Jan Stanisław Kiczor

 

Teresa Wojtaszek-Kubiak  - sopranistka spontaniczna

 

 

tkubiak1

Create websites with  Album & Turtle

 

 

    Takie Teresy (póki co) są dwie. Jedna to Teresa Żylis-Gara, druga (jak skromnie sama o sobie mówi)  – Teresa Wojtaszek-Kubiak.

    Jak zwykle jednak, trzeba zacząć opowieść od początku, A początek ów, to miejscowość Ldzań koło Pabianic i data: 26 grudnia 1937 rok. Wtedy to właśnie, w drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia, w domu Państwa Wojtaszków, przyszła na świat dziewczynka, której dano na imię Teresa. Zatem w domu były trzy panienki Wojtaszkówny: Teresa, Anna i Barbara. Teresa nauki pobierała i zrobiła maturę w Pabianicach, często swoim głosem dając popisy wśród rodziny i przyjaciół.  Pięcioletni program średniej szkoły muzycznej ukończyła w trzy lata (uczyła się śpiewu u prof. Julii Gorzechowskiej)  i zdała do Wyższej Szkoły Muzycznej w Łodzi, studiując w klasie prof. Olgi Olginy. Jako studentka wielce utalentowana, wzięła udział w kilku konkursach krajowych (m.in. w Katowicach (1960 r.) i międzynarodowych (Monachium, Tuluza, Moskwa, Helsinki).  Tak sama o tych zdarzeniach opowiada: "Pierwszą nagrodę zdobyłam na konkursie w Katowicach w 1960 roku, a pierwszą zagraniczną, w rok później w Helsinkach, gdzie pojechałam z okazji Międzynarodowego Zjazdu Młodzieży. Tam po raz pierwszy otarłam się o wielki świat muzyki; jurorami byli światowej sławy wiolonczelista Mścisław Roztropowicz i śpiewaczka rosyjska Kalina Wiśniewska. Później, będąc w czwartym miesiącu ciąży, wyśpiewałam medal w Tuluzie (1963) we Francji".

Z IRENĄ LASKOWSKĄ rozmawia Krzysztof Lubczyński.

 

Ryszard Tomczyk

 

 

Gorzki smak sukcesu

Pani najbliższa rodzina związana jest ze sztuką filmową. Brat, Jan, wybitny operator filmowy, drugi brat, Jerzy, kierownik produkcji filmowej, mąż Mieczysław Piotrowski wybitny malarz, grafik, rysownik i dramaturg, no i Pani aktorka…

 Nie da się ukryć, że dane mi było mieć do czynienia z ciekawymi mężczyznami. Miałam wspaniałego męża. Niedawno wyszedł zbiór jego dramatów, jako klasyka dramatu powojennego. Ktoś je docenił, jednak jego dramaty były trudne, hermetyczne, więc na scenę się nie przebiły. To był intelektualista, człowiek głęboki, szkoda że jego twórczość pisarska jest zapomniana. Przyjaźnił się z wieloma intelektualistami, twórcami, takimi jak Henio Bereza, którego portret widzi pan na ścianie. A ci z pozostałych portretów też już nie żyją.

Zbigniew Kresowaty rozmawiał z profesorem Henrykiem Mikołajem Góreckim

 

Jacek Durski

 

O  RADOŚCI   I    RYTMIE,  MOJE   ŻYCIE   MALINOWE

Pamiętna rozmowa z wybitnym kompozytorem, wykładowcą kompozycji, profesorem Henrykiem Mikołajem Góreckim w lokalu „U SABAŁY” w Zakopanem.

-------------------------------------------------------------------------------------------------

Zbigniew Kresowaty: Z tremą przystępuję do rozmowy z panem, ponieważ zgodził się pan pomówić o swoich kompozycjach, jak również przytoczyć coś ze swojego bardzo ciekawego życia, a jest pan dziś bardzo cenionym twórcą z ogromnym dorobkiem na skalę światową – ponad 70 utworów skomponowanych w różnych okolicznościach, utworów, które weszły już do klasyki muzyki polskiej. Urodził się pan w 1933 roku w Czernicy koło Rybnika, naukę muzyki rozpoczął pan w 1952 roku w Średniej Szkole Muzycznej w Rybniku. Następnie od roku 1955 studiował pan kompozycję i partyturę w klasie znanego kompozytora Bolesława Szabelskiego w Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej w Katowicach, uzyskując dyplom z wyróżnieniem w 1960 roku. Wiadomo powszechnie, że już w szkole średniej komponował pan muzykę. W czasie studiów skomponował pan kilkanaście, może więcej, utworów. Już w 1958 roku odbył się monofoniczny koncert młodego kompozytora Henryka Mikołaja Góreckiego jako pierwszy tego rodzaju koncert w historii Śląskiej Uczelni Muzycznej. Wykonano wówczas pięć pańskich utworów, a wśród nich pierwszą wersję :”Pieśni o radości i rytmie” op. 7 oraz ciekawy koncert na pięć instrumentów i kwartet smyczkowy, op.11. Stąd, panie profesorze, pozwoliłem sobie naszej rozmowie nadać też taki sugestywny tytuł, gdyż wiemy, że to, co pierwsze, jest najpiękniejsze, oprócz tego zawsze nas wspaniale charakteryzuje a pozostaje zawsze na długo. A co do „Malinowych pieśni” – to może być piękna dygresja do pańskich dzieł po 80 roku, kiedy zaczął się dla pana inny, nowy okres komponowania na Podhalu, po ciężkich przeżyciach, o czym nie omieszkamy, mam nadzieję, tutaj wspomnieć. Może jednak powrócę teraz do chronologii, jeżeli pan profesor pozwoli...

Jan Stanisław Kiczor

 

Zdzisława Donat

 

 donat1

Arriere! – Aria ognia – Ravel. Zdzisława Donat  /fot: ze strony: kultura.wp.pl/

 

     Na początek cytat z Kultura WP.pl:  „W 1967 roku w Operze Poznańskiej odbywała się premiera „Czarodziejskiego fletu” pod dyrekcją Roberta Satanowskiego, w reżyserii zaproszonego z Monachium Kurta Pscherera. Popisową partię Królowej Nocy kreowała od dawna już należąca do grona czołowych solistów tej sceny Krystyna Pakulska; w maleńkiej rólce Papageny wystąpiła mało komu wówczas znana młoda sopranistka Zdzisława Donat. Czy mógł ktoś wtedy przypuszczać, iż niewiele lat będzie potrzeba, aby ona właśnie zasłynęła jako bezkonkurencyjna Królowa Nocy — i to nie tylko w rodzinnym Poznaniu, ale na największych scenach świata?...”

 Z Waldemarem Michalskim - poetą, eseistą i redaktorem „Akcentu”

rozmawia Joanna Szubstarska

 

michalski waldemar
Waldemar Michalski.                                    Foto Krzysztof Anin Kuzko

 

Urodzony we Włodzimierzu Wołyńskim, powraca Pan często w tamte strony. A czym dla Pana jest miasto Lublin?

Należę do pokolenia, które nosi w sobie żywą pamięć o Wołyniu i ludobójstwie dokonanym na Polakach przez ukraińskich nacjonalistów spod znaku OUN-UPA. Wyraźnie oddzielam ludobójstwo banderowskich morderców od większości przyjaznych nam Ukraińców, wśród których mam wielu znajomych i kolegów po piórze. Boli mnie sprawa Ukrainy jako państwa szarpanego ze wszystkich stron, także rozwalanego od wewnątrz. Nie od dziś powtarzam, że wolność budowana na zbrodni jest wolnością przeklętą! Nie takiej wolności życzę Ukrainie i Ukraińcom. Mamy wspólną przeszłość, także często bolesną, ale nieprzypadkowo modlimy się do jednego Boga, żeby sobie nie wybaczyć i prosić o przebaczenie. Niestety, szaleńców nie brakowało i nie brakuje. Pytają mnie często jak przeżyłem rok 1943 i 1944, kiedy Wołyń płonął i spłynął krwią bezbronnych, najczęściej kobiet i dzieci. Odpowiadam, że miałem szczęście, bo udało nam się schronić w polskiej samoobronie zorganizowanej najpierw w Bielinie, a po jej rozbiciu w Kupiczowie, tu skutecznie mimo głodu bronili się przed bandytami Polacy i Czesi, bo wieś w większości zaludniona była przez Czechów.