Jan Stanisław Kiczor

 

 

Felicja Kaszowska – wspaniała interpretatorka w operach Wagnera

 

kaszowskafelicja1

Felicja Kaszowska

 

    KASZOWSKA Felicja, właśc. F. Grutzhandler, za­mężna Krotowska, pseud. Gilbert (12 V 1867 War­szawa - 18 VII 1951 Bielsko-Biała), śpiewaczka. To tak w skrócie.  Urodziła się jak wyżej podano 12 maja 1867 roku, choć piszący o niej Eisenberg mylnie (jak udowodniono) podaje datę 1872 rok. Z czego wynikła pomyłka pięciu lat, Bóg raczy wiedzieć (choć pomyłka to „odmładzająca” wiec może wynikać z jakiejś szczególnej „atencji” piszącego).

Krzysztof Maćkowski, Janusz  Mika w rozmowie z prof. Andrzejem Lamem o twórczości G.Trakla

 

 

 Georg Trakl

 

O eksperymentowaniu Trakla na sobie samym,

wierności, która nie rujnuje piękna,

i polach magnetycznych Krakowa

mówi

prof. Andrzej Lam

- Czym i kiedy uwiódł Pana Profesora Georg Trakl?

            To dawne dzieje, sprzed sześćdziesięciu lat. Wróciłem wtedy do swojego zamiaru z czasu studiów na Uniwersytecie Jagiellońskim, a nawet jeszcze wcześniejszego (pisałem o tym we wspomnieniu O Krakowie i awangardzie), aby opisać zjawisko awangardy poetyckiej, i to nie tylko w tym znaczeniu, jakie wówczas z tym pojęciem wiązano, odnoszącym się do awangardy krakowskiej pod wodzą Peipera, ale znacznie szerszym, obejmującym wszystkie ruchy radykalnie nowatorskie, uwikłane najczęściej w ostre polemiki wewnętrzne. Nie można było tego zjawiska zrozumieć bez europejskiego tła porównawczego, a skoro tak, to musiało się pojawić w tym horyzoncie nazwisko Trakla. Rozprawę Polska awangarda poetycka miałem gotową z początkiem lat sześćdziesiątych, ale ukazała się drukiem w końcu tego dziesięciolecia, bo kilka lat zabrało mi przygotowanie dołączonego do niej tomu Manifesty i protesty, zawierającego dokumenty tekstowe i reprodukcje.

Andrzej Walter

 

Przepraszam, że z wiatrem odchodzę

 

 naglicki

 

   Jakie może być wspomnienie o poecie, który do poezji podchodził z jakąś niesamowitą i nabożną czcią, który w każdym wersie widział pewien rodzaj olśnienia i wreszcie, który bezpretensjonalnie dzielił się swoją łagodnością z otaczającymi go ludźmi oraz światem? Czy takie wspomnienie jest w ogóle możliwe, czy taka refleksja będzie adekwatna i w ogóle odda istotę tej osoby?

   Nieprawdopodobne ucieleśniło się i Maćka Naglickiego nie ma już z nami. Poszedł odważnie do przyjaciół. Podążył do swego druha Ryszarda Rodzika. Odważnie popłynął do matki poetów Hanki Kajtochowej oraz podryfował żwawo do wszystkich innych poetów, dla których skończył się już ten świat, a rozpoczął chmurny parnas naszej niepamięci, albo też świetlisty Olimp naszego zachwytu. Popularność na pstrym koniu siedzi, a Maciek nigdy o nią nie dbał, ba, powiedzieć tak, to niczego nie powiedzieć, Maciek bowiem popularnością, sławą, blichtrem i wystawnością wręcz gardził, z całym dystansem swej łagodności oraz swą, wspomnianą już uczciwością wobec słowa i jego objawów.

   Maciek Naglicki słów używał bardzo delikatnie. Niebanalnie. Szczerze. Używał ich jak się używa ukochaną księgę, na karty której się wciąż powraca, której całe fragmenty wciąż od nowa się odczytuje i którą się delektuje żonglując pochłanianym kontekstem, ciągle inaczej odczytywaną istotą, prawdą zawartości i szeroko widzianym przesłaniem. Maciek słowa szanował. Wiedział, że za każdym z nich stoją czyjeś: cierpienia, emocje, radości i smutki oraz coś, czego się wypowiedzieć i zapisać nie da i nigdy nie uda. Maciek - … a właściwie Jego brak, to jak wyrwanie z nas jakiejś części duszy, jak unicestwienie pewnej prawdy o nas samych, to jak jakaś niezapowiedziana katastrofa, która nie miała się jeszcze wcale prawa wydarzyć …

   Kiedy umiera poeta, umiera świat – to francuskie powiedzenie przywołane w wywiadzie przeprowadzonym przez Andrzeja Dębkowskiego z Wilhelmem Przeczkiem doskonale oddaje każdą kolejną „poetycką” śmierć…

   Kto wie, może z naszej dogłębnie partykularnej perspektywy tę właśnie Śmierć określa nad wyraz dosłownie?

   Bo kiedy umarł poeta Maciej Naglicki, umarł jakby kawałek Krakowa i jego wyjątkowego środowiska literackiego. Bo kiedy umarł poeta Maciej Naglicki, zakończył się jakby pewien etap istnienia kolejnego trybu aktywnego i oddanego innym poetom ludzi: przeźroczystych, przemakalnych, potrafiących wchłaniać czyjąś twórczość i nie skupionych jedynie na słowie swoim, a właśnie zasadniczo w twórczości obcych dostrzegających ratunek i zbawienie? (dla świata, dla tego świata) … Bo kiedy umarł Maciek, to w Krakowie nic już nie będzie takie samo.

   Powie ktoś – za duże słowa, zbyt ogromne, za dużo patosu, monumentu, a Maciek przecież nawet przy nim nie stał… Tak, z pewnością. Zasadniczo wypada się z tym zgodzić. Choćby z uwagi na Maćka skromność i wycofanie. Na jego społeczną aktywność, której jakże często kładziono belki pod nogi, kolce na drogę i deprecjonowano ją a to ze względów na demony przeszłości, a to na personalne niechęci, animozje, zawiści – jak to w Krakowie, jak to wszędzie, jak to w Polsce. W Polsce, czyli nigdzie? O nie. Maciek był przecież całkowitym przeciwieństwem bohatera powieści Alfreda Jarry’ego. Nie był w żadnym calu Królem Ubu, ale jako taki funkcjonował jednak w pewnej grotesce, w tym niesłychanym literackim teatrze absurdu naznaczonym współczesnością i jej przejawami oraz określonym naszą nędzą i niedostatkiem co powoli i systematycznie go właśnie zabijało i nas wszystkich również niepostrzeżenie unicestwia. Choć jeśli chodzi o jęki i zawodzenia nad „stanem stanu” Maciek Naglicki nigdy nie przesadzał z wyolbrzymianiem problemu, a wręcz przeciwnie – mężnie znosił trudy i przeciwności. Pchał syzyfowo, jednostajnie i wytrwale, wciąż pod wiatr, pod górę, i zawsze naprzód ten ciężki wózek zwany poezją i swoim życiem z nią przecież tylko związanym …

   Maćka często nie było (na to a tym, a to tamtym spotkaniu czy wieczorze), a był jakoby wszędzie. I zawsze. Mało kto wdawał się w polemikę z Jego krytycznoliterackim osądem, zdaniem, stwierdzeniem choćby – choć zawsze wypowiadał go z taktem, dystansem i lekką mgiełką niedopowiedzenia. Uwagi te z reguły były celne, adekwatne i zawsze dotykały sedna tematu, choć był i Maciek nieutrudzonym gawędziarzem, który często snuł swoją opowieść w bardzo nieoczekiwane rejony. Maciek Naglicki był – jak się to dziś z drwiną mawia – człowiekiem „starej daty”, a przez to był … Kimś o wiele więcej. Pokonał czas, a to zdarza się nielicznym. Czas dla Niego nie istniał. Istniała dla Niego Sprawa, a że spraw miał na głowie kilka … w jego życiu ciągle jawiło się jakieś niedopowiedzenie, jakaś teatralna tajemnica, jakiś artystyczna, nieokreślona jasno tęsknota, dążenie, głód nierozpoznania i jaźń nadal jakby niedomknięta…

   Kiedyś Maciek napisał nomen omen: (na Karnawał Bronowicki, którego już też nie ma…)

***

przepraszam

że z wiatrem przychodzę

i drzwi

zbyt głośno otwieram

z prezentem

może nie chcianym

jakby

na inne święto

(…)

  I takie były chyba wszystkie ostanie lata Jego życia... Tak też była Jego śmierć. Dziwna, szokująca, absolutnie niespodziewana, niepotrzebna, tajemnicza – tak odchodzą poeci… kończą świat nie kończąc poezji. Nie stawiają kropek nad i, ba, w ogóle nie stawiają kropek. Pozostawiają nam wciąż otwartą księgę życia, którą musimy wytrwale dzień po dniu zapełnić, brodząc w żałosnej codzienności i ciągle ją zapisywać nowymi słowami, nowymi myślami i nowymi emocjami. Pozostawiają nam busolę niepewności, potrzebę prowadzenia poszukiwań tam, gdzie już nikomu szukać się niczego nie chce, pozostawiają nam myśli i słowa, pamięć i niezaspokojenie, labirynty i odkrycia …

   To więcej niż potrzeba, a jednocześnie o wiele za mało. Przecież tyle było jeszcze planów, tyle niezrealizowanego sensu spotkań, tyle możliwych odkryć w dolinie słów i książek, prozy i poezji, w niebie odruchów człowieczeństwa w człowieku.

   O tak. W to ostatnie Maciej Naglicki wierzył chyba najgoręcej. Najmocniej, niezachwianie i wręcz beztrosko wierzył w poezję i właśnie w człowieka. Ta wada zaprogramowała mu całe życie. Życie zbyt krótkie, aby je zrozumieć … Przepraszam, że z wiatrem przychodzę, z wiatrem, śniegiem i niemożliwym do wytrzymania … chłodem rozstania. Żegnaj Maćku. Szykuj tam dla nas jakieś możliwe miejsce. Najlepiej z boku, pod korcem, w cieniu tej

…wiecznej wietrzności…

Andrzej Walter


Maciej Naglicki

(1952-2016)

Urodzony w Krakowie na Zwierzyńcu. Absolwent filologii polskiej oraz studiów podyplomowych z zakresu wiedzy o życiu seksualnym człowieka. Literat, krytyk, pedagog. Kierownik Klubu Kultury „Mydlniki”, nauczyciel w Zespole Szkół Ogólnokształcących Integracyjnych nr 3 im. prof. Juliana Aleksandrowicza w Krakowie. Gospodarz autorskiego cyklu wieczorów artystycznych „Nagliskałki” w Dworku Białoprądnickim. Inicjator i pomysłodawca wielu cyklicznych imprez oraz audycji z zakresu upowszechniania sztuki i literatury. Wiele lat prowadził z Redaktorem Ryszardem Rodzikiem Bronowicki Karnawał Literacki – imprezę otwartą wieńczoną zwyczajowym almanachem. Opiekun młodzieży literackiej. Wiceprezes Zarządu Głównego Stowarzyszenia Artystyczno-Literackiego, członek Zarządu Krakowskiego Oddziału Związku Literatów Polskich, członek Bronowickiego Stowarzyszenia Przyjaciół Sztuk Wszelkich, członek honorowy Grupy Literackiej „Tilia”. Jako działacz sportowy - członek honorowy oraz przewodniczący Komisji Rewizyjnej Uczniowskiego Klubu Sportowego „Wilga”, sekretarz Koła Tanecznego TKKF. Odznaczony m.in. Srebrnym Krzyżem Zasługi, medalem „Sic itur ad astra”. Autor książek indywidualnych: „I Jeruzalem płacze”, „Miłość jest nie do zniesienia”, „Zamieniam się w Hondę”, dziesiątek publikacji zbiorowych, scenariuszy, audycji radiowych. Redaktor w Magazynie Kulturalnym „Dworzanin” oraz „Forum Myśli Wolnej”. Tłumaczony na języki: słowacki, rosyjski, niemiecki, angielski, ukraiński, hiszpański.

 

Irena Furnal

 

„Komunizant” po raz drugi

 

grudzinski3

  Właściwie z jakiego powodu zawieszono go w prawach ucznia? Herling-Grudziński kilka razy przedstawiał historię swojego komunizowania i wydawało się, że wszystko jest jasne, ale po zastanowieniu się musimy stwierdzić, że elementy układanki niezbyt dokładnie pasują do siebie. W podobny sposób także w innych sprawach odsłaniał szczelinę, przez którą mogliśmy podejrzeć mały fragment jego życia, po czym spuszczał zasłonę i okazywało się, że to, co pozwolił zobaczyć i co wyglądało jak rzecz kompletna i zrozumiała, stanowi plątaninę urwanych wątków bez początku i końca. Tak jest z gimnazjalnymi „kółkowiczami”.[a1]  Byli sympatykami czy członkami młodzieżowej przybudówki partii? To dość istotne, choć może chłopcy nie przywiązywali wagi do spraw formalnych. Dalej: kto należał do kółka? Herling nic na temat nie mówi, w filmie Andrzeja Titkowa Dziennik pisany pod wulkanem wspomina tylko, że liczyło 5-6 członków, Zyguła, jego przyjaciel, twierdził, że policja aresztowała kilkunastu uczniów, przeważnie z Gimnazjum Męskiego Gminy Izraelickiej. Skądinąd wiadomo, że wśród zatrzymanych znajdowali się „żeromszczacy”. Co im zarzucano? Bo chyba żaden wywiadowca nie przedzierał się przez krzaki tarniny na Karczówce, żeby z ukrycia słuchać zażartych dyskusji nieletnich rewolucjonistów. Ktoś zdradził, doniósł?

Andrzej Stawarz*

 

Mateczniki kultury i patriotyzmu w dobie „płynnej” rzeczywistości

 

Marta Lipowska 

 

W czasach, w których żyjemy jakże wiele czynników wywiera coraz większy wpływ zarówno na przemiany mentalne, światopoglądowe, jak i postawy społeczne. Jakże szybko ulegają modyfikacji nasze zachowania w codziennym bytowaniu, jak i sukcesywnie wzrasta poziom życia, chociaż nie w każdym wypadku zmiany mają istotny i realny wymiar jakościowy. Jednakże oddziaływanie globalizacji, hybrydyzacja kultury, wielość i różnorodność idei i wzorców obyczajowych wytwarzają szybko zmieniającą się i nader „płynną” pod wieloma względami rzeczywistość. Wielkie ponadnarodowe korporacje traktują nas wyłącznie jak konsumentów, oferując (a służy temu stosowanie agresywnej reklamy i sprytnych zabiegów „promocyjnych”) coraz większe ilości różnorodnych produktów – niejednokrotnie zupełnie nam niepotrzebnych gadżetów. Z drugiej strony świat wszechobecnych mediów kształtuje swoich odbiorców jako „mediotów”, tj. ludzi uzależnionych od kreowanej przez nie rzeczywistości w nieustannym procesie tworzenia, wyprzedzania, deformowania lub przemilczanie faktów. Jaką zatem mamy przyjąć postawę wobec tych swoistych pułapek, by być jednak przede wszystkim obywatelami we własnym państwie, nie poddającymi się bezkrytycznie konsumpcyjnemu stylowi życia, a co więcej – chroniącymi i dbającymi świadomie o naszą tożsamość kulturową. W tym niezwykle dziś złożonym świecie stanowczo nie możemy wyrazić zgody na reset naszej tożsamości. Tym samym wymazalibyśmy z naszej świadomości i pamięci historycznej dorobek poprzednich pokoleń, porzucili własne tradycje. Stalibyśmy się narodem bez przeszłości, ale i w swoisty sposób bez przyszłości. To znaczy, iż przestrzeń naszego życia zostałaby wypełniona formami materialnymi i kulturowymi bez właściwości, pozbawionymi cech swoistych, unikatowych, a przez to identyfikowanie się z wartościami wspólnoty narodowej utraciłoby sens.