TO BYŁ BUNT OBYCZAJOWY

Rozmowa ze Zbigniewem Jerzyną o Pokoleniu „Współczesności”

 

ZJPIOTR DUMIN: Debiutowałeś w prasie literackiej w drugiej połowie lat pięćdziesiątych. Był to okres konsolidowania się najmłodszego pokolenia pisarzy, okres formowania się pisma „Współczesność”. Jak wspominasz swoje osobiste kontakty z tym pismem i pisarzami „pokolenia 56”. Jak teraz, po latach, widzisz znaczenie cezury roku 1956, jej wpływ na sytuację w środowisku literackim?

ZBIGNIEW JERZYNA: Pamiętam, że tuż po maturze w 56 roku zawędrowałem na Ludną do mieszkania Leszka Szymańskiego, które było pierwszą siedzibą redakcji. Zaniosłem tam swoje wiersze. Szymański wziął moje utwory zaznaczając, że honorarium nie otrzymam. Chciałem tu przeciwstawić się wielu dzisiejszym wypowiedziom, w których zarzuca się legendarnemu założycielowi „Współczesności” i pierwszemu jej redaktorowi naczelnemu, że był hochsztaplerem. Jest to być może półprawdą, bo przede wszystkim był to heroiczny zabiegacz o powstanie tego pisma. Gdyby nie jego szlachetna bezczelność, prawdopodobnie losy tej generacji ułożyłyby się inaczej. Nie było drugiego takiego człowieka, który wśród wielu politycznych meandrów i mecenasów potrafiłby to pismo założyć i doholować... Potem przychodziłem na Wspólną, kiedy „Współczesność” była pod egidą Paxu. Tam spotykałem często Romana Śliwonika, który był jednym z filarów tego pisma, i wschodzącą gwiazdę poezji – Andrzeja Tchórzewskiego, którego bardzo świeże i poruszające tłumaczenia poezji hiszpańskiej (Garcii Lorki, Anotnia Machado, Albertiego...) ukazywały się na pierwszych kolumnach „Współczesności”. Nieco później redakcja przeniosła się Na Krakowskie Przedmieście vis-à-vis Pałacu Staszica. Tam często można było natknąć się na Kryskę i Grochowiaka – grających zapamiętale w cymbergaja. Bywał tam jako świetnie zapowiadający się poeta jąkający się Jerzy Skolimowski. Pamiętam, że kiedyś przyszła wybitna i piękna rzeźbiarka Alina Szapocznikow pytając, czy może dostać honorarium za szkice swych rzeźb – z wielkim zażenowaniem, bo to były grosze. Jedną z najbardziej barwnych postaci w redakcji był Marian Ośniałowski. Z jego postacią związanych było wiele anegdot. Kiedyś wysłano go do Olsztyna na konferencję w sprawie ochrony lasów. Po wysłuchaniu poważnych referatów naukowców i władz administracyjnych zadał tam tylko jedno pytanie: - Przepraszam panów, czy w tych lasach są wilki? Był to poeta bardzo urokliwy i wiecznie nieobecny.

 Stanisław Grabowski

 

Kalendarium Niepodległości (21)

 

Powitanie Józefa Piłsudskiego na Dworcu Wiedeńskim w Warszawie 12.XI.1916.

 

 

 

1 listopada 1918

W porozumieniu z Austrią ukraińskie pułki o 4 rano zajmują pocztę, dworzec, Wydział Krajowy i ratusz we Lwowie. Rozpoczynają się trzytygodniowe walki o miasto. Komendantem obrony zostaje kpt. Czesław Mączyński. Wśród członków Naczelnej Komendy Obrony Lwowa jego sztabu: kpt. Stanisław Bac, dr Łapiński, Kmita, kpt. Pieracki, por. Antoni Jakubski, por. Ludwik de Laveaux, Ajdukiewicz, dr Majbaum, por. Stanisław Borkowski, kpt. Mieczysław Boruta Spiechowicz. Punktem oporu staje się szkoła im. Henryka Sienkiewicza.

 Stanisław Grabowski

 

Kalendarium Niepodległości (20)

 

Powitanie Józefa Piłsudskiego na Dworcu Wiedeńskim w Warszawie 12.XI.1916.

 

 

 

15 października 1918

W parlamencie austro-węgierskim posłowie Polacy deklarują, iż są obywatelami niepodległego państwa polskiego.

_____________________________

Wielki rynek w Orłowej zapełniły około 20-tysięczne rzesze, które w skupieniu słuchały przemówień i odczytywanych tekstów rezolucji, ale z entuzjazmem reagowały na słowa wyrażające wolę Śląska przynależenia do Polski. Uważamy się odtąd za obywateli wolnej, zjednoczonej i niepodległej Polski! (Zofia Kirkor-Kiedroniowa)

____________________________

„Polska nierządem stoi!”, rzekł do mnie […] arcybiskup [Aleksander Kakowski – St.G.] z przygnębieniem. Istotnie przeżywamy dni pełne goryczy. Wobec Rady Regencyjnej hołdy z daleka, ksiądz arcybiskup najniepopularniejszy, na niego publika: bij, zabij! Nawet duchowieństwo. Domaga się społeczeństwo, by ustąpił i zajął się sprawami duchownymi, przez swą działalność polityczną jakby umniejszył powagę Kościoła. Chętnie bardzo wyszedłby arcybiskup z Rady Regencyjnej! Tak sobie dumam, że stał się cud… Legł Moskal, pada Prusak, Austria się rozkłada. Z tego chaosu na rumowisku walących się światów wypływa Polska Zmartwychwstała. Scementowali ją wrogowie krwią własną, za zbrodnię płacą życiem. Biegnę z uniesieniem na spotkanie Polski wyśnionej, wymarzonej… ale wnet cofam się boleśnie. Czyż to ona, wyśniona, bez dawnych tradycji, a z dawnymi błędy – ze świeżym trądem niewoli – nie przygarniająca, a przeklinająca. Niejednokrotnie są rozczarowania jednak u wrót dopiętego celu. Moment olbrzymi! My mali – ale wierzę w Opatrzność, która nas podnosi, osłania. (Maria Lubomirska)

 

Bez przylepności nie ma literatury!

Z Romanem Lisem rozmawia Andrzej Śnioszek

 

W latach 70. i 80. był Pan aktywnym uczestnikiem życia literackiego. Jak po latach interpretuje Pan skalę zamieszania wokół „prozy nowych nazwisk”? Większość debiutujących wówczas autorów to dziś nazwiska całkiem zapomniane.

 

Lis Roman

© Bogdan Konopka, 1983

 

Ja właściwie przez długi czas nie rozumiałem, co oznaczał termin „rewolucja” w tym kontekście. Jakoś z rozpędu uważałem, że weszło w życie pokolenie powojenne, do którego należałem (1947) i zaczynamy mówić każdy po swojemu. Właściwie byłem z wszystkimi skłócony, a znałem osobiście prawie wszystkich. Skłócenie wynikało głównie z tego, że nie byłem wykształcony w sensie akademickim, natomiast posiadałem instynktowne rozumienie, do czego literatura służy i jak ma wyglądać. Pamiętam jak podczas oficjalnej dużej dyskusji literackiej (nie pamiętam gdzie, w drugiej połowie lat 70.) z udziałem Berezy, Myśliwskiego i kilku znanych starszych pisarzy, gdy bardzo podkreślano potrzebę zapisu języka tej rzeczywistości – gloryfikując tę ogólną tendencję Berezowską – przeciwstawiłem się wszystkim pytaniem „w jakim celu?”. Nie rozumiałem, dlaczego tak ważna jest wierność wobec czasu (teraz myślę trochę inaczej). Oczywiście nie szło mi o formę, bo było dla mnie jasne, że forma jest indywidualną i wręcz prywatną sprawą pisarza. Dla mnie brzmiało to jak zachęta do niczym nieograniczonego bełkotu! Wśród dyskutantów na sali była tylko jedna osoba, która miała podobne zdanie, Ewa Rode (ówczesna żona Krzysztofa Gąsiorowskiego).

 

KRYSTYNA KONECKA

 

Śladami Ignacego Paderewskiego

 

W KĄŚNEJ DOLNEJ I DALEJ…

 

Paderewski k1

 Paderewski - kompozytor i pianista. Współczesny portret autorstwa M. Machaj, wg fotografii z 1900 roku. Kąśna Dolna