nadały mu nazwę Borisoglebsk. Okupacja moskiewska trwała do 1666 r., gdy Dyneburg został na mocy układu odzyskany przez Polskę by rok później zostać stolicą województwa inflanckiego - od tego czasu w twierdzy na stałe przebywała polska załoga wojskowa. W 1691 r. w Dyneburgu był to garnizon liczący prawie 1200 ludzi.

            Po I rozbiorze Polski i przyłączeniu miasta do Rosji Rosjanie rozpoczęli w Dyneburgu budowę nowej twierdzy. W drugiej połowie XIX w. uruchomiono linie kolejowe do Petersburga, Rygi, Warszawy, Orła i Szawli - miasto stało się ważnym węzłem komunikacyjnym. Może dlatego w 1893 roku car Aleksander III zmienił nazwę miasta na rosyjski Dźwińsk? Na początku 1920 roku miasto zdobyły polskie oddziały dowodzone przez gen. Rydza-Śmigłego (tzw. operacja dyneburska), po czym większą część zajętego terytorium przekazano władzom niepodległej Łotwy. Na Łotwie nie zapomniano tego Polakom, a nawet odkopano szczątki kilkunastu polskich żołnierzy, którzy w tych walkach zginęli i akurat podczas mego pobytu uroczyście przeniesiono na najstarszy tutejszy katolicki cmentarz. Tyle historia.

            Dzisiejsze Daugavpils zamieszkuje około 100 tysięcy ludzi, z których ponad 80 procent stanowią mieszkańcy rosyjskojęzyczni (Rosjanie, Białorusini, Polacy i Ukraińcy). Poza mieszkającymi tu od tzw. dziada pradziada Polakami pozostali w większości przybyli tu w czasach ZSRR, bo w tamtych latach powstał tu wielki przemysł. Po odzyskaniu przez Łotwę niepodległości zakłady przemysłowe sprywatyzowano po czym zagraniczni nabywcy je pozamykali. Rozpoczęła się emigracja zarobkowa do Rygi i do Niemiec, Skandynawii oraz Rosji, co sprawia, że nie do końca wiadomo, ilu na stałe w mieście rzeczywiście mieszka. W ostatnich latach Daugavpils zaczyna się odradzać, pojawiają się nowe, prywatne przedsiębiorstwa zatrudniające po kilkudziesięciu, góra kilkuset ludzi. Czy zakończy się to wielkim powrotem wyjezdnych - nie wiadomo. Ale młodzi już tu są. To studenci wyższej uczelni, która rozrasta się po tym, jak nie tak dawno zyskała status uniwersytecki.

            Teraz mogę przejść do Daugavpils Teatris, czyli -  jedynego miejscowego teatru.  Poza miejscową i okoliczną inteligencją właśnie studenci i ich kadra naukowa zdają się być powodem głównym odrodzenia się tutejszego teatru, który na dobrą sprawę zaczął wychodzić z kilku lat niebytu w jaki popadł. Zaczynem i realizatorem tego odrodzenia jest obecny tandem kierujący Daugavpils Teatris, który zaczął nim kierowanie 6 lat temu – na czele z dyrektorem artystycznym, Oleg Szaposznikow i ważnym członkiem jego zarządu, Ritą Strode ( przed objęciem teatralnej funkcji była m.in. merem miasta). Aż sześciu pracowitych lat było im trzeba, by zebrać wokół teatru (dwujęzycznego, bo aktorzy grają tu po łotewsku i rosyjsku) wierną teatrowi publiczność i skupić w nim ponad czterdziestoosobowy zespół. Trupa bardzo różni się wiekiem i doświadczeniem, ale już jest na tyle sprawna, by odważyć się zaprezentować w ciągu czterech dni aż pięć, bardzo różnych i solidnie zrealizowanych spektakli. Odważyli się je pokazać na specjalnym przeglądzie krytykom teatralnym przybyłym na zaproszenie teatru i władz miasta z Białorusi, Łotwy, Polski i Rosji. Dodajmy, że zawsze przy pełnej widowni. Widowni mocno różnorodnej, jak bywa w mieście z  jedną profesjonalną scenę. Co zobaczyliśmy?

            Po pierwsze –  szekspirowskiego "Hamleta" (podtytuł: "Awangardowa gra z wiecznością") w przekładzie Borisa Pasternaka. Reżyseria - Lucyna Justyna Sosnowska (Polska), scenografia i kostiumy - Agnieszka Klepacka i Maciej Władysław Chorąży (Polska), muzyka – Bartosz Dziadosz (Polska), światło – Siergiejs Vasiljevs. Przedstawienie jak każde współczesne, uwzględnia europejskie nowe trendy teatralne, ale – co ważnie – nie zaciera nimi na tyle literackiego pierwowzoru, by w nim zaginął Szekspir. I choć otwiera je Hamlet słowami "Już po wszystkim...", co należy rozumieć, że jest już po śmierci wszystkich bohaterów poza Fortimbrasem, to opowieść, jaką od załamanego chłopca-Hamleta otrzymujemy jest logiczna, poruszająca i czytelna nawet dla widza nieznającego Szekspira na pamięć. Ogromna w tym zasługa aktorów, ale wcale nie mała twórczyni tej wizji, Lucyny Sosnowskiej. Ze scenografią i kostiumami wyszło gorzej, ale nie przeszkadzało to ani tutejszej widowni, ani nam – starym wyjadaczy teatralnych. Tak więc - brawo Polacy. Co piszę z przekonaniem, bez  pseudo patriotycznej stronniczości.

            Tym bardziej, że kolejna propozycja Daugavpils Teatru - Andrieja Radionowa i Jeakateriny Trojepolskiej (oboje Rosja) na motywach "Gore ot uma" Aleksandra Gribojedowa (polski tytuł: "Mądremu biada") w reżyserii Jurija Kwiatkowskiego (Rosja), ze scenografią i kostiumami Nany Abdraszitowej (Rosja), choreografią Iriny Sawieljewej (Rosja) oraz oprawą muzyczną Stanisława Szymańskiego  i Siergieja Kasicza (Rosja) – na kolana nie rzuca. Ostra, krytyczna wobec carskiej Rosji, sztuka Gribojedowa, miała posłużyć moskiewskim realizatorom za próbę uchwycenia pewnej niezmienności chorób toczących społeczeństwo niezależnie od stulecia i ustroju. Nie posłużyła – z Gribojedowa został tylko główny bohater, Czacki, który tu zresztą jest dziewczyną. Zamiast społecznej kamaryli z czasów carskich wykwita za to paskudny obraz bogatych, skorumpowanych i chamskich za to nam współczesnych tzw. elit finansowych, od których nie są wolne kraje całej Europy, ale które w tym przedstawieniu otrzymały atrybuty bogatej Moskwy. Przedstawienie bardzo sprawnie zagrane, niestety przede wszystkim budzi niesmak. Jego rosyjscy twórcy, modni w Moskwie i Petersburgu teatralni skandaliści, wykorzystali nazwisko (bo nie tekst i przesłanie) Gribojedowa do wylania czasem wręcz obrzydliwej, ale zawsze skomasowanej żółci (zdaniem recenzentek rosyjskich – znacznie odważniej niż we własnym kraju) na świat, w którym zapewne i się nie zgadzają, ale całkiem dobrze z niego czerpią. I nich sobie czerpią, ale – bez wabienia widza "na klasyka". Podobno musieli trochę "odpuścić", żeby w ogóle doszło do primery.

            Na tym tle tym bardziej czysto, chociaż mocno aktualnie zabrzmiał "Nagi król" – spektakl dla którego podstawy też dała klasyka: "Świniopas" Andersena, "Der junge Englandder" (Małpa człowiekiem) Wilhelma Hauffa i "Nagi król" wg Jewgienija Szwarca.  Jest to spektakl zrealizowany wszystkimi siłami własnymi – występuje niemal cały zespół, reżyserował i gra Króla sam dyrektor, Oleg Szaposznikow, choreografia, kostiumy, scenografia, światło – Irina Sawieliewa, Agnese Leiłande, Inga B. Apiach, Siergiej Wasiliew. Wszystko dzieje się jak na wielkiej szachownicy, wszystko dzieje się w baśniowym świecie, wszystko dzieje się teraz i tutaj. Piękne, barwne, harmonijne i czytelne widowisko, momentami gorzkie, momentami śmieszne, momentami dotykające naszą codzienność i nas samych. Brawa po spektaklu były długie i słuszne.

            I dzień ostatni przeglądu-prezentacji – dwie sztuki współczesne, zrealizowane przez dwoje Łotyszy, odpowiednio - Paula Plavnice i Aleksandrs Volodins. Zobaczyliśmy "Jubileusz 98" – dramat młodej łotewskiej autorki, Just?ne K?ava w reżyserii Peli Plavnice  i "Pięć wieczorów" Aleksandra Wołodina – wystawianego w swoim czasie w Polsce dramaturga rosyjskiego. Obie dotykające ważnych codzienności, obie zrealizowane i zagrane czysto, uczciwie, adresowane i czytelne dla każdej publiczności, jaka może odwiedzić teatr współczesny, nawet po raz pierwszy to czyniąc. Rozwodzić się nad nimi nie będę, bo sztukę Wołodina z powodzeniem wystawiało kilka polskich teatrów z Teatrem Telewizji włącznie, a współczesny dramat Pauli Plavnice (bez żadnych zmian) po prostu należałoby teraz wystawić w Polsce. Dotyka sprawy molestowania w rodzinie, ale – czy to było molestowanie? A może - nie? A może to wytwór chorej wyobraźni dziewczyny, może chore myślenie rodzeństwa sfrustrowanego szumem informacyjnym zachodniej prasy, własną walką o przetrwanie w warunkach współczesnych Niemiec i Anglii? Korespondujących z wyrzutami sumienia – za opuszczenie rodziny, domu, siostry? Nie wiemy, ale przecież tak też może być...

            I na koniec – kilka wniosków. Pierwszy jest taki, że teatr nawet w trudnych warunkach jest w stanie się odrodzić i trwać. Drugi – że może być mądrze, z poszanowaniem własnej publiczności, ambitny. Ten chce być czymś ważnym we własnym mieście, ale i we własnym kraju. Warunki ma – jak każdy teatr prowincjonalny – niezbyt łatwe. Łotwa kształci aktorów w Rydze, w Rosji i w innych krajach. Ci, którzy tam kończą szkoły raczej nie wracają, chociaż karierę robią niektórzy. Ci, którzy zostają w Daugavpils, zarabiają 600 euro (podstawa) plus - w zależności od roli i liczby  przedstawień, a teatr gra cztery dni w tygodniu. Mają jednak gdzie mieszkać – zapewnia to miasto. Mają jak dorobić (radio, telewizja, ruch amatorski etc.). Mają swoją publiczność. Wszystko to razem daje stabilizację. Ale mają też ambicje – co chyba wynika z mojej relacji - która daje ludziom  teatru i samemu teatrowi życie. Może dzięki temu nadejdzie czas, że – jak przed październikową rewolucją – będzie tu nie jeden teatr, a trzy?

Walentyna Mikołajczyk-Trzcińska

            

Pin It