Aktorka nieposkromiona

Z ANNĄ POLONY rozmawia Krzysztof Lubczyński

 

lubczynski foto6Znów pojawia się Pani przed oczami szerokiej, bo telewizyjnej publiczności, w roli Emilii w serialu „Drogi wolności”, zrealizowanym na 100 rocznicę odzyskania niepodległości przez Polskę. Kiedy po raz pierwszy zetknęła się Pani z fenomenem aktorstwa?

 

W krakowskim liceum, gdzie uczył mnie o teatrze przedwojenny artysta Jan Niwiński. Pracował z nami, uczniami nad interpretacją utworu - stwarzał nastrój, który pobudzał wyobraźnię, pilnował słowa, żeby było wyraziste, prawidłowo wypowiedziane. W naszej grupie była znakomita poetka, czarująca i śliczna Halina Poświatowska. Recytowałam z nią hymn Jana Kasprowicza „Salome” podczas wyjazdu do Zakopanego. Miała poczucie humoru i przekorę wobec losu, który był dla niej okrutny. A pozy tym kilka razy, gdy byłam małą dziewczynką, zaprowadzono mnie do teatru z całą rodziną. I zapamiętałam Tadeusza Łomnickiego jako Puka w „Śnie nocy letniej” Szekspira. Nic nie zrozumiałam, ale wchłonęłam atmosferę.

 

 Stanisław Grabowski

 

Kalendarium Niepodległości (22)

 

Powitanie Józefa Piłsudskiego na Dworcu Wiedeńskim w Warszawie 12.XI.1916.

 

Jan Stanisław Smalewski

Żołnierze Wyklęci - nadzieje Gdańskie

 

 Smalewski           Pisząc o żołnierzach wyklętych i funkcjonowaniu podziemia zbrojnego w Polsce powojennej, nie sposób pominąć Pomorza, w tym miasto Gdańsk. Ich rola jest szczególna zwłaszcza dlatego, że w pierwszych miesiącach po zakończeniu wojny, to ten obszar przede wszystkim był brany pod uwagę, jeśli chodzi o podtrzymywanie kontaktów z rządem londyńskim. Stąd miała ruszyć, w co uwierzyła część dowódców podziemia zbrojnego, w tym legendarny „Łupaszka” w maju 1946. ofensywa przeciwko Sowietom, zmieniająca ustalenia II wojny światowej.

 

17 sierpnia, w wieku 86 lat zmarł w Skolimowie pod Warszawą wybitny aktor Józef Fryźlewicz (1932-2018). Późną jesienią 2017 roku odwiedziłem go tam, by porozmawiać o jego drodze artystycznej. Rozmowa była możliwa tylko dzięki życzliwości dyrekcji Domu Aktora Weterana, ponieważ Józef Fryźlewicz był już wtedy bardzo ciężko i obłożnie chory, praktycznie unieruchomiony w łóżku. Poniżej jej nieautoryzowany zapis.

 

Moje wędrówki przez sceny

Z JÓZEFEM FRYŹLEWICZEM, aktorem, rozmawia Krzysztof Lubczyński

 

Filip Wrocławski

 

Kilkanaście lat temu ukazała się Pana książka „Ja, Zgryźlewicz”. Opowiedział Pan w niej sporo o swoim życiu, ale niewiele o swojej drodze zawodowej…

Nie mam pewności, że ona jest aż taka ważna, żeby się o niej rozpisywać. Ceniłem swój zawód, ale ważniejsze było dla mnie zwykłe życie.

Nie mniej ma Pan bardzo ciekawą i bogatą biografię aktorską, teatralną i filmową, więc o niej porozmawiajmy. Widać z niej, że Pana droga do aktorstwa nie była prosta. Studia na krakowskiej PWST przerwał Pan po roku, przez rok studiował Pan polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim. Udało się Panu ukończyć dopiero Wydział Aktorski PWSTFiT w Łodzi. Skąd te trudności?

Z PWST wyrzucili mnie, bo uznali że mam bardzo złą dykcję, polonistyki nie ukończyłem, bo musiałem na siebie zarabiać i zatrudniłem się jako instruktor w domu kultury w moim rodzinnym Nowym Targu. Nie byłem z bogatej rodziny, ale uparłem się na to aktorstwo i dopiąłem swego. W Łodzi zauważyła mnie Jadwiga Chojnacka, ale w tamtejszym Teatrze Powszechnym byłem tylko jeden sezon i zagrałem dwie role, jeszcze przed dyplomem. Po dyplomie (1959) pojechałem do Rzeszowa, do Teatru im. Wandy Siemaszkowej, na dwa sezony. Potem dwa sezony w teatrze Lubuskim w Zielonej Górze, gdzie zetknąłem się z wybitnym człowiekiem teatru, Markiem Okopińskim, u którego zagrałem jedną z moich najważniejszych ról, Konrada w „Wyzwoleniu” Wyspiańskiego, nagrodzoną na Kaliskich Spotkaniach Teatralnych (1963). Głównie z nim tam pracowałem, m.in. w „Dniach Komuny” Brechta jako Thiers. Inną moją bardzo ważną rolą w Zielonej Górze był Hrabia Henryk w „Nieboskiej komedii” Krasińskiego w reżyserii Jerzego Kreczmara. Za tę rolę nagrodzono mnie na następnych Kaliskich Spotkaniach Teatralnych w 1964 roku. W 1963 roku przeskoczyłem na trzy sezony do Poznania, do Nowego, razem z Okopińskim, który był moim pierwszym mistrzem scenicznym. Tu pracowałem głównie z nim ale także z bardzo uczonym, ale zbyt przeintelektualizowanym Stanisławem Brejdygantem, w „Wiecznym małżonku” Dostojewskiego i jako Herod w „Jasełkach moderne” Iredyńskiego. W 1966 roku zagrałem u Okopińskiego papieża Piusa XII w „Namiestniku” Rolfa Hochhutha, sztuce, która wtedy szła przez sceny całej Polski, co było motywowane politycznie, jako że sztuka opowiada o milczeniu Watykanu w obliczu zagłady Żydów. Swoją przygodę z Poznaniem zakończyłem tytułową rolą w bardzo eksperymentalnym przedstawieniu „Gyubal Wahazar” Witkacego, w reżyserii całkowicie dziś zapomnianej Jowity Pieńkiewicz. Początek roku 1967 zastał mnie w Teatrze Ludowym w Krakowie-Nowej Hucie, gdzie zagrałem kilka ról, głównie we współpracy z Ireną Babel, n.p. Łopachina w „Wiśniowym sadzie” Czechowa.

Po krótkim epizodzie katowickim zaangażował się Pan w roku 1969 do Teatru Narodowego w

 Agnieszka Herman

 

TANIEC Z KOSSAKAMI

Rozmowa z Joanną Jurgałą-Jureczką na temat jej najnowszej książki Kossakowie. Biały mazur.

 

biały mazurTo już Twoja trzecia książka dotycząca rodziny Kossaków. Pierwsze dwie opowiadały o kobietach,  teraz przyszedł czas na wszystkich członków tego zacnego rodu. Jak znalazła Cię rodzina Kossaków i jak jej się udało usidlić Cię aż na trzy książki?

Nie ma przypadków. To ekscentryczny Witkacy wprowadził mnie do rodziny. Nigdy się z Zofią Kossak nie rozumieli. To były dwa różne światy, a jednak to za jego sprawą zajęłam się Kossakami. Wszedł do rodziny przez małżeństwo z Jadwigą, kuzynką Zofii Kossak, Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej i Magdaleny Samozwaniec.

W marcu 1931 roku namalował portrety rodziny mieszkającej w dworze w Górkach Wielkich na Śląsku Cieszyńskim. Portret sumiastego szlachcica - ojca Zofii, bliźniaczego brata znanego malarza, Wojciecha Kossaka - uważany był za zaginiony. Sądzono, że spłonął podczas wojny razem z dworem. Prawie dwadzieścia pięć lat temu, kiedy byłam dziennikarką i w sezonie ogórkowym szukałam jakiegokolwiek tematu, trafiłam do Górek Wielkich. Mieszkam niedaleko. Chciałam napisać jeden tekst. Tymczasem nie tylko poznałam wówczas córkę Zofii Kossak, która właśnie wtedy przyjechała ze Szwajcarii, ale byłam świadkiem znalezienia portretu Witkacego. Okazało się, że przetrwał w tak zwanym domku ogrodnika, ostatnim mieszkaniu Zofii Kossak. I to wszystko zrobiło na mnie takie wrażenie, okazało sie być tak fascynujące i niezwykłe, że już zostałam. Napisałam pracę doktorską o Zofii Kossak-Szczuckiej-Szatkowiej, przez jakiś czas kierowałam jej muzeum. I odtąd nieustająco piszę o tej niezwykle utalentowanej rodzinie.