Stanisław Nyczaj

Wspierał nas mądrym sercem

 

Wspomnienie o Jerzym Korey-Krzeczowskim (1921–2007)

(w 10. rocznicę śmierci)

I

Korey KrzeczowskiSpośród poetów żeromszczaków, których szeroki świat polubił, porywając w wir działań za granicą, stałym wkładem serca, pięknymi gestami odwdzięczał się Kielcom Jerzy Korey-Krzeczowski. Po doktoratach z nauk ekonomicznych i prawa międzynarodowego ustabilizowany długie lata w Toronto profesor, rektor i wykładowca Ryerson University, twórca dwu prywatnych uczelni (w tym wyższej szkoły zarządzania), doradca trzynastu rządów i dwustu dziesięciu korporacji z 53 krajów, wspominając spędzoną głównie w Kielcach młodość ambitną i dzielną (nie tylko w Gimnazjum i Liceum im. Stefana Żeromskiego się uczył, zdając maturę w 1939 r., ale też walczył jako żołnierz i partyzant podczas wojny i okupacji), ten wybitny naukowiec, menadżer i działacz społeczno-polityczny pośpieszył w jesieni życia z pomocą utalentowanej młodzieży. Oto w 1997 r. – jakby skłoniony owym „bagażem wspomnień”, co „realiom zaprzecza / i świętokrzyskie jodły/ na kanadyjskie cedry […] tłumaczy” (z wiersza Refleksja, Muskoka Lake 1975, w tomie Dojrzała pogoda. Wiersze i myśli, Kielce 1995) – zwrócił się listownie do Kazimiery Zapałowej, kierującej Muzeum Lat Szkolnych Stefana Żeromskiego, ze wspaniałą poniższą propozycją – cytuję za jej artykułem w listopadowym numerze „IKARA” z 1998 r.1):

„Od jakiegoś czasu nosiłem się z myślą, żeby przeznaczyć pewną sumę na Konkurs Literacki Jerzego Korey-Krzeczowskiego. Udział ograniczony byłby do uczniów Liceum Stefana Żeromskiego i ewentualnie także innych liceów kieleckich – dla wyłowienia nowych talentów pisarskich2). Prace nadesłane staną się własnością muzeum. Drogą Panią chciałbym prosić, aby zechciała być Przewodniczącą Komisji i obrała sobie 2 osoby na Członków Komisji z przyjaciół Muzeum Lat Szkolnych Stefana Żeromskiego. Widzę ten konkurs jako Konkurs Literacki zorganizowany przez Muzeum Stefana Żeromskiego o nagrodę Jerzego Korey-Krzeczowskiego. […] Co Pani o tym myśli?”.

Oczywiście, Pani Kazimiera przystała na propozycję i z całą właściwą sobie energią, pozyskując sojuszników, konkurs zorganizowała. Z grona żeromszczaków, kolegów związanych urzędowo z miejską kulturą przyklasnęli sprawie, dobrze znani jej i mnie z częstych kontaktów i przychylności, Bożydar Łukasiak, Artur Sabat3), zaś w ocenę prac włączyli się prof. Stanisław Żak i red. Jerzy Daniel. Regulaminowo konkurs nie ograniczał adeptów pióra ani tematycznie, ani formalnie. Wręczenie nagród w pierwszej edycji odbyło się 16 września 1998 r. w muzeum, czyli w dawnej szkole autora Syzyfowych prac. We wspomnianym artykule Kazimiera Zapałowa relacjonuje:

„»To wieczór poetów, wieczór w Klerykowie« – zabrzmiały na powitanie słowa wiersza Jerzego Korey-Krzeczowskiego, do którego bardzo nastrojową, pastelową, z elementami jazzu muzykę skomponował na tę okazję Łukasz Mazur – lider grupy No-Name, wysoko notowanej na krajowym rynku jazzowym”.

I choć „w labiryntach literatury / łaska wtajemniczenia nie jest dana wszystkim” – jak przestrzegał w jednym ze swych nielicznych (spośród opublikowanych) wierszy nieodżałowany pisarz i regionalista Świętosław Krawczyński4) – plon konkursu okazał się wartościowy.

Pomysł pana Jerzego, wsparty opinią jurorów, pozwolił grupce laureatów poczuć tej „łaski” pierwszy leciutki dotyk. Sam fundator po relacji z kraju był uszczęśliwiony, czemu dał wyraz w rozmowie ze Stanisławem Stolarczykiem dla „Związkowca” – polskiego pisma w Toronto w numerze z 3 czerwca 1999 r. Były jeszcze dwie edycje tego konkursu. Szkoda, że młodzi nie wykorzystali bardziej danej im szansy, nie przekroczywszy potem progu do saloniku autorów pierwszych książek (np. mogła taki tomik wydać Katarzyna Borkowska, uczennica kieleckiego LO im. Śniadeckiego, potem studentka anglistyki, laureatka głównych nagród w pierwszych dwu konkursach). Natomiast Jędrek Maćkowski, laureat drugiej nagrody II konkursu (zorganizowanego w 35-lecie Muzeum), uprawiający „dojrzałą publicystykę prasową” – jak oceniała jurorka Kazimiera Zapałowa – wyrósł na świetnego redaktora programów telewizji ogólnopolskiej, cieszących się dużą oglądalnością. Po trzeciej konkursowej edycji (2004), zorganizowanej w 140. rocznicę urodzin Stefana Żeromskiego, Jerzy Korey-Krzeczowski „kilkakrotnie był też fundatorem Stypendiów im. Andrzeja Radka. Wspominał, że w jego klasie [pisze w książce 50 lat z Żeromskim Kazimiera Zapałowa – SN] takim Radkiem był Marian Przeździk – sentymentalny liryczny poeta z podjędrzejowskiej chłopskiej rodziny [wspólnie wystąpili w wydanym przy szkolnym piśmie „Młodzi idą” zbiorku Gołoborze (1938), obok Józefa Michalskiego5) i Mariana Sołtysiaka6) – SN].

[…] Gdy myślę o Jerzym Krzeczowskim, o jego zainteresowaniu współczesną najściślejszą ojczyzną Żeromskiego, o pomocy, jakiej doświadczałam od niego w społecznych i kulturalnych działaniach Muzeum i Towarzystwa [im. Stefana Żeromskiego], czuję się szczodrze obdarowana przez los. Ileż dobrego płynie z jego nieustannej gotowości, z jego iście książęcego gestu, z jego pamięci o ziemi Żeromskiego.”7).

Dzięki nawiązaniu bliskiej współpracy Muzeum Lat Szkolnych Stefana Żeromskiego z panem Jerzym, miałem szczęście tam właśnie spotkać się z nim po raz pierwszy, przedstawiony jako poeta i eseista z Kieleckiego Oddziału ZLP, a także redaktor serii Oficyny Wydawniczej pn. „Twórczość Młodych”, która liczyła już kilka tytułów8). Pomogli w tym zapoznaniu się pani Kazimiera i Stanisław Rogala, który – po szkicu charakteryzującym biografię i twórczość autora Dojrzałej pogody w siódmym tomie Pisarzy regionu świętokrzyskiego pod red. Jana Pacławskiego (1997, s. 83–103) – dokonał podsumowania dorobku pisarza w opracowaniu wzbogaconym o liczne zdjęcia pt. Jerzy Korey-Krzeczowski w serii „Sylwetki Współczesnych Pisarzy” Agencji Wydawniczej Gens (Kielce 1998, s. 65). Dodam dla wiadomości bliżej zainteresowanych, że w rok po śmierci pisarza (tj. w 2008) Krzysztof Piskulak obronił pracę magisterską nt. twórczości poetyckiej i publicystycznej Jerzego Korey-Krzeczowskiego pod kierunkiem promotor prof. dr hab. Barbary Gierszewskiej na Wydziale Humanistycznym Instytutu Bibliotekoznawstwa i Dziennikarstwa Uniwersytetu Humanistyczno-Przyrodniczego Jana Kochanowskiego w Kielcach, dotychczas nieopublikowaną, ale dostępną do wglądu poprzez bibliotekę obecnego Uniwersytetu Jana Kochanowskiego.

Jerzy Korey-Krzeczowski gościł na redagowanych przeze mnie stronach literackich w świętokrzyskim „IKARZE” (notabene, to było osiem kolumn co miesiąc, jakie powierzył mojej opiece red. nacz. pisma Tadeusz Wiącek, cenionych nie tylko w regionalnym środowisku). W numerze z września 1998 r. na s. 35 obok noty o ukazaniu się wspomnianej monografii Stanisława Rogali jest piękny wiersz pana Jerzego bez tytułu, datowany z grudnia 1994 r., zilustrowany barwnym kolażem przez żonę Irenę (tu zreprodukowanym w wersji czarno-białej):

Łagodny szmer wody

nawija słowa

ze źródła natchnienia

i pieści strumień

 

Pierwszy zmierzch

miękko schodzi

i z godnością

spija zioła snów

 

Światło łagodnie

zaokrągla horyzont

a miękka kora drzew

tuli się do ziemi

pod ciepłem słońca

a w archiwach pamięci

urzeka mit czasu

 

Płomienie radości

wzrastają wysoko

a łagodny powiew

przynosi

słodki zapach kwiecia

 

Sięgnij przed siebie

i dotknij dłonią

drżące uczuciem kwiaty

magiczną pieczęć wieczności.

 

W numerze 1–2 „Świętokrzyskiego Kwartalnika Literackiego” z 2007 r. zamieściłem fragmenty końcowego rozdziału przygotowanej przez Jerzego Korey-Krzeczowskiego do druku powieści Barwy młodości9), o której tu jeszcze wspomnę. W numerze 3–4 „ŚKL” z tego samego roku ukazał się obszerny wywiad Andrzeja Piskulaka z Edwardem Zymanem (bardzo bliskim nam od czasów młodzieńczych częstych spotkań nie tylko w ramach Korespondencyjnego Klubu Młodych Pisarzy poetą i krytykiem literackim, współpracownikiem „Przemian”, jednym z autorów naszego almanachu Słowo z 1984 r. zamieszkałym po internowaniu w stanie wojennym na emigracji w Toronto; utrzymujemy kontakty e-mailowe10)) pod wymownym tytułem W Kanadzie też jest Polska.

Pragnę tu z wdzięcznością i uznaniem podkreślić, że Edward ogromnie wspomagał Jerzego Korey-Krzeczowskiego w sprawach literackich. Odpowiadając Andrzejowi Piskulakowi we wspomnianym wywiadzie na jedno z pytań, zwierzył się: „Jak wiesz, byłem redaktorem wszystkich ostatnich książek [profesora]: zbiorów poezji Poemat o ziemi i Wiersze dla Ireny, opatrzyłem posłowiem tom jego szkiców Powracam tutaj z własnej woli i powieść Barwy młodości, kilka lat temu przeprowadziłem z nim wywiad rzekę Widzieć dalej niż dziś. Aktualnie przygotowuję jego tom wierszy wybranych” (s. 56).

II

Płk. rez. WP prof. dr Jerzy Maciej Książę11) Korczak Korey12)-Krzeczowski (tak prezentowany pod niektórymi fotografiami; nadto Wielki Mistrz Zakonu Św. Jana Jerozolimskiego), urodzony 13 lipca 1921 r. w Kielcach, był absolwentem Gimnazjum i Liceum im. Stefana Żeromskiego (1939), żołnierzem obronnej kampanii wrześniowej, założycielem i przywódcą Organizacji Bojowej w Kielcach (październik 1939), która jako samodzielna grupa została włączona do Tajnej Armii Polskiej (listopad 1939) pod jego komendą, prowadzącej w okresie styczeń–wrzesień 1941 działalność sabotażową skierowaną przeciw niemieckim transportom wojskowym. Gdy Okręg Kielecki TAP został w 1941 włączony do ZWZ, a następnie do AK, brał udział w kolportowaniu materiałów propagandowych na terytorium Niemiec i na front wschodni. Pod Jędrzejowem przygotowywał teren dla alianckich zrzutów broni i kurierów z Londynu. W październiku 1941 został awansowany do stopnia porucznika, w lutym 1945 – kapitana. W czerwcu 1947 zdemobilizowany z Polskich Sił Zbrojnych. Rozkazem Prezydenta RP na Obczyźnie w listopadzie 1990 awansowany do stopnia majora rezerwy, a rozkazem Ministra Obrony Narodowej z dnia 30 kwietnia 2001 r. – do stopnia podpułkownika.

W 1944 r. na Tajnym Uniwersytecie Jagiellońskim ukończył prawo. Tuż po wojnie, mieszkając jeszcze w Kielcach przez niespełna rok (1945–1946) był dyrektorem Wydziału Kultury Urzędu Wojewódzkiego, wniósł ważny wkład w utworzenie muzeum regionalnego, teatru, Klubu Literackiego (wraz z Julianem Rogozińskim [1912–1980] i Janem Marią Gisgesem [1914–1983]), w którym pełnił krótko funkcję wiceprezesa13).

Od marca 1946 r. pracował w służbie dyplomatyczno-konsularnej. Na placówce w Rumunii dzięki niemu odnalezione kosztowności polskiego kościoła wróciły do kraju w drugiej połowie listopada 1947, przekazane w Ministerstwie Spraw Zagranicznych księdzu – wysłannikowi od księcia kardynała Sapiehy. Akcję ich transportu, opisaną najdokładniej w 2000 r. celem rozpowszechnienia w mediach (po upływie przyrzeczonego „pięćdziesięciolecia milczenia”) i opublikowaną w książce Ujawniam wielką tajemnicę14), relacjonował potem jeszcze kilkakrotnie; do jednego z tych wspomnień nawiążę, wówczas gdy przytoczę i to opowiedziane podczas spotkania w Kielcach. Był konsulem w Berlinie, po czym we francuskiej strefie okupacyjnej Niemiec w Baden-Baden. W 1949 r. doktoryzował się w Niemczech z prawa międzynarodowego, a w 1950 – z ekonomii.

Wkrótce potem, jak marszałkiem Polski w 1951 r. został wysokiej rangi oficer rosyjski Konstanty Rokossowski, zaostrzył się sowiecki kurs także na placówkach dyplomatyczno-konsularnych (ostatnich enklawach niezależności) i Jerzy Krzeczowski poczuł, że pętla wokół niego się zaciska, że jest jako szczery patriota zagrożony aresztowaniem. Za radą mieszkającego w Kielcach ojca nie powrócił do rodzinnego miasta. Poprosił Francuzów o azyl, po czym otrzymał wizy kanadyjskie jako „uchodźca polityczny” i wyjechał wraz z żoną Ireną i synem Andrzejem wpierw statkiem szwedzkim do Halifaxu, a następnie pociągiem do Montrealu. Osiadły od 1951 r. w Kanadzie (w Montrealu do 1971), związany później na stałe z Toronto, cały czas już z dopiskiem przy nazwisku „Korey (por. przyp. 12), osiągnął w ciągu kilku dziesięcioleci całe pasmo wielkich sukcesów. Był rektorem i wykładowcą Ryerson Uniwersity, założycielem prywatnej szkoły zarządzania w Toronto i prywatnego uniwersytetu w Puno w Indiach. Był w ciągu wielu niezwykle pracowitych lat kompetentnym doradcą-ekspertem w zakresie spraw gospodarczych rządów i korporacji. Jak podaje Stanisław Rogala w „IKARZE” (1994, nr 5, s. 33) do 1994 r. miał w dorobku „liczne publikacje z zakresu ekonomii i doradztwa przemysłowego. […] opracował ponad sto monografii i studiów ekonomicznych dla różnych [13 – SN] rządów [m.in. Kanady, Szwecji, Pakistanu, Malezji] i korporacji [210 w 53 krajach]. W 1993 r. opracował i opublikował Metody strategicznego zarządzania dla rozwoju gospodarki polskiej”. Na niwie działalności społeczno-politycznej piastował funkcje przewodniczącego Rady Głównej Kongresu Polonii Kanadyjskiej, przewodniczącego Rady Wielokulturowości przy rządzie prowincji Ontario i członka Komitetu Doradczego ds. Konstytucji Kanadyjskiej. Wprost trudno sobie ten ogrom absorbujących przecież zajęć uzmysłowić; nad podziw, jak potrafił godzić ze sobą w czynnym nieustannie życiu taki natłok obowiązków: ciężar sprawowanych funkcji zawodowych i publicznych z wielością wykonywanych zadań.

Przy tym z nakazu serca i daru wyobraźni był poetą, pamiętnikarzem, prozaikiem. Znalazł też potem jeszcze czas – obok pisania rozpraw naukowych – na eseistyczną refleksję krytycznoliteracką, również na tym niełatwym polu odznaczającą się kompetencją i rzetelnością, do czego jeszcze dalej nawiążę. Z tomów poetyckich godzi się przypomnieć jego Liryki nostalgiczne z 1972, Lunch w Sodomie z 1976, bibliofilską Dojrzałą pogodę z 1995, Trzynasty tom z 2002, Przez życie i kontynenty z 2005, Poemat o ziemi z 2006 jako edycję bibliofilską w Toronto staraniem Polskiego Funduszu Wydawniczego w Kanadzie (w 50. numerowanych i podpisanych przez autora egzemplarzach z okazji jego 85. urodzin – z inspiracji przyjaciół z Toronto i Vancouver). Spośród tomów wspomnieniowych przywołuję: Ród Korczak-Krzeczowskich z 2000, Ujawniam wielką tajemnicę z 2000, Ciekawe życie, ciekawi ludzie z 2004, Wyjść losowi naprzeciw – czyli recepta na sukces i Z mojego alfabetu – obydwa z 2005.

Sentyment do okresu lat szkolnych w Gimnazjum i Liceum wyraził Jerzy Korey-Krzeczowski sugestywnie we wzmiankowanej tu już powieści Barwy młodości z roku 2007, która miała swoją, odrębną historię, przedstawioną przez Edwarda Zymana w posłowiu do niej pt. Manuskrypt odnaleziony po latach. Zainteresowałem się nią nie tylko z uwagi na podobieństwo opisanych zdarzeń i uczestniczących w nich bohaterów z powieścią Wiesława Jażdżyńskiego Okolica starszego kolegi (jakiej IV wydanie ze wstępem Tadeusza Wiącka opublikowaliśmy w 2003 w Oficynie Wydawniczej „STON 2”)15). Okazało się niespodziewanie, że mogę wspomóc jej rozpowszechnianie w miarę posiadanych dystrybucyjnych kontaktów, o co zwróciło się Wydawnictwo „Otwarty Rozdział”, zachęcone przez wspomnianego przed chwilą Edwarda Zymana z Toronto – redaktora książki. Była to ostatnia drobna przysługa, jaką mogłem wyświadczyć Jerzemu Korey-Krzeczowskiemu na krótko przed jego śmiercią.

III

Szczególnie dla mnie wzruszające było przepełnione sentymentem wspomnień spotkanie z Jerzym Korey-Krzeczowskim 25 kwietnia 2006 r. w jednej z sal wykładowych budynku Wydziału Humanistycznego Akademii Świętokrzyskiej im. Jana Kochanowskiego przy ul. Leśnej (późniejszego Uniwersytetu Jana Kochanowskiego). Było to zaraz po wydaniu jego tomu Powracam tutaj z własnej woli z podtytułem: Szkice i wspomnienia o wybitnych twórcach Ziemi Świętokrzyskiej. Dziękowaliśmy mu z powodu tak szczególnie pięknej niespodzianki. Mówił bezpośrednio, serdecznie do grupy naprędce zwołanych przez Stanisława Rogalę osób, bo to wyjątkowa okazja promocyjna z udziałem autora odwiedzającego na krótko Kielce. Do grupy z udziałem kilku młodszych kolegów po piórze, z którymi bardzo chciał się zobaczyć, gdyż właśnie nad ich twórczością się pochylił i ujął ich dorobek swą refleksją w szkice literackie pomieszczone w tej książce. Napisał więc o Zdzisławie Antolskim, Bolesławie Garbosiu, Bogusławie Pasternaku, Andrzeju Piskulaku (który nagrał cały przebieg spotkania), Stanisławie Rogali i o mnie.

Zaskoczył nas interpretacyjną wnikliwością i przy tym klarownością ujęcia podejmowanej przez nas w wierszach problematyki, w pełni świadom, że choć z reguły tworzy się spontanicznie z potrzeby serca i podglebia intuicji za podszeptem jakiejś inspiracji, to czyni się to też intencjonalnie po coś, wykorzystując wszelkie środki poetyckiej ekspresji. Osobiście (bo przecież najlepiej sprawdza się czyjąś charakterystykę na sobie) uważam za trafne wskazanie przez profesora w mojej poezji na cechę wypełnienia jej „rzadką pasją moralną”, co wyraża się poprzez „żarliwy spór jej podmiotu lirycznego z otaczającym go światem, z jego mechanizmami ograniczającymi suwerenność i integralność jednostki”. I od razu krytyk to spostrzeżenie uzasadnia: „Precyzując powyższą diagnozę stwierdźmy, że spór ten prowadzony jest nie z pozycji biernego obserwatora, lecz aktywnego, świadomego swych możliwości uczestnika i świadka. Rzecz w tym, że możliwości te są – jak w przypadku każdej jednostki stającej wobec procesów społecznych i cywilizacyjnych – niewielkie. Może więc – zdaje się mówić podmiot tych wierszy – najistotniejsze jest to, by zdawać sobie sprawę z czyhających na nas niebezpieczeństw i pułapek, rozumieć grę, jaką ów świat z nami prowadzi, nie dać się zwieść jego pozorom i kłamliwym, obliczonym na naszą małość hasłom: na przekór wszystkiemu zachować swoją godność i tożsamość”. Zatem „proces odbudowy niezbędnych, potwierdzających sens naszej ludzkiej egzystencji wartości rozpocznijmy od samych siebie […] z imperatywem moralnym przekraczania własnych słabości”, by mimo wyrażania „egzystencjalnego niepokoju” być „poetą nadziei i miłości”.

Ten wydatny ze zrozumiałych względów skrót jakże życzliwych słów z wnikliwej lektury zarówno samych wierszy, jak i spostrzeżeń innych krytyków (Edwarda Zymana, Krystyny Cel, Jana Adama Borzęckiego, Piotra Kuncewicza, Stefana Melkowskiego, Stanisława Żaka, Emila Bieli) ma walor – tak odczuwam – dogłębnego uchwycenia mojego poetyckiego credo. I sądzę, że podobny wniosek z celności rozpoznania lirycznych tropów wynieśli również inni moi scharakteryzowani przez profesora przyjaciele, obecni na pamiętnym – ostatnim z nim – spotkaniu.

Poszerzonym zostało ono nadto o bardzo szczere jego osobiste wspomnienia. Nie tylko sentymentalne. Fragmenty z tego, co utrwalił na MP3 Andrzej Piskulak i udostępnił mi, bym mógł dokonać zapisu, warte są przytoczenia:

– Z innych takich rzeczy powiem, że odkryłem, gdzie są skarby wawelskie [zwane też w relacji z 2000 r., opublikowanej w książce Ujawniam wielką tajemnicę, „skarbami kościelnymi” – SN]. Byłem wtedy w Rumunii, w Bukareszcie. I tam dzięki moim kontaktom z jezuitami, którzy zainteresowali się z zaskoczeniem tym, że jestem czynnym katolikiem i jednocześnie przedstawicielem rządu polskiego, gdy po roku rozmów zdobyłem ich zaufanie, wyjawili, że to oni ukrywają te skarby, o czym nikt do tej pory nie miał pojęcia. Były przecież poszukiwane. Okazało się, że zakonnik polski przemycił je do Rumunii i zdeponował u jezuitów, ale pod warunkiem, że nie ujawnią ani kto je przekazał, ani co to jest. Potem zaciągnął się do armii i na wojnie zginął. Dlatego nie można było niczego wytropić. Uważam, że odnalezienie tych skarbów było wielkim moim szczęściem. Żeby je odzyskać, pojechałem do przeora zakonu [zwanego „prowincjałem zakonu na Rumunię – Very Rev. Father Cornel Ghiru”], który, jak wcześniej zakonnicy, prześwietlił mój katolicyzm – że znam wszystkie modlitwy, sposoby sławienia Boga – i zdecydował, że zapakuje skarby w samochód ze znakami warszawskimi. Zażądał, aby w Warszawie decyzją ministra spraw zagranicznych w polskiej prasie nie rozgłaszano mojej wizyty i faktu przekazania skrzyń [w relacji z 2000 r.: „waliz”] kardynałowi Sapiesze. Ja te warunki spełniłem. Udałem się do niego eleganckim wielkim wozem, żeby rzeczy załadować. Wyszedł do mnie i powiedział: „Proszę pozwolić, że założę panu opaskę na oczy, bo nie może pan wiedzieć, gdzie jedzie”. Jechaliśmy dobre pół godziny, aż znaleźliśmy się w podziemiach jakiegoś kościoła. Tam mi zdjął opaskę i wprowadził do kaplicy mówiąc: „Tu są ukrywane skarby wawelskie, które przekazujemy panu pod warunkiem, że przez 40 lat nie ogłosi pan na ten temat żadnej wiadomości w prasie polskiej”. Ja się na to zgodziłem i dotrzymałem tego terminu, ale okazało się, że kiedy minął, Polska nie była jeszcze wolna, więc z własnej dobrej woli przedłużyłem go sobie o dalsze 10 lat i postanowiłem w duchu, że jeżeli coś się poprawi w ciągu tego dodatkowego czasu, to już mogę fakt ogłosić. I tak się złożyło, że nastąpiła [i to parę lat wcześniej, niż się spodziewał] poprawa sytuacji. W 1992 r. przyjechałem do Polski i to było moje pierwsze spotkanie z ojczyzną od momentu wyjazdu z kraju, czyli od 1943 r. Tyle lat byłem poza granicami kraju i tyle czasu spędziłem na różnych niezwykłych trasach. Proszę sobie wyobrazić, że jak przywiozłem skarby, to wszyscy byli wzruszeni. Okazało się, że są to dwie wielkie skrzynie [jw. walizy]. Wtedy uzmysłowiłem sobie, dlaczego jezuici tak dokładnie strzegli wiadomości o nich. Wśród tych skarbów były naczynia kościelne z 1690 r. Był półksiężyc zrobiony z prawdziwych brylantów. Najmniejszy brylant miał 2 pełne karaty, kolejne 2,5, 3, 3,5 i 4 karaty. I to szło takim półkolem. Uświadomiłem sobie, że jestem w posiadaniu niezwykle wartościowych rzeczy i zainteresowałem się, skąd pochodził i jak ten skarb trafił do Polski przed wywiezieniem z Wawelu. Okazało się, że król polski ofiarował go lwowskiej katedrze katolickiej. No i teraz już się nie dziwiłem, dlaczego bali się, żeby to nie wyszło na jaw w Polsce. Bo to był wciąż dar dla katedry we Lwowie, mieście polskim przed wojną. Moim wielkim zadaniem było tylko, jak te skarby przetransportować do kraju. Ambasador w Rumunii był bardzo dobrze nastawiony do tej sprawy, bo również był praktykującym katolikiem, więc wysłałem go na spotkanie z ministrem spraw zagranicznych i umówiliśmy się, że zostanie to utrzymane w tajemnicy. Bez jakiejkolwiek informacji, kto przyjechał i co przywiózł. Ja będę mógł przekazać skarby osobiście przedstawicielowi kardynała Sapiehy i one zostaną pod jego opieką aż do momentu, kiedy po 40 latach będzie można na ten temat mówić. I, jak już wspomniałem, tak się stało. Potem, kiedy wszystko ujawniłem, dostałem list od polskiego księdza, który był arcybiskupem w Watykanie i był moim przyjacielem. Pragnę przy okazji dodać, że był też prawą ręką Ojca Świętego, z którym spotkałem się na studiach, w okresie kiedy studiował techniki teatralne. To go tak bardzo interesowało, że prowadził nawet zespół teatralny. Wtedy nawiązałem z nim kontakty i to się przerodziło w pewnego rodzaju zawodową przyjaźń w tym sensie, że on mi dawał wszystkie swoje książki do przeczytania, a ja mu przesyłałem swoje pisane po polsku. I w ten sposób utrzymywaliśmy kontakt. Teraz się zawsze nad tym zastanawiam, jak to będzie, gdy Jana Pawła II formalnie uznają za świętego. Nigdy nie miałem takiego doświadczenia, żeby wśród moich znajomych był święty. To jest ogromne przeżycie dla mnie. Mój kontakt z Ojcem Świętym był bardzo bliski, i co rok odwiedzałem go z żoną. Dostaliśmy od niego dużo różnych zdjęć. Przesyłał specjalne życzenia dla niej i dla mnie. Mojej żonie życzył szczególnie powrotu do zdrowia. Niestety, ona tego nie doczekała. Od pięciu i pół roku odwiedzałem ją codziennie w szpitalu ponad 7 km od mojego domu. Napisałem dla niej trzy ładne wiersze. [w tomie Wiersze dla Ireny, Toronto 2007, jest ich siedem; ostatni pt. Tren dla Ireny liczy 8 stron]. To było dla mnie wielkie przeżycie. Żona umarła z uśmiechem na twarzy. Gdy miałem jej pogrzeb, Ojciec Święty przysłał mi bardzo wzruszający list.

Teraz, wracając do przerwanego wątku, pokrótce opowiem, jak te skarby wawelskie przywiozłem do Polski. Natrafiłem na pewne trudności. Zapakowałem je w trzy [de facto dwie] wielkie walizy i ułożyłem w półciężarówce. Zdecydowałem jechać z szoferem polskiego pochodzenia. Dotarliśmy do granicy i tam celnicy zapytali: „Co pan tam ma z tyłu?”. Na tych walizach były książki Kazimiery Iłłakowiczówny, która była moją dobrą znajomą i prosiła, żebym przewiózł jej książki do kraju. W ten sposób doszło do przemycenia skarbów. Na granicy celnicy musieli się dostać do środka i zobaczyć, co tam jest. Więc ja mówię do mojego szofera, że jak nakażę „gaz!”, to doda pan go i musimy sforsować barierę. To była taka zwykła bariera, niestanowiąca większej przeszkody. Uznaliśmy, że nie dopuścimy do badania zawartości. Wszystko było zapieczętowane i musielibyśmy zawrócić. Na moje polecenie szofer szybko przywalił w barierę i znaleźliśmy się po stronie węgierskiej. Rumuni zaczęli strzelać [w relacji z 2000 r. inaczej: „wiedziałem, że nie będą strzelać, bo miałem paszport dyplomatyczny”], ale zaraz przestali w obawie, że będzie z tego awantura, gdy my znaleźliśmy się po drugiej stronie. Powitał nas Węgier [mówiący po polsku]. On i jego koledzy zaproponowali, byśmy u nich zaparkowali wóz, zjedli, umyli się i przespali, oni zaś będą strzegli naszego samochodu jak oka w głowie. To było bardzo miłe i rzeczywiście go strzegli. To sforsowanie granicy opisałem w książce pt. Ujawniam wielką tajemnicę [do której się tu w nawiasach porównawczo odwoływałem; to ostatnie odwołanie, że „Rumuni zaczęli strzelać”, wynikło albo z chęci przydania opisowi akcji dodatkowego dramatycznego kolorytu, albo z pewnych wątpliwości, zasugerowanych przez czytelników relacji w Internecie16)]. Potem musiałem przejechać przez Węgry i Czechosłowację. No i dojechaliśmy, i wszędzie nas honorowano.

Jerzy Korey-Krzeczowski zmarł 30 stycznia 2007 r. w Toronto, gdzie został pochowany. W tydzień później (5 lutego) spotkaliśmy się w kilkanaścioro w kieleckim Klubie Ars Christiana przy ul. Równej. Pretekstem były wznowione staraniem Zdzisława Antolskiego książki dot. dawnych żeromszczaków17). Oczywiście, wiele uwagi poświęciliśmy prof. Jerzemu. Wypowiadałem się, mówili szerzej prócz Zdzisława m.in. Andrzej Piskulak, Amelia Sołtysiak, Stanisław Żak, który czytał fragmenty Poematu o ziemi (Toronto 2006) i analitycznie go komentował.

W lutym tego roku Edward Zyman wysłał z Ontario do Stanisława Żaka list (niedawno mi użyczony), w którym potwierdził, że jako kielczanin z pochodzenia (zob. przyp. 10) „ze szczególnym wzruszeniem odbiera sygnały o tym, co wartościowego wydarzyło się w środowisku kieleckim” i dodał: „Z wielką radością obserwowałem, jak po śmierci ukochanej żony Ireny, Profesor wrócił do równowagi dzięki… książkom kieleckich twórców. Wielka tu zasługa Andrzeja Piskulaka, Staszka Rogali i Staszka Nyczaja. Otrzymał od nich za moim pośrednictwem kilkadziesiąt tomików poezji, powieści, opowiadań i różnorodnych, cennych dla niego opracowań. Pozwoliło Mu to napisać kilka ważnych w jego dorobku książek”.

______________

1) Kazimiera Zapałowa, „To wieczór poetów, wieczór w Klerykowie…”. Konkurs literacki „Młodzi piszą” o nagrodę Jerzego Korey-Krzeczowskiego, „IKAR” [Informator Kulturalno-Artystyczny] 1998, nr 11, s. 36–37. Notabene, pani Kazimiera spotkała się z Jerzym Korey-Krzeczowskim sześć lat wcześniej, o czym wspomina w rozdziale Książę – poeta – mecenas swojej książki 50 lat z Żeromskim. Zwierzenia kustosza (Kielce 2005): „W 1992 roku uścisnęliśmy sobie ręce w Muzeum Lat Szkolnych. Pan Jerzy przyjechał wówczas w rodzinne strony po kilkudziesięciu latach nieobecności. Spotkanie literacko-towarzyskie zaaranżowane w muzeum zgromadziło mnóstwo osób i to zarówno takich, które pamiętały go z przeszłości, jak i takich, które chciały poznać tego niezwykłego człowieka. [O tym sierpniowym spotkaniu napisał Jerzy Daniel: Jeden na tysiąc, „Magazyn Słowa Ludu” 1992, nr 1727 – SN]. Później były listy, publikacje jego wierszy i myśli w bibliofilskim tomiku Dojrzała pogoda, wydanym na wieczór literacki, który organizowałam w muzeum – czyli w starej szkole, we wrześniu 1995 roku, w czasie Wielkiego Zjazdu Żeromszczaków. Wtedy znów spotkaliśmy się.” (s. 162).

2) Prócz budującego wrażenia z pierwszego pobytu w Kielcach (1992), kiedy zaproszony do maturalnej klasy Liceum im. Stefana Żeromskiego miał okazję przekonać się „jak wiele ci młodzi ludzie wiedzą o literackiej przeszłości swego regionu, o literaturze polskiej w ogóle” (cyt. z rozmowy Edwarda Zymana z Jerzym Korey-Krzeczowskim, opublikowanej w książce Widzieć dalej niż dziś, Katowice–Toronto 2004, s. 38), zachętą także, przypuszczam, była wieść, jaka dotarła w stałych korespondencyjnych kontaktach do pana Jerzego o bardzo udanym mityngu młodych poetów z 1 grudnia 1997 r. w Kieleckim Centrum Kultury, na który przybyło ok. stu zainteresowanych z wielu szkół kieleckich i szkół z terenu województwa świętokrzyskiego, zwłaszcza ze Skarżyska-Kamiennej, Starachowic, Ostrowca Świętokrzyskiego, Łagowa (skąd pochodząca ósmoklasistka Kamila Sobura zdobyła pierwszą nagrodę i wydała niebawem, w 1999, debiutancki zbiorek wierszy Kształt zieleni.

3) Kierownik Wydziału Kultury Urzędu Miejskiego Artur Sabat i jego zastępca Bożydar Łukasiak pomogli nam (tzn. Kieleckiemu Oddziałowi ZLP) w zorganizowaniu mityngu, o jakim mowa w przypisie nr 2. Szerzej o nim w artykule Jana Lechickiego Mityng młodych poetów, zamieszczonym w „Świętokrzyskim Kwartalniku Literackim” (1997, nr 2, s. 145–147).

4) Świętosław Krawczyński (1913–1977) – powieściopisarz, reportażysta, publicysta, poeta, członek ZLP. Całokształt jego literackiego dorobku scharakteryzował Zdzisław Śliwka w t. 6 Pisarzy regionu świętokrzyskiego pod red. Jana Pacławskiego (Kielce 1997, s. 123–153). Wspomnienie Świętosława Krawczyńskiego Kazimiery Zapałowej zamieściłem w „Świętokrzyskim Kwartalniku Literackim” (1997, nr 2, s. 132–137); tejże pt. Adwokat – literat w jej książce 50 lat z Żeromskim, jw. (przyp. 1), s. 143–148. Zob. też opracowana przeze mnie zwięzła nota biobibliograficzna w antologii Współcześni pisarze Kielecczyzny, Kielce 2000, Związek Literatów Polskich – Oddział w Kielcach przy współudziale Oficyny Wydawniczej „STON 2”, s. 522–523; tamże dwa jego teksty prozą: Wchodząc w Łysicę (s. 191–194) i Pod Radostową (s. 194–197) oraz wiersz pt. Wincenty Żeromski (s. 197–198).

5) Wspomnienie o Józefie Ozdze Michalskim (1919–2001) pt. Karta wstępu mojego do Nieba jest czysta zamieściłem w pierwszym tomie Wśród pisarzy z 2010 r. na s. 138–155.

6) W rozmowie z Edwardem Zymanem z 2003 r., opublikowanej w książce Widzieć dalej niż dziś (Katowice–Toronto 2004) Jerzy Korey-Krzeczowski zwierzył się: „Muszę […] wspomnieć o wspaniałej postawie mego o rok starszego przyjaciela – Mariana Sołtysiaka [1918–1995]. W okresie szkolnym pasjonowała nas literatura, a on był niezwykle uzdolnionym poetą. W 1939 roku [faktycznie 1938 – SN] opublikowaliśmy z Marianem i dwoma innymi kolegami – Józefem Michalskim, znanym później pisarzem, i Marianem Przeździkiem – wspólny zbiór poezji Gołoborze. Stanowiliśmy wówczas poetycką Grupę Świętokrzyską i nikt z nas nie przypuszczał, że za niespełna rok pisanie wierszy zamienimy na służbę żołnierską. Otóż Marian jako słynny »Barabasz« zapisał w okresie okupacji w roli dowódcy Oddziału Wybranieckich AK niezwykle piękną kartę. Jako szef kancelarii Zarządu dóbr w majątku zwanym »Dominium Kotlice« (w Kotlicach koło Jędrzejowa) współpracowałem z nim bardzo blisko. Dla oddziału Mariana majątek był miejscem aprowizacji. […] Moja bliska, datująca się od lat szkolnych, znajomość z Józefem Ozgą Michalskim pozwoliła mi na przykład pomóc Marianowi Soltysiakowi, wspaniałemu działaczowi podziemia, żołnierzowi wyjątkowej odwagi i zasług. Był moment, w którym wezwano działające jeszcze oddziały polskiego podziemia do ujawnienia się, ogłaszając tzw. amnestię. Część podziemia przystała na to, ale losy poszczególnych ludzi, zwłaszcza oficerów, były różne. Nie jest tajemnicą, że po wyjściu z lasu wielu z nich trafiło na długie lata do więzienia. W tej sytuacji Marian miał poważne obawy, czy nie podzieli ich losu, zwłaszcza że w regionie był postacią znaną. Na jego prośbę odbyłem z Ozgą długą rozmowę, rozważając wszystkie za i przeciw. W jej efekcie uzyskałem gwarancję, że mojemu przyjacielowi, który był równocześnie szkolnym kolegą Ozgi Michalskiego, nic złego się nie stanie. […] »Barabasza« nie tylko nie aresztowano, ale w którymś momencie powierzono mu nawet funkcję przewodniczącego ZBoWiD-u, czyli obdarzono go jakąś dozą zaufania. [Na sugestię E. Zymana, »że raczej starano się zbić kapitał na popularności słynnego dowódcy. Z punktu widzenia interesów komunistycznej władzy było to posunięcie niezwykle sprytne i przemyślane« J. Korey-Krzeczowski dopowiedział: Z pewnością trudno byłoby ją podejrzewać o bezinteresowność, ale dla Mariana było to rozwiązanie o wiele lepsze, niż perspektywa spędzenia wielu lat w więziennej celi.” (s. 29–30, 52).

7) Kazimiera Zapałowa, 50 lat z Żeromskim, jw. w przyp. 1, s. 168.

8) W 1996 r. ukazały się w tej serii tomiki: Gniewny chaos Małgorzaty Szlagowskiej z Ostrowca Świętokrzyskiego, Dziękuję ci, że mnie kochasz Katarzyny Nowak z Kielc.

9) Książka ukazała się w ramach Biblioteki „Frazy” – rzeszowskiego czasopisma, któremu Jerzy Korey-Krzeczowski powierzył wydanie, przygotowane dzięki nawiązanej już wcześniej współpracy pod redakcją i z posłowiem Edwarda Zymana.

10) Edward Zyman, ur. w 1943 r. w Dobromierzu (w dawnych granicach woj. świętokrzyskiego). Poeta, prozaik, krytyk literacki, publicysta, wydawca. Absolwent socjologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Autor m. in. tomów wierszy Dzień jak co dzień (1978), Co za radość żyć (1979), W czyim obcym domu (1981), Jak noc, jak sen (1987), Z podręcznego leksykonu (2006), zbioru felietonów U Boga każdy błazen (1987), książek biograficznych Widzieć dalej niż dziś (2003), Przeznaczenie jest wyborem (2005), tomu pamfletów krytycznoliterackich Metamorfozy głębin Twoich. Polonijny parnas literacki (2003), prozy dla młodzieży Szansa (1980), Ściana pełna jerzyków (2011), monografii Scalić oddalone. Fundacja Władysława i Nelli Turzańskich (2008) oraz Mosty z papieru. O życiu literackim, sytuacji pisarza i jego dzieła na obczyźnie (2010). W Kanadzie od 1983 r.

11) „Spotkaliśmy się w Toronto. A kiedy siedząc przy jednym stoliku i widząc na palcu rozmówcy sygnet z rodowym herbem, zwróciłem się do niego per. »Książę«, Jerzy Korey-Krzeczowski łagodnie zaprotestował:

– Proszę nie używać tytułu, nie chcę się do niego odwoływać… – i zaraz wyjaśnił: – Za udział mojego pradziadka Władysława Emila w powstaniu styczniowym władze carskie skonfiskowały majątek Sienno i od tej pory Krzeczowscy zasilali już szeregi polskiej inteligencji. Najlepszym przykładem jest tu mój ojciec, Antoni Marian, który w okresie międzywojennym był sekretarzem prokuratury w Kielcach i sędzią Sądu Rejonowego w Chęcinach…

Teraz linia ta kontynuowana jest przez samego Jerzego Macieja Korczaka Korey-Krzeczowskiego oraz – w następnym pokoleniu – przez jego syna, Andrzeja Jerzego, , który jest dzisiaj bardzo znanym i cenionym naukowcem z tytułem doktora farmakologii w Stanach Zjednoczonych. […]

– Tytuł kniazia ujęty jest w moich metrykach urodzenia i ślubu – uzupełnia Jerzy Korey-Krzeczowski. – w Polsce jest nas zaledwie kilkanaście rodzin z tym tytułem…” (Stanisław Stolarczyk, Jerzy Korey-Krzeczowski [w:] Jerzy M. Korczak Korey-Krzeczowski, Ujawniam wielką tajemnicę, Kielce 2002, Gens, s. 70, 72.)

12 W rozmowie Edwarda Zymana z Jerzym Korey-Krzeczowskim, opublikowanej w książce Widzieć dalej niż dziś (zob. przyp 6), niejako na marginesie jej głównego nurtu, Edward zagadnął: „A skoro już mówimy o fantazji pisarzy, chciałbym zapytać, czy Koreyem był Pan już w okresie szkolnym? Czy już wówczas używał Pan tego członu nazwiska?”. I pan Jerzy wyjaśnił: „Nie, to jest sprawa znacznie późniejsza. Gdy byłem w Kanadzie, Wiesiek adresował do mnie listy jako Korey-Krzeczowskiego i tak już zostało.” (s. 16).

13) Wpierw, od 26 stycznia 1945 r., był to oddział Związku Literatów i Dziennikarzy, potem, od kwietnia tego roku, skromniej nazwany Klubem Literackim, jakim trwał bardzo długo. Warunki do powołania Kieleckiego Oddziału Związku Literatów Polskich zaistniały dopiero z początkiem (od 2 lutego) 1984 r. Dokładniej o tym procesie kształtowania się w Kieleckiem po wojnie zorganizowanego życia literackiego zob. m.in. w informatorze mojego współautorstwa wraz ze Stanisławem Rogalą pt. Pisarze Kielecczyzny, wydanym przez kielecki Ośrodek Kultury Literackiej w 1981 r., s. 3–34; artykule mojego autorstwa pt. Kieleckie środowisko literackie (1945–1981) w Słowie. Almanachu literackim, Łódź 1984, Wydawnictwo Łódzkie, s. 7–14; Stanisław Rogala, Współczesne środowisko literackie Kielecczyzny. Słownik pisarzy i badaczy literatury, Kielce 1999, Gens, s. 3–35.

14) Por. przyp. 11, s. 37–48.

15) Przytaczam rozmowę o tym wydaniu z autorem w pierwszym tomie moich wspomnień i rozmów Wśród pisarzy, Kielce 2010, s. 133–135. Porównuje obydwie powieści (Jażdżyńskiego i Korey-Krzeczowskiego) Krystyna Cel w szkicu Piękne ogniwo, zamieszczonym w jej zbiorze eseistycznym Między dawnymi i młodszymi laty (wydanym w 2011 r. staraniem Związku Literatów Polskich – Oddziału w Kielcach przy współudziale Oficyny Wydawniczej „STON 2”) na s. 12–15. Sam Jerzy Korey-Krzeczowski w rozmowie z Anną Lubicz-Łubą dla „Gońca” w Toronto (2004, nr 40) wyznał: „Zaraz po wojnie, gdy on [tj. Wiesław Jażdżyński – na fot. SN] był nauczycielem we Włoszczowej [powinno być: Włoszczowie – SN], a ja mieszkałem w Kielcach wymieniliśmy kilka listów na temat przyszłej powieści o naszych szkolnych latach. Był nawet taki moment, że mieliśmy ją pisać razem, ale życie nas rozdzieliło, ja później wyjechałem za granicę i do spełnienia tych planów nie doszło. Ustalony jednak przez nas ogólny koncept książki, jej podstawowe, najważniejsze wątki, Wiesław zrealizował z dużym talentem i wiernością wobec szkolnych i środowiskowych realiów. Miałem wiele sygnałów od moich dawnych kolegów, że, podobnie jak ja, odebrali książkę Wiesława bardzo dobrze”. Cyt. za: Jerzy Korey-Krzeczowski, Powracam tutaj z własnej woli, Rzeszów 2006, s. 124.

16) Nie nadmienił przy nas o rozczarowaniu, jakie wyraził w zawierającej skróconą relację rozmowie z Edwardem Zymanem (przeprowadzonej w rok po dokumentarnym zapisie odtworzonych w szczegółach wydarzeń): „Proszę sobie wyobrazić, że mimo starań moja relacja nie ukazała się dotąd na łamach prasy krajowej, nie otrzymałem też choćby najbardziej zdawkowego listu ani od prymasa Polski, ani od prezydenta RP. Serdeczne listy nadeszły natomiast z Watykanu od Ojca Świętego Jana Pawła II i z Rzymu od arcybiskupa Szczepana Wesołego. Co prawda nie czyniłem tego wówczas z myślą o jakichkolwiek podziękowaniach czy nagrodach, nie sądzę jednak, by sprawa ta zasługiwała na tak ostentacyjne zignorowanie. No, ale zostawmy ten przykry epizod, najważniejsze, że odzyskaliśmy przedmioty wielkiej wartości, stanowiące ważny element naszego narodowego, historycznego dziedzictwa.” (Widzieć dalej niż dziś, s. 62). Notabene, w Internecie 16 lutego 2006 r. pojawiły się trzy zastanawiające wpisy. O godz. 12:11 po cytacie z relacji Jerzego Korey-Krzeczowskiego o „sforsowaniu szlabanu” anonimowy dopisek: „Prawie Bond w miniaturce”; o godz. 18:04 notatka Roberta Kutelskiego: „W latach 40. taki numer by nie przeszedł. Ostrzelano by samochód i tyle. Coś za bardzo fantastyczna ta relacja”; o godz. 21:46 dopowiedź kapitana Rydza Śmigłego: „Też tak myślę. Z upływem lat każdy jest bohaterem”.

17) Reprint tomu Gołoborze. Poezje autorstwa poetów z Grupy Świętokrzyskiej: Jerzego Krzeczowskiego, Józefa Michalskiego, Mariana Przeździka, Mariana Sołtysiaka, Kielce 1938, opracowany techniką komputerową przez Zakład Poligraficzno-Wydawniczy „U Poety”; wydanie przez tenże Zakład aneksu do wyż. wym. tomu pt. Losy poetów „Gołoborza”.

Pin It