{jcomments off}

Wiersze tygodnia – Ewa Klajman-Gomolińska

 

 

Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska

 

 

 

Ruah

 

Podniosła krzyk garścią słów

Rzuciła w twarz nieba Po nagim bladym

Ciele Spływała zagadka jej życia i umierania

Zostawiła kod genetyczny

Jedyną spuściznę siebie po sobie

Oddając przodkom przysługę

Jesteś bólem Cudem który boli

Spod przymkniętych powiek

Wydostawała się karma powrót zła

Wyrządzonego grzechu pierworodnego

Niedomytego chrztem Ręką mało świętą

Karą z Bożych Ogrodów Owoców zakazanych i przyzwolonych

Poznania których nigdy nie dostąpiła

Bolisz mnie światłem i ciemnością

Zwątpieniem i ufnością Rozwidleniem i wyboistą prostą

Drogą mi tak drogą

Że brakowało czasu

Na doskonałość dźwięków żył pompujących

Ruah dla mnie świata anielskich piór

Dlaczego bolisz cierpieniem terminalnym szczęściem

Umykającym jasnym spełnieniem raną której

Nie dajesz się zamknąć miłością którą

Kochasz mnie jak chcesz ja Ciebie jak mogę

Mój genetyczny kod Materiał kości i mięsa

Wypełniającego tchnienia Przestrzeni moich

Skrętów i powstań Powłoka którą nie jestem

Nie byłam i nie będę

Trwałość ciągłość podstawa czegoś

Co stało się własną legendą punktem jedynym

Odniesieniem startem i lądowaniem i katastrofą

Marszem pokoleń jednego ja

Tylko drzewa pamiętają

Poznanie zaklęte w drzewo.

 

 

Ten Wielki

 

Gasło światło

Gdy miasto dopiero zaczęło mówić

Jedynym słowem znajomym ze składanki było

Opuszczam

Opuszczam odchodzę wychodzę przechodzę

Igram z literami Odcinam się od dźwięku

Bo on ma w sobie emocje przyczepione

Jak emalia do paznokci szkłem

Utwardzaczem jakby nigdy nie miały się znudzić

Ich kolor faktura linearność małomiasteczkowość

Miasto kołysze blokowiska parki jeziora

Małe królestwo wzniesione na jednym rzuconym ziarnie

Porzuconym ziarnie nieopatrznie

Gdy przechodził tędy Ten Wielki

W pelerynie kalejdoskopie Ave Maria

Zarzucił samotnym granatem

Na ramię i ziarno wypadło spadło i upadło

Z nim kilka aniołów sporo firm i fabryk

Moraliów wartości obyczajów wzroków

Jedni na kolana inni wbici w ziemię

W międzyczasie nic nie było albo dinozaury

I człowiek wymyślił lustro

Zobaczenie siebie miało dać wszystko

A nie dało nic

Bo dalej wiosna jest nadzieją

Bóg wpina nowe klejnoty do tamtej peleryny

Kiedyś byli solidni rzemieślnicy materiały

W jednej pelerynie przez całe życie

Zimę przetrwać A na wiosnę wszystko minie

Będzie ciepło dzień dłuższy okna mogą być

Otwarte.

 

 

 

Nadejście wiersza

 

Dziwny ten ból

Stoi w progu z założonymi rękami

I wyczekująco na mnie spogląda z drugiej lustra strony

Tajemniczość Niecierpliwość Zaskoczenie

Skradziony pocałunek w liściaste popołudnie

Nad zeszłym stawem Ziemia pokryła ślady stóp dotknięcia długich artystycznych

Palców Niezliczonych słów komunikujących nadejście wiersza

Kosmicznego pojazdu unoszącego się w przyszłość

Kodu przetrwania zapisanego w wersach

Modelowanie i rzeźba słów tych samych o innym

Stanie masie i wyrazie

Wiersz usiadł jak Twardowski i siedzi do dzisiaj

A gdy pełnia szepcze do ucha

Dotknij mnie dotknij mnie

Mego ogona chociaż Mego ego

I wybaw mnie od otchłani znaczeń lęków

Upokorzeń

I zbaw od nienawistnych spojrzeń tańców na pokaz

Wielkich imprez w ciasnej bieliźnie

I ja ten wiersz podnoszę

Czasami płynie ze łzami

Czasami czyha w galerii

A potem otula szalem nieskończoności

Szałem emocji drżenia starości (sztywnej)

Z dużym jęzorem przyklejonym do brudnej szyby

I wtedy już wiem

Że nic nie przychodzi ostatnie

Bo tylko przypadek nic nie znaczy

A ból zawsze boli jak złączona para

W czarnym trykocie na pustym peronie oszronionym lekkim śnieżnym

Opłatkiem

W szeroko otwartym pocałunku kurewsko naćpana.

 

 

Antykwariat

 

Mały złotawy antykwariat na końcu wąskiej uliczki

Zaprasza gestem baśni do środka

Żeby tak jeszcze piernikiem zapachniał Na mostku stał

Przewracam grube książki na półkach

Szukam tytułu Odpowiedzi na moje wołanie

W tępy blat stołu kurczowo trzymam się

Chwili jak tchórz skazaniec

Niedorozwinięty krzyk

Pożera nutę Nie ma dopowiedzenia dokończenia

Życie bez puenty ale i bez znaku zapytania

Potrząsanie głową jako maniera Rewolucja

Podniesienie nuty

Akompaniament kocha się sam ze sobą

Skrzydła sypią mieniącą muzyką która przyzywa

Metaliczny smak w ustach

Umiera chwilę potem sam fortepian

Ulatują w próżnię próżną głód i brak

Puste miejsce w połowie koncertu

Zajmuje Półczuwanie.

 

 

 

Lśnienie

 

Znajomy korytarz schody drzwi

Czas znajomy z wyrwami otrębami i drwiną

Czas zeszły czerstwy z dniem niezmordowanym

I tylko ten dywan owalny z błyszczącej czerwonej przędzy

Po którym boso marzyłam po którym boso płakałam

I tylko te firany fuksjowe zawstydzone też błyszczące

Przez które serce mi waliło przez które ptak nie odleciał z parapetu

Lśnienie Bardzo jasne światło energooszczędne

Lewitacja Szybkie kołysanie

I gdyby nie ta z orzecha poręcz

Której chwyciłam się by głosów do siebie nie wpuścić

Dzięki której niczego nie odkryłam

Choć ciemność pokryła nawet mrok ziemi

I gdyby nie białe posągi Pitagorasa i Platona można by było połknąć czyjąś duszę

Przyjąć matematyczny ciąg na nieistnienie istnienia

Szklana niemal przezroczysta podłoga

Na której ochoczo bawiły się odczepione od czaszek myśli

Po prostu nie goń tak i nie pędź

Zatrzymaj się na chwilę bo ja Cię o to proszę

I pozwól mi wyprostować się w ten kolejny dzień

Panie Boże.

 

 

 

Milczenie mowy

 

Przepowiadam sobą siebie Przeszłością

Odmierzam siebie do siebie

Dzielę sobą i pomnażam o ciebie

Zanurzam odklejone tatuaże historii w rzece której

Nurt przekroczył mnie mną nim woda obmyła

Dwie trzęsące się ręce

Ujmuję nimi zimne kamienie Wydobywam z nich głos

Weryfikuje opinię na temat głosów

Śpiewamy z rzeką oddalając nietypowy stan

Całkowitego milczenia Najwyższego stopnia biegłości mowy

Języka zaklętego w Babel

Z wdziękiem pokonującym natręctwo echa

Wciąż ulokowanego w sejfie cyklicznym

Zapowiedzi na mszy wieczornej odmiany losu

Ale te starsze panie nie pamiętają gdzie ulokowały kody i klucze

Kapłani z Indii wyrzucają dzieci z balkonów

Bo wiara wymaga poświęcenia i ryzyka

Rodzice cieszą się z siły rytuału

Więc wyjmuję jedną ręką serce

Drugą kamień

Czerwona rzeka jak anachronizm

Poezji po wiekach wieszczach

Pod kamieniem połyskuje obol

Specjalnie dla mnie Położę go na oczy na własnym pokazie.


 

 

Moim braciom

 

Marek przyjdzie ostatni

Zawsze się spóźniał

Jak pan od przyrody na długich nogach

Z niedzianiem się w kieszeniach Anoreksją pod zarostem

Uśmiechnie się na nasz widok choć oznaczać to będzie że nie żyjemy

Tylko on się uśmiechał Spóźni się na koniec świata

Siedzimy na wąskiej ławce świat się skończył dla Marka pięć minut za wcześnie

Młodszy brat patrzy z przestrzelonym mózgiem na piec słoneczny

Mieliśmy kiedyś na Rudki pójść z winem ponarzekać na starych

Po śmierci świadczenia zdrowotne są na najwyższym poziomie pociesza

Jak zawsze Masz przestrzelonym mózg a Marek chowa się w bramie

Na rynku słońce obłaskawia mury

Archanioł Michael pilnuje dumy waszej bladej

Pójdziemy na Rudki łapać żaby na wszystkie zaklęcia wiccy Ani

Ułożymy korale z czosnku od największego do najmniejszego

Bóg w godzinie stworzenia świata

Odetchnął z ulgą mówiąc o Mieście zbawionym bez sądu ostatecznego

Umęczonego biedą i historią Otoczonego gettem i wianuszkiem czarownic

Walczących ze strzygami

Gryzmolimy coś grabkami na piasku pod długim balkonem na którym

Nadal siadają młode sowy wśród żółtych śmierdziuchów Osypujemy życie z wiaderek

Czekamy aż przyjdzie Marek a powinien bo umarł pierwszy

Ty z przestrzelonym mózgiem wysuwasz język jakbyś stał się

Nagle mową i stale patrzysz pod słońce

Jak pod kopyta rozgniatające naszą młodość bezsilną

Jest was tylko troje i musicie trzymać się razem

Mówi babcia Ania i wyjmuje z kredensu nasze kubki

Twój we wzorki mój w truskawki Marka w kwiatki za chwilę waszych już nie ma

Kredens  z rzeźbionymi drzwiami znika w prostym śnie

Rynek opiera się o mandolinę na której grała Zosia Samosia

Na Rudkach trawa ma połamane kulasy to standard miasta

Stan umysłu ludzi przegranych

Ale przecież jest gdzieś takie miejsce

Gdzie niebo schyla się najniżej jak tylko potrafi

Łagodnie szumi muszla zastępując morze

W zaczarowanym kufrze wiccy Ani mamy swój własny kawałek marzeń

Siedzimy na wąskiej ławce śmierć mówi że nie miała wyboru

Kołysze ciężkim marszem wojska Pachnie solą morską

Zapach krwi miesza się z zapachem opalonego ciała turystów

Ktoś zapowiada nadejście Mesjasza

Marek przyjdzie ostatni.

 

 

 

Archaniołowie

 

Święty Michaelu Archaniele

Święty Mieczu Potęgi Wielki Wojowniku

Ja żołnierz 14031966 Armii Boga

Proszę byś podniósł mnie z kolan

Miałam kiedyś taki rok w którym umarli dwaj moi bracia i odszedł mąż

Nie było wojny W ciągu paru miesięcy straciłam trzech mężczyzn mojego życia

Pora zejść na wiersz Nie miejsce na tkliwość ckliwość czułostkowość łezki buzi

Twarda liryczna rzeczywistość

Przez pół roku spałam Nocą stającą w poprzek której ani przechodzić

Przeskoczyć Trzeba chwycić się nieba by ją przespać

Nie przepaść w niej  Nie dostać zawału serca jest tak trudno albo wylewu

Święty Rafaelu Archaniele

Bóg uzdrawia Ześlij swoje szmaragdowe światło Wiadomość na komórkę

Nie ma rodziców braci Życie usiadło na taborecie Utraciłam korzenie

Kręgosłup od siedzenia na taborecie bardzo boli A ja jestem tylko Ewą

Mam w dłoni pióro Grzebię nim bliskich Walczę z cieniem

Lucyfer mnie na światłach goni Straszy że ugryzie gdzie mnie boli

Trzymaj się wersu Opanuj emocjonalność Naciągnij metaforę Ubierz epitet

Wypasiony bez ulegania sezonowości Inspirowany modą z sentymentem

Do starej motoryzacji Mam skłonność do przykrótkiej prozy Przydługich wierszy

Tak jestem skonstruowana psychicznie Minimalistka z wyobraźnią

Rozpiętą na plenerowych sztalugach Szukam wciąż ciebie

Święty Gabrielu Archaniele

Czy było Ci kiedyś żal człowieka

Bliscy to sprawa świadomości Obecność jest darem

Ocal mnie miłością Gdy tylko pióro w ręku mam

Jeśli możesz jeszcze wstać to wstań mówisz głosem mego ojca

Pochylasz siwizną mojej matki

We mgle po zapachu nut anielskich rozpoznaję ślady

Echem sylabotonicznym z zagubioną średniówką

Jeśli możesz jeszcze wstać to wstań ponawiasz

 Bóg jest Miłością.

 

 

 

Amadeusz Amadeusz

 

Gruby ptasznik obżera się własnym

Nieogolonym ciałem

Słodka zapłata dla ciebie

Amadeusz Amadeusz

Wcześniej oddał należny hołd

Kobiecie upadłej

Przeklęta przeklęła pustą ulicę

Zobaczyła jej własną alienację

Wyobcowanie we własnym ciele

Przez ciało ulicy

Otwartość ciała paradoksu samotności

Ulicy boleśniej uwierającej

W metafizykę kobiety pająka

Taka zapłata za to że o tobie myślę

Amadeusz Amadeusz.



Mojej Mamie


Tak mi wstyd że było mi wstyd

Nawet drzewa umierają stojąc mówiłaś

Po co płaczesz kobieto Związek ducha z materią

Poza ziemią z niedomkniętą raną mleczny brzuch Anatewki  

Daidalos z poczuciem winy Maca kupowana gdy sklep pusty

Na co komu te szyby zaparowane Nie w tych domach

Nie budź mnie już więcej Mamo.

 

Ewa Klajman-Gomolińska ur. 14.03.1966 r. w Olsztynie. Pisarka, poetka, publicystka, krytyk literacki. Debiut literacki na łamach „Głosu Młodych” w 1983 r. Pierwsze nagrody i wyróżnienia w połowie lat 80-tych XX w.  Jest autorką 9 książek: 5 poetyckich (Miejsce na ziemi, Olsztyn 2003; Sługa, niewolnik i błazen, Bydgoszcz 2006; W samym miąższu pomarańczy, Lublin 2007; Eloi, Lublin 2008; Milczenia z Bogiem, Lublin 2010) oraz 4 prozatorskich (Pędzące noce w wagonach, Bydgoszcz 2007; Rzeź komunistów, Bydgoszcz 2009; Babel, Warszawa 2013; Iluzja, Zelów 2014). Współautorka wielu antologii i almanachów. Szkice krytyczno-literackie, teologiczne i filozoficzne jej autorstwa ukazują się regularnie zarówno w wersji papierowej jak i internetowej pism ogólnopolskich. Od niedawna prowadzi swój autorski blog Baribum (rubinoweokno.blogspot.com). Prezentowane wiersze pochodzą z najnowszego tomu Ewy Klajman-Gomolińskiej Prestige, który niebawem ukaże się jako dziesiąta książka tej autorki.


Pin It