Janusz Termer

Komu jest dziś potrzebny pisarz?

 

Drogi Czytelniku,,

tekst poniższy  napisałem na wiosnę 1992 roku dla powstałego wówczas dziennika "Nowa Europa"(jego założycielem   - przypomnę co młodszym rocznikom - i redaktorem naczelnym był zmarły niedawno Krzysztof Teodor Toeplitz. Minęło więc blisko dwadzieścia lat, a tekst  ten wydaje mi się na tyle aktualny - zwłaszcza w świetle dyskusji toczonych na łamach portalu pisarze.pl, że ośmielam się go dzisiaj przypomnieć. A zresztą osądźcie to Państwo sami...

J.T.

 

Leszek Żuliński


Między rozpaczą a nadzieją

 

Piotr Kuncewicz kończąc 9 kwietnia 2007 roku swój żywot, nie zdążył dokończyć być może jednego z najważniejszych dzieł literackich, jakie akurat był pisał. Jest to „Brama. Dziennik intymny Doktora Fausta” – rzecz, którą najlepiej chyba scharakteryzować określeniem: powieścio-esej.

Stefan Jurkowski

Kultura – Isaura...

 

W Polsce kulturę traktuje się trochę, jak Isaurę: można się nią pochwalić w salonie, ale na co dzień traktuje się ją jak niewolnicę, zwykłe popychadło. Kiedy ostatnio planowano zmianę rządu, wymieniano kandydatów na najróżniejszych ministrów. Oficjalnie zaś nie było kandydata na ministra kultury i sztuki. Oficjalnie, bo jakieś tam mniej lub bardziej prawdziwe pogłoski dało się tu i ówdzie słyszeć.

Stefan Jurkowski


Pisarzu, powieś się!

 

Filip Wrocławski, 2006Poeta przynosi do wydawnictwa propozycję książki, po pewnym czasie (niekiedy rzeczywiście dosyć długim) otrzymuje umowę i honorarium, od 10 do 25 zł za linijkę wiersza. Tom wierszy powinien najmniej mieć jeden arkusz, a więc 700 linijek. Łatwo obliczyć... To brzmi dzisiaj jak bajka, ale kiedyś tak było. O prozie już nie wspominam. Oczywiście nigdy nie wydawano dużo, była ostra selekcja redakcyjna, w rocznych planach wydawniczych mieściło się niewiele pozycji, a proces produkcyjny bywał niezmiernie długi.

Leszek Żuliński

Dwór w Oborach

Na przełomie lat 40. i 50. władza połapała się, że elity intelektualne i artystyczne warto jest mieć przy sobie i za sobą. Najlepiej skoszarowane w pismach, Serce życia kulturalnego biło więc w zinstytucjonalizowanej enklawie; środowiska twórcze były zwarte i zintegrowane, otoczone wyszukaną infrastrukturą w wydawnictwach, stowarzyszeniach i domach pracy twórczej... Gradacja przywilejów była dość spora – od wczasów w Picundzie do wczasów w Oborach, nie bardziej luksusowych niż np. sanatorium dla hutników, ale jednak z szeptaną estymą gawiedzi. Czy był to raj? Bardzo względny i z coraz większą armią dezerterów, ale jednak przez 40 lat udało się w tzw. kadeelach stworzyć i utrzymać inny model istnienia wspomnianych środowisk, odmienny np. od kawiarnianego, znanego sprzed wojny, czy campusowego, znanego z krajów zachodnich. Jednym słowem: per aspera ad Astoria, lub: literaci do Obór!...