Lech Śliwonik

 

Notatki z najnowszej naszej dekadencji

 

sliwonik lech

  

            To było przed rokiem. Zostałem zaproszony do udziału w konferencji „Edukacja dla teatru a pedagogika teatralna”. Międzynarodowe spotkanie, organizatorzy, których znam i szanuję – poczułem się zaszczycony.  A jednak odmówiłem. W liście (teraz go skracam) wyjaśniłem przyczyny.

 

*

             Główny nurt tej konferencji – czyniący za podstawę „doświadczenia  niemieckie” – budzi mój sprzeciw. O ile wiem, wyższe uczelnie w Polsce w zasadzie pomijają w swych programach doświadczenia polskie – niezwykły, bogaty dorobek ludzi łączących harmonijnie teatr i pedagogikę, czyniący to w imię dobra dzieci, młodzieży, Myśl Komarnickiego, Budzyńskiego i innych (też powojennych) światłych pedagogów jest zapomniana. Teraz okazuje się, że potrzebujemy importu, by umieć organizować szkolne przedstawienia, kluby młodzieżowe itp., wykorzystywać teatr na lekcjach, integrować (takie cele ODKRYWA niemiecka pedagogika teatru, podlewając to obficie sosem ideologicznym).  To nie dla mnie - znam dokonania Hannowej, Kwiatkowskiego, a z nieco innej strony – Papee’go, Polewki, Wrońskiego.   Gdyby miało dość do debaty, w której przedstawione zostaną koncepcje i dorobek w zakresie wiązania teatru i pedagogiki w Polsce i w Niemczech – zapewne gotów byłbym w tym wziąć udział. Uczestniczenie w „promocji niemieckich wzorów” mnie nie interesuje.

 W programie konferencji znalazłem punkt, który pogłębił moje niepokoje. To „perspektywa artystów teatru pedagogów uczelni artystycznych” – tu będzie się szukało odpowiedzi  na pytanie o kompetencje pedagogiczne absolwentów.  W ciągu  15 minut uczelnia ma zaprezentować dorobek. Będzie Akademia Teatralna, domyślam się: wydział aktorski. Trochę znam tę uczelnię, zapewniam – 15 minut to dużo za dużo. Mówiąc wprost – to byłaby pseudodebata; mówienie o tym czego nie ma, nad czym nikt nawet się nie zastanawiał. W tej samej AT jest wydział (zwłaszcza  do niedawna jego studia zaoczne – zlikwidowane), z którego wyszło wiele osób zajmujących się edukacją teatralną, tworzących programy. O tym wydziale nikt nie pomyślał; pewnie nie odpowiada „niemieckim doświadczeniom”.  Rezultat: tego, co jest – nie ma; to, czego nie ma – jest. No, ale kiedy rządzi jedyna prawdziwa prawda…

            I jeszcze jeden wątek. Niemiecka pedagogika teatralna stawia sobie za cel objęcie swym zasięgiem teatru szkolnego i teatru amatorskiego. Niejasny zamysł wciągnięcia uczelni teatralnych  prowadzi – jak mniemam - w tę samą stronę.  Życzę takiemu zamysłowi wszystkiego najgorszego.  Jeśli znam coś naprawdę, to amatorski ruch teatralny. Ten ruch raz przeżył klęskę, upadek - w czasie panowania zadekretowanej odgórnie słusznej metody, gdy oddano go w ręce „zawodowców”. Zabito to, co jest sensem amatorstwa – spontaniczność, wyzwalanie kreacyjności. Ufam, że los (nie tylko  los) oszczędzi teatrowi amatorskiemu ponowienia takiej przygody.

*

            Jak zareagowali organizatorzy konferencji? Pięknie! Zapewnili, że rozumieją moją postawę. Podziękowali, zapytali czy mogą odczytać mój list na konferencji. Dlatego nie podaję ich „imion”. Bo nie o nich to pisanie, ale o tym, co widzę dookoła, co zaczyna być, albo już jest dominantą  teatralnych działań. Są efekty. Atak „zawodowszczyzny” - nie rozumiejący specyfiki ruchu amatorskiego, odrębności jego celów i środków  profesjonaliści – wspierani przez politykę grantów -  atakują ruch ochotniczy, narzucają mu to, co jedynie znają z własnej praktyki: repertuar, metody. Powrót „amatorszczyzny” - kierownicy amatorskich zespołów widzą, że wolny rynek  to całkiem fajna sprawa: wszyscy mogą zarobić, każdy może sięgnąć po konfitury.  Tym łatwiej, że niedawno – szermując hasłem: talent nie dyplom - popełniono zbrodnię, której miano „uwolnienie zawodów”.   Niemała część teatru ochotniczego  poszła już w to, co się dobrze sprzedaje – naśladownictwo zamiast szukania, chwyty zamiast ryzyka, „kumedyjka” w miejsce pytań o świat, poprawne bajdurzenie w miejsce własnego osądu rzeczywistości

Socrealizm wrócił, choć inaczej się nazwał i przyodział inne szatki.  Tyle, że jest gorzej, niż było  - dawniej  rozumiano jego zło i próbowano z nim walczyć. Dzisiaj zło ma całe rzesze swoich apostołów, więc rośnie rzesza wyznawców.

 Napisałem – i jeszcze mi smutniej.

 

Lech Śliwonik

                                                                      

Kwartalnik SCENA  2016 nr 3-4

Pin It