Tadeusz Bocheński - Garść Wierszy

KOMENTARZ

 

"Garść wierszy" - tak  zatytułowany rękopis z adnotacją "Wiersze tu zawarte nie były nigdy i nigdzie drukowane" przekazał mi w darze mój Ojciec, Tadeusz Bocheński, zapewne pod koniec lat pięćdziesiątych zeszłego wieku. Niestety, na rękopisie nie ma daty. Od tego czasu większa część tych dwunastu wierszy została pośmiertnie opublikowana w książkach "Smutek triumfalny" (Wydawnictwo Lubelskie, Lublinm,1971) i "Ciemne Smreczyny" (Wydawnictwo Literackie, Kraków,1985). Jednak twórczość i osoba autora, którego 120 rocznica urodzin przypada na rok 2015, są dzisiaj niemal całkowicie zapomniane.

Kiedy więc Bohdan Wrocławski, redaktor portalu pisarze.pl , zaproponował mi, żebym przygotował dla niego wybór poezji Ojca do publikacji cyfrowej, sprawiło mi to szczególną  radość. Poczułem niejako satysfakcję w zastępstwie Ojca, który za  życia  nie mógł doczekać się druku, a oto dokonuje przeskoku od zapisu ręcznego  sprzed dziesięcioleci wprost do elektronicznego w cyberprzestrzeni. Niech się w niej znajdzie ta "Garść wierszy" niegdyś mi podarowana. Mam poniekąd obowiązek doprowadzić w końcu do jej publikacji.

Ale tym razem nie dopuszczę się już "zdrady" wobec Ojca, jakiej dopuściłem się u schyłku lat czterdziestych, gdy Julian Tuwim rozpoznał we mnie jego syna i kazał mi dla umożliwienia druku wyszukać w twórczości Ojca cokolwiek, co miałoby bodaj pozór "wydźwięku ideologicznego", bo teraz, jak powiedział,  bez tego ani rusz, a Ojciec  skarży się w liście, że nigdzie go nie chcą drukować.

Podjąłem się, oczywiście, zadania, lecz w rzeczywistości nie szukałem "wydźwięku ideologicznego", tylko teksów pisanych  możliwie konwencjonalnym językiem, bo wiedziałem, że główną przyczyną trudności jest  osobliwy język Ojca. Zrobiłem wybór pod takim kątem, Tuwim wziął  i udało mu się coś z tego zaprotegować z powodzeniem w "Nowej Kulturze".   Ale to był Ojciec językowo trochę  zmanipulowany. Na tym polegała moja "zdrada".  Wszystko to opisałem  obszerniej w eseju "Odmieniec", gdzie przedstawiam też własną interpretację owej  rzucającej się w oczy osobliwości języka i jej motywów estetyczno-lingwistycznych u autora. Tu powstrzymam się od dalszego komentowania sprawy, a zainteresowanym nią czytelnikom polecam esej "Odmieniec" w mojej książce "Zapamiętani" ( W.A,B., 2013).

Dodam jedynie, że dla portalu pisarze.pl nie tylko nie dokonałem żadnej umyślnej selekcji  tekstów, lecz zachowałem "Garść wierszy" w postaci całkowicie integralnej, to znaczy  w takiej wersji, liczbie i kolejności, w jakiej otrzymałem je od Ojca, poza kilkoma  poprawkami wprowadzonymi później przez niego samego i uwzględnionymi w wydaniach książkowych.               

Jacek Bocheński





Tadeusz Bocheński

 

 

Garść wierszy

 

Wiersze tu zawarte nie były nigdy i nigdzie drukowane.

 

 

boch-garsc



HASŁO

 

Po człowieka pątować wolą,

po człowieka słowem, poeci!

Cóż wiersze, w których aureolą

świętodustwa człowiek nie świeci?


boch-haslo

 

 

SŁOWA I KORZEŃ

 

Nieśpiesznie mówię słowa, co jak olej

gęste są albo skała. Mech wokół, paprocie,

a skała trwa we słońcu, we wichrze i słocie,

niepożyta niczemu. Tak samo słów kolej:

dźwięczna, że ją poeta urodził z polszczyzny,

twarda, że nie jest raną ale hart ma blizny,

trwała, że za człowieka i za pokolenia

to, co płynie, poeta w pomniki zamienia.

 

Mówię słowa, lecz korzeń tych słów w sercu wierci,

ssąc żarliwie miąższ życia i lodowiec śmierci.

Ty co? Słuchasz. A myślisz, a czujesz to czasem,

że bez korzenia-ssawki byłyby hałasem

niewartym nie słuchania, ale i słyszenia?

To, co boli, poeta w bryłę piękna zmienia.

Czcij piękno, lecz cierpieniu obecna i wierna

bądź, jak jest chorującym siostra miłosierna.


boch-slowa

 

 

MUZA

 

Zaczęłaś kłamstwem. Kłamałaś, że łatwa,

że powtarzaniem jest poety droga.

A przecie słowo z życiem się nie gmatwa

lub tylko w pokrój wieczności i boga.

 

Słowo chce wolne być i być królewskie,

odkształcać, w nowe przeistaczać fakty

tę pierwoć, którą królestwo niebieskie

i szary tworzy w powietrzu stalaktyt.

 

Po coś kłamała, gdym u twego boku

młodzieńcem stanął? Byłaż to przynęta?

Dziś, Muzo, z prawdek - barłogów i oków -

po prawdę sięgam, co jedna i święta.

 

Prawdę toczoną ze słowa i ze mnie,

gdy słowo żyje, a jam życiodawca.

Patrzę w twe oczy, Muzo, ty wzajemnie

i wiem: nie jestem już na miarę krawca.

 

 

GÓRNIK I PANI

 

Górnicyśmy, o pani. W sztolniach człowieczeństwa,

w otchłaniach tajemnicy, w pokładach języka

trud się dzieje: co słowo, to triumf lub klęska,

a myślałaś, że łatwo formę napotykam?

 

Forma nasza jest trudem wyboru, doboru,

dręczy niedosiężeniem, zabija przypadkiem.

Wola nasza, decyzja i czyn - piękna połów

to kilof i cios mądry w surowca niestatki.

 

Tam, gdzie żyjesz, nożykiem deserowym skórkę

zdejmująca z pomarańcz lub krająca chałwę,

nie słychać tego huku, co nam ognie żółte

spod ciosów wyłamuje, a śród ogni prawdę.

 

Myślisz, że mały nożyk i powszednie ruchy,

że smak tamtych zdobyczy nawiedzi kopalnię?

Że jak się torty siecze, tak i niezmiar głuchy

wszechbytu lada słówkiem w niewolę zagarniesz ?

 

Rzuć nożyk, a nawyczek nie pamiętaj, nie czcij,

kiedy się czarnobiały, tętniący ichorem

wyszczerza kształt i ciemni odbiegając wiecznej

istnieć zaczyna sobą, świecić nad cokołem.

 

Nie tobą, właśnie sobą istnieje, a ludzi

tem posila, że dziki, otarty o Boga,

że fryzowanych życiem do wieczności budzi,

że z nim - każdy jest posąg, a bez niego - woda.

 

 

LALKA I KWIAT

 

Głupcy! "Boga w tym nie ma, co mówię i piszę".

Waszego "Boga", waszej otartej o kruchtę,

wymokłej w kropielnicach bezmyślności? Nie ma!

 

Wasza religia: płazów ochoczo bezskrzydłych,

hardzie pod odpadkami pełzających ducha,

łaskotliwie wpatrzonych w pewnik swej świętości.

 

Wasz Bóg: lalka na miarę upodobań. Życie

kaczkoludów we wieczność uniesie, przytuli,

płaską cnotę z kurników i kałuż nagrodzi.

Wszechświat dla was utworzył, a bez was, że pusty,

w gruz roztrąci i tylko waszego śpiewania,

waszych dziękczynień za swą waszość słuchać będzie.

 

Bóg mój. - Nic jeszcze nie wiem. Czuję ontologię:

fiołkami oddycha i wielką tęsknotą

do dna myśli, co dnem jest naraz wszechistnienia,

a tak to wszechistnienie ogarnia jak miłość

i tak się wszechistnieniu narzuca jak prawo.

 

Bóg mój-

Jakże go wiedzieć, ontologii kwiat graniczny,

nad wszelką masę cięższy, lżejszy od pojęcia,

jakże zaniechać, gdy się doskonali w nicość,

a korzeniem-harpunem tkwi we mnie, jest mną?



boch-lalka-i-kwiat

 

 

ULTRA

 

Nie przywalisz, nie pochłoniesz, nie strawisz.

Cóżby wtedy? Równowaga brzucha.

A ja w inną równowagę wybucham:

tej nie poddam, nie pozwolę zdławić.

 

Rozumowość czasu i przestrzeni

jeszcze  ciasna: wyrywam się poza nią

(gdzie już mózg nie wydoła otchłaniom)

i dopiero - dopiero jest lepiej.

 

 

NIESKOŃCZONOŚĆ

 

Jesienią można pisać. Nie tylko barwistą,

jak na bukach i brzozie, nie tylko zatęgłą

w bezruch powietrza, w metal i statykę krów

co się pod moje okno zeszły posągami

nie tylko smutną od konania kwiatów.

Pisać można jesienią dojrzałą i pewną.

Tak - myślę. Osadziście myślę. I tak czuję.

Tak nawet chcę. Człowieka hodujący w sobie

lat dziesięć czy piętnaście, wiem : ten człowiek niemal

 stanął, i chociaż tętni jak jesień i glob,

stoi. Okręt w przystani? Nie. W nieskończoności.

 

 

 

W CIEMNYCH SMRECZYNACH

 

W syrop słonecznej ciszy

zapadliśmy oboje:

ciemnosmreczyńska puszcza

i ja, co w puszczy stoję.

 

Stoję, że się zastałem,

i - zastoina, zawis -

podaje się pod wieczność,

jak instrumentu klawisz.

 

Nacisnął On, tajemny

Ktoś-Niektoś, arcymuzyk,

i oto drżą i dźwięczą

głębiny. Moje? Cudze?

 

Ciemnosmreczyńskiej puszczy

starodrzew, głaz i woda,

czy ja, co z bytu w niebyt,

ze siebie idę w Boga?

 

 

CZARNY STAW GĄSIENICOWY

 

Powierzchnia jeszcze skrawa

od słońca, od człowieka,

co się nad topiel zwleka.

Powierzchnia jeszcze skrawa,

lecz głębiej chłód, zielono,

a człowiek nie docieka.

Woda samotna, swoja

bytuje nieruchomo,

ani się górze, ani

napierając otchłani.

Lecz otchłań jest. Nie swoja,

nie ludzka. Tajemnicy.

Tak czarno, że od życia

ku śmierci - brak granicy.

 

 

GWIAZDA

 

Zapamiętałem ją. Nie marą była,

lecz ciałem z barwy złotej i ciężaru.

Gwiazda. Wpłynęła w okno i zbudziła.

A szedł z tej gwiazdy niby trzon filaru

i niby rzeka kleista, zawiła.

Bo rozumiałem, że nie ciecz, choć ciecze,

nie ogień nawet, choć zgęstniał i błyska,

nie lód, choć zimny, i nie miód, choć słodki.

To była słodycz tak goryczy bliska,

że zabolało mię serce człowiecze

i wraz rozkoszą jękło śród łaskotki.

 

Z gwiazdy, co w oknie stała, niespodzianie

śmierć we mnie przeszła: konkret, dokonanie.

Poczułem ciężar zwłok, caliznę gnicia,

materię, której żadna nie ckli samowiedza,

żadna myśl, żadna wola nie rozrzedza.

Poczułem ciężar swoich zwłok - za życia.

 

 

TRÓJJEDNIA

 

Widzisz, widzicie co mówię, a oto

mowa łaczna jest wzroku twojego.

Nic, że widzisz; tu patrzeć i oko

wypatrywać aż do mózgu trzeba.

 

Wypatrzyłeś? Pożąda poemat

uszu, co nie słyszą, lecz słuchają.

Wsłuchajże się aż do dna! Dna nie ma.

Jest polszczyzna, człowiek i problemat.

 

 

 

ŚWIAT I WIERSZ

 

Bodzie szablą siarczaną

spłowiałe niebiosa księżyc

"Wydłużyć by go,  natężyć,

aż zmieni bladość zastaną.

 

Niech niebu krew granatowa

wytryśnie, wypłynie rzeką,

a on niech we krwi się chowa

i zaś wychlustywa lekko".

 

Cóż to? "Świat winien być wierszem".

Poeto, poeto wichrzaty!

Substancji błyskotać i giełczeć?

Wiersz uczyń tyrańskim światem.


Pin It