Wiesław Łuka

 

Lejący się strumień 

 

luka wieslawWiesław Łuka rozmawia z prof. Józefem Rurawskim, polonistą, historykiem literatury o alkoholizmie na wesoło i na smutno w literaturze i w realu, o patriotyzmie  w oparach wódki, o upolitycznionym Noblu, o harcerskich poradach prawie dziewięćdziesięcioletniego emeryta.  

 

Nie ma ani jednej dziedziny życia, czy profesji, w której alkohol nie lałby się strumieniami – to Twoje słowa ze wstępu do książki Wódko – wódeczko… motyw alkoholu we  współczesnej prozie polskiej  (Kielce 2001). Dziś prawie codziennie słyszymy i czytamy w mediach o  bitych i zabijanych niemowlętach przez pijanych rodziców lub konkubentów, o przechodniach zabijanych przez pijanych kierowców; ostatnio o pomyśle wprowadzenia zakazu picia alkoholu przez parlamentarzystów w lokalu sejmowym. Gdybyś  miał pisać drugi tom Wódki… wódeczki … to powtórzyłbyś metaforę o strumieniach?

Rzeczywiście, zacząłbym książkę od informacji: wczoraj usłyszałem w telewizji, że w domu przy Sejmie wykryto „melinę pijacką…”

Andrzej Walter

 

Na 1 listopada 2017

 

walter051   Tak jest, że w miarę upływu przeżywanych lat, to święto – jak się zwykło określać – Święto Zmarłych, albo jak kto woli – Wszystkich Świętych – znaczy dla nas coraz więcej. Coraz więcej tam ludzi, których spotkaliśmy. I coraz więcej tam nas. Na tych ścieżkach życia, które się już zakończyły, a w nas trwają.

Nigdy się nie kończąc.

   Obcowanie duchowe staje się coraz ważniejsze. Inspiracje. Iluminacje. Dialog. Rozmowy z umarłymi? Jakież to śmieszne. I jakie poważne. Te rozmowy są ważne, bardzo ważne, najważniejsze.

Z RITĄ GOMBROWICZ, wdową po Witoldzie Gombrowiczu i kustoszką jego spuścizny pisarskiej, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

 

rita gabrowiczGombrowicz – pogromca iluzji

Witold Gombrowicz to w pewnym sensie pisarz jednocześnie polski i francuski, choć polski jednak w znacznie większym stopniu. Literatura „gombrowiczologiczna”, naukowa i eseistyczna, jest w Polsce już bardzo obfita. Czym różni się - w Pani indywidualnym odczuciu - odbiór jego twórczości, prozy, dramaturgii, dzienników przez czytelników polskich od recepcji czytelników francuskich i innych w Europie?

Paradoks polegał na tym, że twórczość polskiego pisarza Witolda Gombrowicza do polskiej publiczności czytającej zaczęła docierać w pełni dopiero po ponad dwudziestu latach po jego śmierci, jeśli nie liczyć nielicznych wydań jego prozy, w tym „Transatlantyku”, w czasie odwilży 1957-1959. Z tego powodu recepcja jego twórczości w Polsce jest zupełnie inna niż we Francji i na Zachodzie, gdzie poznano ją ćwierć wieku wcześniej. Z uwagi na to, że żył we Francji, tu wydawał i ja mieszkam we Francji, jest traktowany poniekąd jako pisarz francuski. Trochę takie aspiracje ma jeszcze Argentyna. Ale tak naprawdę był nade wszystko pisarzem polskim, tym bardziej, że sceneria większości jego najważniejszych dzieł, „Ferdydurke”, „Pornografii”, „Kosmosu” czy wielu opowiadań rozgrywa się w groteskowo zdeformowanej ale jednak polskiej przestrzeni, a problematyka „Transatlantyku” jest na wskroś polska w treści i formie. Czytelnik francuski odbiera problematykę i formę prozy Gombrowicza bez kontekstu polskiego, którego na ogół nawet się nie domyśla. Odbiera ją uniwersalistycznie. Dla niego to proza dotykająca takich fenomenów ludzkiej egzystencji, jak tożsamość jednostki, presja kultury i natury na człowieka,  fenomen młodości w ujęciu kulturowym i seksualnym, zagadnienie „maski”, „formy”, „przebrania” jako kluczowych doświadczeń egzystencjalnych w cywilizacji, relacje między szczerością a udawaniem w kulturze i tak dalej. Polski czytelnik na ogół czyta Gombrowicza, że tak powiem, przez „Transatlantyk”, czyli przez problemy związane ze stricte polskim doświadczeniem i dopiero w drugiej warstwie czyta go uniwersalistycznie, tak jak Francuzi,  Niemcy i inni.

Nie wszystkich to samo uszczęśliwia

Z Grzegorzem Gortatem rozmawia Janina Koźbiel

 

mur gortatW wielu Pana książkach ważnym bohaterem jest pies. Poczynając od opowiadań w zbiorach, których tytuły...

...o psie, który uczył malować? Czy może ma pani na myśli opowiadanie o chłopcu, który dzięki psu przejrzał na oczy, zmienił się na lepsze, trafiwszy – we śnie czy może na jawie –  do takiego trochę Panakleksowego świata, gdzie mu dano lekcję dobrego wychowania? W opowiadaniu o psie, który uczył malować, na początku ma się wrażenie, że to człowiek przygarnął psa, a jest odwrotnie, to pies –  pytanie, czy nie był czymś więcej  niż psem –  zaopiekował się człowiekiem,  niezbyt dobrym malarzem, jak się później okazuje. To znaczy malarz może był z niego nie najgorszy, tylko nie miał szczęścia; i pies – taki trochę z Bułhakowa, ale nie demoniczny, raczej stojący po jasnej stronie –  popchnął go „we właściwym kierunku”.

Z KRZYSZTOFEM GORDONEM, aktorem Teatru Wybrzeże w Gdańsku, rozmawia Krzysztof Lubczyński

 

Tadeusz Makowski

 

 

Najważniejsze było słowo

W zbiorze szkiców teatralnych Andrzeja Żurowskiego, który stanowi poczet wybitnych aktorów, jest Pan w tytule określony jako „aktor z tajemnicą”. Brzmi to na pozór jak banał, frazes, ale moim zdaniem nim nie jest. Są aktorzy wybitni  z tajemnicą lub bez. Kunszt Jana Świderskiego był oczywisty, ale ilekroć pojawiał się na scenie, zawsze wiedziałem czego się spodziewać. A w Pana przypadku ja rzeczywiście nigdy nie potrafię odgadnąć w jakim kierunku poprowadzi Pan rolę, jak ukształtuje się kreowana przez Pana postać. Skąd taka tajemnica się bierze?

Teraz wiele się w teatrze pozmieniało. Tej tajemnicy jest o wiele mniej, więcej jest dążenia do oczywistości. Tu, w teatrze w Gdańsku Stanisław Hebanowski dawał kapitalne lekcje analizy tekstu. Z tekstu na pozór prostego, oczywistego wydobywał niespodziewane znaczenia, odkrywał zawarte w tekście tajemnice, wyjaśniał nam wiele rzeczy. I przypominał, że człowiek mówi i robi wiele rzeczy, których często nie jest świadomy, których nie rozumie. Że nie zawsze mówi z rozmysłem, świadomie, z wyrachowania. Czasem robi rzeczy, które innego człowieka dziwią, zastanawiają. Wiele takich sytuacji jest właśnie w tekstach dramatycznych.