{jcomments off}

Wiersze tygodnia – Gabriela L. Cabaj

 

 

Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska



Orfa


Mam do skrzydeł
przyczepioną dużą rybę


Jest coś smutnego, gdy wysychają stawy -
sztywne brzegi, suche skarpy.


Odkryte korzenie wierzb sterczą
jak włosy na łysinach starych ludzi;
inne - jak sine palce,
kurczowo zaciśnięte na krawędzi łóżka.


Gdy mi ją przynosi w pysku -
patrzę w jej mokrą źrenicę:
czarny onyks - oprawiony złotą łuską
teraz jest jak woda, w której zdycha


światło.


Nie wiedziałaś, że odbić się
ku powierzchni,
to już broczyć, rybo, gubiąc horyzont

w przymkniętym oku - otoczonym rzęsą.

 


Białe fiołki


Znaleźć się w dole - pionowe skarpy
piasku i już wydano wyrok,
więc wdrapywała się
i spadała
z kępami darni w rękach.


To jak film grozy. Jest ofiara,
oprawcy, którzy krążą niczym złe emocje.
Na co czekać?
Przecież już wiesz: to sny nadają sens
życiu.


Spójrz!
Dostałaś płomień - ten błyszczący, długi nóż.
Miękko wchodzi w trzewia jak w tłustą glinę.
I widzisz?
Postacie z Krainy Mroku są bez kropli
krwi.


A teraz obudzę się, podejdę do okna.
Już nie mam kilku lat.
Nie - nie jestem żadną czarownicą.


W zasadzie to po prostu śnieg,
który kwitnie.

 


Chwytaj dzień


Maryli


W Centrum Kulturalnym
przyciemnione okna -
światło się sączy z nocnych lampek
i świeczek,
pośród koncertu na cztery młode klarnety


Wszyscy tutaj przyszli prosto z błota
wiejskiej ulicy
czytać poezję i słuchać poezji -


najpierw Horacy z fragmentami Pieśni,
później ksiądz Twardowski, Gałczyński, Tuwim;
rocznicowa Szymborska z tomiku Wystarczy
Ewa Lipska w rozstrzelanej
babcinej sukience


Klarnety pląsają, gną się, kołyszą, rozsypując
blondynce
włosy jak marzenie


Pan Tadeusz odświętny, jakby ścięty
Księżyc -
gdy czyta, że w Piwnicznej, po czym wiersz
dla matki - srebrnemu
spod obłoku drżą promienie (to ręce)


Siedzę za plecami jednej pani
z dawna;
chciałam tu się ukryć na brzegu,
po cichu,
ale mnie ktoś zdradził: znalazł
moje teksty; czyta je Grażyna -
pani od polskiego


Niewinna Maryla siedzi w pierwszym rzędzie,
a piszącą młodość ledwo widać
z końca


Klarnety bisują, pachnie kawa i wieczór

- Pocałował cię w mankiet - śmieje się

serdecznie


Idziemy do siebie - tu zostają krzesła
- teraz będą dla duchów głodnych
opowieści



Dom w ruinie wskazującej palcem


Kobieta z jaskrą w źrenicy
przysuwa twarz blisko,
jakby spoglądała przez mlecznego robaka,
który zalągł się i pilnuje.


Pewnie kiedyś była piękna,
o czym może świadczyć delikatny owal,
ale teraz wychodzi na to,
że coś orało jej niwę dzień za dniem,
noc po nocy.


Gdyby wyobrazić ją sobie w wielkim mieście -
nie potrafię.


Stoi podparta haczką,
bo najprościej zająć się polem;
drugą ręką gestykuluje, a pięć małych
rudych psów,
jak pociąganych za sznurki,
gania i obszczekuje właśnie przejeżdżające
auto.


Szósty jest duży - szarpie się na łańcuchu.



Galta Dżi


Trzeba zabrać się za porządki: pomimo upału,
który powinien wykluczać jakąkolwiek aktywność
roślin, kotów, sytych rezusów - najpierw szeptem
wypowiadam wojnę niewinnym pająkom.
Uzbrojona w miotłę, ściereczki, chemiczne płyny -
oświecam lampy, poleruję szyby tak, żeby się
w nich przejrzeć.


Przeskakując z muru na mur papierowego miasta,
drewnianych bibelotów, mosiężnych figurek, omijając
trakcję dydaktyczną, dobrowolnie zlizuję kurz,
chociaż wiadomo: czym się nie najesz, tym się
nie naliżesz - tak samo w miłości.


Teraz mogę wycofać się do przodu, ciągnąc
za sobą mop i śpiew - uciekła mi przepióreczka
w proso - na którym siebie nagle przyłapuję.
Jeszcze raz spojrzeć dookoła - ja, zmęczona
królowa Rani, z nieznacznie smutnym błyskiem
w małpim oku.



Bez tytułu albo wyżej nie podskoczysz


czasem coś mówi zastaw się a postaw się
i napisz wreszcie ten kawałek z którego będziesz
dumna no ale dumę milion lat przed naszą erą
pogrzebałaś w ziemi kobieto ze skraja teraz to
możesz najwyżej pisać trzy po trzy sześć
na dziewięć


pamiętaj że nigdy nie będziesz poetką jak inne
nikt ci oczka nie zakrapiał i nikt nie piał nad tobą
kiedy byłaś chora i czy ty kiedykolwiek posiadałaś
rzekę krew ci z nosa leciała niby fanaberia jakaś
i kto i po co miałby w tobie pokładać nadzieje


a tak w ogóle nie udałaś się sobie odstając
od reszty społeczeństwa albo miłość czy ty potrafisz
kochać o losie sercem pełnym kamieni z wiarą
chwiejną niby dym nad ścierniskiem czy umiesz


napisać wiersz który byłby prosty i skomplikowany
zarazem tak tak moja droga mój Boże zastanów się
nad sobą bo bliżej ci niż dalej chyba nie myślałaś
że przy twoim trybie warunkowym dożyjesz setki


chyba nie przypuszczasz że gdy idziesz miałki kurz
na drodze taka pospolita dziewanna z tym wróblem
w garści miłośniczko chwastów i bezdomnych
zwierząt niebo się na ciebie otworzy jak na jakąś
Lady Gagę grafomanko bez szerszych umiejętności


i spójrz na siebie z perspektywy światła kiedy śpisz
ciągle śpisz nie myśląc co dalej śpisz

 


Hiady


tu nie idzie o zatrzymanie
raczej pogrzebanie w glinie
oddalenie
żeby dać zadość zamarłej pieśni


niech się rozniesie nad spragnione pola
pod wysokie niebo znacz

eniem słowa
kocham


a którzy płakaliśmy jak dzieci
zdławionym jękiem ostatniej drogi
w poczuciu dobrze spełnionej pracy


usiądźmy
nad barszczykiem
kotletem z kapustą
popijmy kawką


jestem losem człowieka
continuum serc nerek płuc jelit
ale zduszonym piskiem komara
brudną myślą zostawioną w starym
kościółku
pod wezwaniem świętości
która przeważnie po kamieniach
po cierniach


czekam na deszcz
pielgrzymuję do siebie



Jednia


Od tego zaczyna się piekło - metafora światła i
kamiennych snów, co nadają twarzy ludzki wyraz


Musiałam wrócić tu kolejny raz,
pochylić nad wodą,
która nie jest nikomu dłużna,
nie usprawiedliwia odbitych cieni,
smug
nie tłumaczy z brzegu
- ani brzozy, z pewnością w rozumieniu
spraw nieuchronnych kwitnącej gałęzi olszy -
jedne w drugie plastyczne
kręgi.


Wszystko, co się odbija na twarzy:
wschód i zachód słońca, przybrzeżne drzewa,
ptaki lecące przed siebie,
przęsła mostów -
to nie całkiem ja, ale płynę.


Gdyby z sobą nie brać światła,
swojej winy,
czym obarczono mnie; gdybym była
czystą emanacją wody
- nie byłabym rzeką.


Dziękuję za ryby, wrzucane kamienie,
wiry, śmieci.


Za kolory, które czynią.



Koncert Adwentowy


Pamięci Jana Bernarda Szlagi


"Parare vias Domini"


Gdy prowadzili naszego Biskupa
środkiem Katedry - po bajpasach -
ludzie wstawali jak fala.


Jakimś cudem siedzę w pierwszej ławie.
Tuż przede mną Eleni, młodsza siostra
Kawafisa, którą boleśnie dotknęła
barbarzyńska moc miłości - śpiewa
o słońcu i kwiatach.


Słucham: Atinja, Atinja...


To dla nas - od Niego.


I jak się tu nie wzruszać,
nie unieść pod sklepienie,
nie kochać Boga i człowieka?


Jeszcze na zewnątrz lodowa stajenka,
rzeźbiona światłem jupiterów.


Jeszcze jest czas.


Do dzisiaj -
kiedy żałoba uderza w dzwony,
a w ogrodach kwitną czereśnie.



Machina


Promieniami czasu prześwietlają nas
na wylot:
nie sposób ukryć emocje, do nieprzytomności
napić się śniegiem -
czy my żyjemy prawdą wyssaną z mlekiem
matki - podaną na tacy?


Tu kobieta chowa głowę w ramiona przed ciosem
karzącej ręki;
dziecko połyka świecidełka, monety, drewniane
włókna i papier.


Chyba nie mówisz poważnie o wolności
trzykrotnie zapierając się siebie -
(kobieta uchyla twarz, dziecku dają serce)


Więc jak stąd odejdziemy?
- przecież ani jeden liść nie wróci do roślin,
ani kwiat
bez uprzedniego rozkładu,


kiedy nic nas tutaj nie wiąże - myślę -
głosy za ścianami, gdy otwierasz oczy, za oknem


godziny, które nie są żadnym wyzwaniem
nawet dla drzew
(tak dla przykładu) - nigdy nie wyproszonych
z Raju
na wieczne rozsypanie,
ciała zamartwienie,
żywot użyteczny.



Macoszki


Teraz jesteśmy niczym kwiaty -
już po południu,
pod wiśnią malowanym sadem,


deszcz białych płatków
na włosach;
takie piękne jak kobiety z filmów
Pedro Almodóvara.


Trzy nasze pokolenia.


W jeziorkach źrenic utopiony czas,
a my przeglądamy się w tych lustrach,
jakbyśmy mogły odnaleźć prawdę.


Tak bardzo chce mi się kwitnąć -
chociaż czasami śnię,
że jestem niewidoma.



Może chowam głowę w piasek?

Przysuwam się - bliżej.
Opierając głowę o ramię matki, liczę
plamki na jej dłoniach.


Barwne tęczówki córki:
wyraźne brzegi skupiające światło.


*Macoszki - ludowa nazwa bratków



Malarstwo naiwne


Jest oczywistym, że to kwiaty służą Serafinie
do malowania obrazów,
a nie obrazy do malowania kwiatów.


Szaleństwo jest głosem z góry:
daje rozwiązania,
na które by nie wpadł pierwszy lepszy,
popycha do przodu (kołyszący krok)
krew zaciętych zwierząt miesza
z zawartością lampek oliwnych, ziołami,
mułem rzecznym, może i mchem
zdrapywanym z kory;


żeby nie patrzeć na zewnątrz, wybiera
zwężone źrenice i ma takie barwy,
o jakich nawet się nie śni.


Śniłam cięte rany na czołach
moich braci, i złamane nosy, szwy,
zaschnięte krople.
Ile szwów?
Dziesięć (ostra pięść przykazań)
ale podobno z miłości tak można walić
na oślep;
pluć w twarz -


kiedy jakby nie ma wyboru
pomiędzy uderzeniami serca
głęboka czerń,
i tylko wtedy udaje się z niej wyjmować
liście ze złota,
diamentowe źdźbła, ametysty kłosów,
szafirową radość, jak błyskawice pędzące
z przeszłości,
umbrę tęsknoty, deszcz białych płatków.


Lubisz białe płatki?


U nas już przekwitły akacje, a ja nie umiem
prawdziwych akacji
namalować.



Mistyfikacja


Słońce z czerwoną różą
w zębach. Za ciemną linią drzew
późne świerszcze odmierzały czas letni,


gdy architektura wewnętrzna to konsystencja powideł.
Pulsowanie jelit.
Dźwięcząca treść przelewa się - rozpruty szew,
pełne komory wypełnione ostatnim krzykiem,
ale -
te wszystkie zachody słońca
to jedna wielka ściema,
bo czy nie chodzi tu o obroty
- zwłaszcza świtem?


To takie przejaskrawione - walka,
rozpacz z jaką wali się głową
o futrynę;
śmieszne -
dramat, który trzeba przejść
- o Jezu, nikt nas nie kocha,
a najbliższy nam człowiek właśnie wstał
i wyszedł.
Mówi: wypuszczę ptaki,
kiedy zwyczajnie idzie odpryskać się


pod chmurkę.



Morwa


Wandzie


W. jest istotą międzygwiezdną,
lecz nie jakaś tam Linjeli porośnięta
różowym futerkiem;
uszu nie zwija w trąbkę, nie umie
świstać przez nos -


kiedy chodzi po rzece, to jakby płynął
liść brzozowy,
dno przepatrując.


Z gorączką - przed zimnem
wchodzi później w drzewa,
w swoim cieniu
usypiając kochanków dramatycznych.


Czy to zaledwie pojedynczy błysk
czy promień
w zagałęziach korony,
nie chcę, by kiedyś przeszła księżycowo
w niebieskie
Jesień zamieranie (stare wierzby zbyt
rozpaczliwe mają usta i oczy
zamknięte)


więc lekką jak puch lub słówko
chciałabym przenieść
w białą morwę -


o świcie, czułym dmuchnięciem.


Linjeni - z opowiadania Zenny Henderson:
Jesień zamieranie - olej na płótnie - Joanna Dłużniewska



Nadobniki


no tak - jeszcze ktoś jest we mnie kiedy opuścili już
wszyscy odeszli do swoich niemożliwych dni i stołów
do swoich łóżek i herbat do obmywania ciał
i szorowania zębów porozjeżdżali się został dym
kurz i okruszki ciepłe ślady butów przed domem
kupa brudnych talerzy szklanek i sztućców


czy ktoś jeszcze jest we mnie? tak jeszcze jesteś
dzwonisz małym złotym dzwoneczkiem że tak
dzwonisz srebrną łyżeczką jakbyś nas mieszał
w porcelanowej filiżance nie roniąc kropli nie
burząc powierzchni żywą srebrną łyżeczkę cichutko
kładziesz na brzegu


a jednak: aby przeżyć trzeba nagiąć prawa natury
w lasach deszczowych gdzie latają węże
umiejętność poruszania się w koronach jak być
lub nie być zjeść albo zostać zjedzonym


nie leć jeszcze nie odchodź boję się czarnych kwiatów
które wyrastają z oczu więc je opuszczam
rozpuszczone palce zdają się iluzją
wnętrze na powrót wypełniają płuca i nerki mięsień
sercowy wątroba z trzustką żołądek jelita aż czuję
ten ciężar


tak musi być gdy nas porzuca promień

ciemność to ból otwarta rana
wieczny zachód słońca



Nocna lampka


Zwaliły się na mnie zasłony
ciężkie i zimne - tak, że w dzień się zapalam.
Śmieszna jestem cała w chmurach,
ale to wcale nie do śmiechu.
W przeszłości nauczyłam się robić cuda:
nocą, gdy przełącznik jest na zero
trzeba intensywnie -
tylko nie wiem, jak to wyjaśnić -
patrzeć bez mrugnięcia pomimo samoczynnych
łez ,
aż powoli zacznę jarzyć -
z początku seledynowo ,
by po chwili dawać złudzenie światła.
Jeszcze nie ma nocy.
Obłoki za oknem, za linią drzew, jak moja
złocona podstawa, mienią się w zachodzie słońca.
W zasadzie nie bardzo jestem użyteczna;
unieruchomiona, a mój klosz w witraże tylko roz-
prasza.
W zasięgu książka, telefon, poduszka,
na której kobieta trzyma swoją głowę.
Podnosi rękę, robiąc trik ze znikaniem palców.
Czy można siebie rozpuścić wzrokiem, żeby nic
nie czuć?
Wyjść powyżej nadgarstka? Dalej, dalej -
jakby nie było do czego wracać.



Odejście


Za szklaną ścianą Olbrzym -
śpiący Pasikonik, który udaje
Prawdę.
A tu drzewo sypie się mgłą;
człowiek, by odzyskać cień
odręczną kreską
zmierza w stronę Słońca,


gdy tam ktoś zwyczajnie umiera -
ciało i dusza: te dwa
konary chylące się poza miedzę. Ostatnie
chwile ciemniejącego odbicia.
Cięcie.
Masa upadłościowa:
drzewość, kwietność, trawość - wszystkie
przemijają; czasem stoją
w gardle.
Poranna zieloność pnie się do światła.
Potem noc przykryje wielką
łapą,
aż chce się zawyć,
bo niczego nie sposób zatrzymać
ani na sekundę.


Pomyśl:
już dzisiaj idzie w nas pogrzeb
z ceremoniałem zamkniętego
wieka. Szybkim krokiem. Na czarno.
Zwężonym światłem bramy przełknie
cmentarne kwiaty.
Później z brzuchem pełnym gliny
powoli rozejdzie się -
po kościach,


niech więc pęka naczynko w oku,
jak żywa róża.



Piórko


Patrzyłam na nie z okna werandy;
choć niepozorne,
jednak wyglądało jak dumny żagielek
na maszcie z trawy.
W czasie deszczu widok był opłakany,
natomiast gdy wiatr -
mogło się zdawać, że wnet odpłynie,
samotne.


Ale nie! Otóż nie!
Więc wyszłam na drogę i zabrałam
do siebie.
Odtąd miałam coś,
bez czego można się obejść,
ponieważ to nie rzecz, ani żywa istota,
a jest i nie jest zarazem, bo ile może ważyć
piórko?


Czasami wystarczała sama myśl, że je mam - tu,
obok,
jakby miało znaczenie, gdy można mówić:
ty moje, leciuchne -
wstrzymując oddech.


Pewnego dnia było jakoś nijako,
dlatego chciałam zobaczyć, czy mrozi za oknem?
Zrobił się przeciąg od drzwi i wyleciało
na ogród.


Gdyby je trzymać w pudełku, na przykład


wyklejonym sztucznymi perełkami,
które dawno temu podarowała mi młodsza,
lub między kartkami książki,
ale żal takim małym piórom odbierać powietrze
i światło.



Siedem lat


parafrazując wybitnego reżysera aktora człowieka
który wjechał do historii teatru na stalowym rumaku
dzień jest taki krótki a tak długi wieczór jesienią


ja kobieta mająca za sobą siedem tłustych lat
na łące na polu zagonie drodze ogrodzie w stodole
gdzie słońce i deszcz tupot małych stóp zmęczony
pejzaż
budzę się co dzień do mikrej dreptaniny


życie jest takie krótkie a tak długo czeka się na śmierć
panie smutny Adamie Apollo z Bellac to co piękne też
mija niczym bicze z piasku jak moich mizernych całych
siedem lat które dzisiaj urosły do rangi wiersza


nie chcą się dać w pełni wysłowić gdyż przeleciały
z wiatrem z wiatrem przeleciało siódme lato
na wysokiej łące na między zające płowe sarny w biegu
w śniegu


śniegu

i ty Czesławo Violetto syreni śpiewie jakże długo
czekałaś żenująco oddalona nim powołał cię Pan
na co powołał ja nie wiem
(wiem że jest słowo że mówi się śpiewa maluje)
zanim podał rękę


u mnie też poranna mgła opadła wcześnie i nagle
bliżej jest niebo
i list do matki
ogniste pocałunki
dziwaczność która dzieli ludzi
iskra boża w ruinie
gasnąca



Stan zapalny


Dużo śpię.
Naprawdę dużo tej jesieni.
Może coś przejdzie,
zostawi mnie w spokoju
(szelest).
Kto wie, do drzwi podchodzi
na palcach.


Et in Arcadia ego
każdego dnia, który mija bezpowrotnie.
Tyle mojego czego dotknę,
obejrzę za szybą efemerycznej galerii.


Więc drzewa: płonące klony i brzozy.
Słoneczne kule w migocie.
Tajemne kręgi latarń w gorącym brązie
miękkich krawężników.
Cienie idące w poprzek.


Nadal śpię (nie ćmij!)
Czegoś muszę szukać po omacku:
większej tajemnicy, stanu odniesienia.
Z rąk wypuścić resztę pszczół, chmary światełek.


I po to śpię, by zobaczyć, jak szerokim
pociągnięciem pędzla kolejny wieczór twarze
rozmazuje, liście.



Trudnia


Trzeba pokonać obawę, że myślenie
nie pozwoli poetyzowaniu
dojść do słowa.


W mroku nocy trudno odróżnić mysz
od pająka -
widzisz jakąś istotę przebiegającą po podłodze,
a twoje widzenie wyzwala myśli - obrazy,
których nie chcesz wysłowić. Wypowiedziane


przerwałyby bezpieczną ciszę, każąc
wysłuchać, wsłuchać się w argumenty, przemawiające
na korzyść działania, albo zaniechanie.


Już wiesz:
doświadczenie ci mówi, że "mysz"
w swojej nazwie
jest czmychnięciem, jak odpowiedzią na twój ruch.


Stworzenie postrzegasz więc jako pająka - włazi to to
wszystkimi ośmioma kosmatymi odnóżami
na twarz,
kiedy śpisz; masz lekko rozchylone
usta, wilgotny język,
ciepły oddech.


Nitka jego wydzieliny ubezwłasnowolnia
gardło,
toteż prewencyjnie,
wstając z łóżka, zapalając światło -
bierzesz laczek.


Wtedy we mnie brak łaski i więcej
grzechów nie chcę pamiętać.



Walka z wiatrakami


Nie życzyliśmy sobie wiatraków.
Nie dajemy zgody na elektrownię węglową.
Nasza ziemia. Scheda. Święty chleb.
I praca.


Ja nie mam czasu - mówi trzyletnie dziecko.
Weronika ma 27 lat porażenie mózgowe,
a ja widzę, jak zdejmuje chustę z pięknych
ciemnych włosów - Chrystus cierpiał za nas
i za ochronę przyrody.


Ja nie mam czasu - powtarza dziecko,
gdy niebo robi się czarne. Wściekły wiatr
pluje w nas piaskiem. Bóg światła wyrzuca
oszczepy na oślep,
więc uciekamy z ogrodu.


Ja nie mam czasu - płacze malutka.
Babcia huśta ją w wózeczku, śpiewając
o gniazdach i boćkach -

tornado pełną gębą rwie liście, odgryza
gałęzie, konary obcina jak ręce
maczetą,
kopniakiem w pień kładąc drzewa.


Ja nie mam czasu - zasypia. Huragan.
Grad. Połamane słupy. Objazdy. Z powrotem
ostrożnie od wioski do wioski: od powietrza,
ognia, głodu i wojny.


To tylko o rzut dachem z małego kościółka
do nas, gdzie przetrącone topole, wierzby
złamane i grusze.


 

Dobrodziej

w dzień męki próbuję rozgryźć
wiatr w topolach
odwrócona do ściany mogę niewiele
rzut cienia pięciu palców
czy zaciśniętej pięści
wszystko jedno
już mi nie stawać w szranki
bić się
na wypadek wojny zapewne pierwsza
ze mnie byłaby ofiara
matka pyta skąd się to u ciebie wzięło
nie wiem mamo nie wiem
bo nie w mojej mocy przyznać
że w razie wody lub ognia nie zdołam
niczego uratować
i jaki tu pożytek
więc jeszcze sobie trochę poleżę
zgaszenie światła to kwestia czasu
a tam wieje i cichnie
wieje



Wielopole

Bólu z bólem nie powinno się nigdy przeciw
sobie stawiać. Każdy ból jest sam w sobie, jedyny.

W. Myśliwski


Obudziłam się w płomieniach.
Ogień szalał pod powiekami.
Dym. Ogień. Dym.
Nie ma czym oddychać.
Nieludzki wrzask płonących ścian, rąk, mózgu.
Już sufit miażdży płuca. Tragedia przenosi się
do brzucha - rośnie pożarem - wypełnia mnie
szczelnie.
W żołądku brak tlenu dla rozżarzonych
osmalonych resztek małego człowieczeństwa.
Duszę się!
Nie potrafię znieść żadnej z następnych sekund.
Muszę otworzyć te cholerne oczy przed ostatecznym
wybuchem.

Kiedy to się stało?

Między szypułkowaniem truskawek, a rozwieszaniem
bielizny w ogrodzie przecież tylko przelotnie
spojrzałam na gołębia.

Widziałam, że chrust nosił do gniazda.



Z dedykacją dla Wieśniaka M za to, że pięknie inspiruje



Wina winie nie dawajcie

Z czystej ciekawości można czytać książkę:
"Domowy wyrób win", więc czytam
praktyczne wskazówki o ciężkich chorobach,
na przykład wina z późnych odmian jabłek,
które prewencyjnie przy rozlewaniu
trzeba ochrzcić siarką lub pasteryzować
w butelkach.

Bo wina chorują - dajmy na to dostają
posmak mysiego moczu - ot, proza;
wtedy leczenie jest długie i nieopłacalne.
Inną przypadłością może być sztych octowy,
mlekowy, jak również śluzowatość.

Zapobieganie polega między innymi
na obciągu we właściwym czasie.

Wino jest niewinne dopóki się nie udowodni,
ale na wszelki wypadek rozcieńczajmy winę,
by sobie krwi nie burzyć, nie siać fermentu.

Niskoprocentowo, bez sensacji dnia
następnego.




Wspomnienie

Mój ojciec zmieniał się - widziałam,
kiedy tak siedział nie siedział - drzemał
w rogu kanapy.
Laczki wtedy zrzucał, że niby parzą.
Bo wyrastały mu płetwy.
A stale tylko ryby i ryby!
Najbardziej flądry.
I co jutro na obiad? I stał przy kuchni:
odpływał, przypływał. Krążył, coś obierał,
siekał, kroił różne rzeczy
i znowu drzemał - gdy się tak przeistaczał.
Chyba czekał, nie narzekając na to wszystko,
co zaszło. Jednak czasem wzbierał w sobie
i błyszczał jak stal.
Gdy już go wzięło, to akcja: raz! raz!
strażacy i ludzie dobrej woli w zielonych
kitlach.
Leżał tak w słońcu lamp na białej plaży;
chciałam być pewna - rusz płetwą -
stanowczo prosiłam. I ruszył.
Teraz żyje w największym oceanie.
Myślał, że jest dowcipny, więc w rybnej hali
wybrzydzał: te śledzie są zdechłe!
ale kupował dwa kilo z poważną miną znawcy.
Wiem, wiem - wieloryby i plankton;
ambra znaleziona nocą.



Wyczekiwaność

Nikt ciebie nie zbawi od losu -
być tu i teraz:
możesz modlić się w zamknięciu,
przesuwać granice ciemność,
zaledwie kątem doświadczając
pulsujący jasny kwadrat, który znika
jak świecąca kropka.

Jesteśmy tacy ziemni.
Biorą nas we władanie sny pełne zmysłowości,
gdzie czas ani miejsce nie mają znaczenia:
ludzie, których kochasz, przychodzą
odchodzą; myśli o nich wiją między żebrami
małe gniazda,
pełne ogłupiającej tęsknoty.

Na co czekasz, kiedy zwichrowany horyzont
możesz zmieścić w jednej garści?
Wewnętrzne pejzaże jak słowiański warkocz
córki -
jemiołuszki zabliźnione w oku.
Na Niebie rozpięty obraz Jawnoksiężnika
w purpurze, złocieniach i brązach.

W biodrze cierń; granatowa kropla krwi
na wardze.


Zakłócenia

gulasz ze sztuki która oddychała
która miała swoje dni i noce małe radości
której głód doskwierał
nie mogła wydobyć się z kojca
pełnego takich samych zwierząt

czy już zrobiony obrządek?
czy usunięte odchody?
policzono wszystkie żebra obrano
z włókien

mała myszko myszko mała którą zdybał
kot bawi się teraz tobą a ty nóżką powłóczysz
nie wiesz w jaką stronę jednym pac-
nięciem pomieszał ci w główce myszko mała
lecz to nie koniec świata ten skończy się pod
nieświadomą podeszwą potem kura cię porwie

Panie mój daj jeszcze choć kapkę oddechu
promyczek słońca kilka zachodów
niech ptak jaki siądzie
halo Panie czy mnie słyszysz?
nadaję z rzeki
ja konar ja konar
rzeki halo! ha



Zbliżnia

Czy "bieżnia" mieści się w pojęciu
"drożenie"?

Każdy z nas podąża metaforyczną drogą.
Czuwają nad nami mityczne mojry -
może narecznice, lub sarny na śniegu,
nie wiem.

Wykładam chleb, biały ser i miód,
słysząc gorzkie słowa z ust córki,
że brak mi empatii.

Wieczorem przychodzi do mnie
z filmem "Kwiat pustyni" jak z różą,
a tam dziecięca krew i ból
w dniu, który zmienia życie. Płaczę.

Zbliża nas do siebie muzyka -
sztuka niosąca ludzi dalej,
jak później - pogłos ciszy


Żale

Przecież człowieka urodzić o wiele jest trudniej niż boga.
J. Iwaszkiewicz

Matki świetne - mądre i dobre.
Piękne matki elfów.
Nieomylne.
Dzielne heroski,
zwinne i szybkie jaszczurki
i te naznaczone skorpionem
na lędźwiach
i te przekłute metalem
i smutne matki, które krew zalewa
wsiąkając w piasek, w glinę, w progi, okna
prześcieradła. Ciemne
bez uszu, oczu -
spalone stężonym kwasem.
Jasne królowe, księżniczki;
matki surykatek
czujne na cztery strony świata.
Białe, czarne, żółte, czerwone.
Kosmate -
psów i kotów.
Z pierwszych stron gazet.
Chuda matko, która pod sercem nosiłaś
człowieka,
a wychować chciałaś Boga
w markowych ciuchach i śnieżnych skarpetkach.
Moja matko, którą kocham
- nie płacz.
Córko moja: matko Amelii;
szarooka matko dzikich kaczek.
Szlachetna wiśnio, winna jabłonio.
Matule wszelkie!



Cykl

Naraz przyszła jesień - wychynęła z kryjówki.
Robiła na szaro: migotanie, wizg!
Jakby piorun w ziemi chciał zapuścić
korzeń,
a z korzenia gniazdo.

To obcy podają sztuczną miłość z chmur,
żeby złamać opór
(mają wysokie, świetliste postacie)

Tu nawet nie chodzi o ich niecne zamiary
- smutek sam rozdziera nasz ogród
na pół.

Przyjdzie zima, więc każdy okutany płaszczem;
i zejdziemy niżej -
w doliny
- z wietrznych wzgórz.

Później żywioł drewna - z zimnej wody (snu).
Miała nadejść wiosna: nie pamiętam dokładnie
żadnej z godzin - podtopione trawy -
zeszłorocznej trzciny zapuszczonej w ziemię
- suchy bieg, szelest.

Wtedy wiatr i mgła - z niej uczyłam się mówić;
obudzona, nie miałam jeszcze świadomości iskry.

Wykluła się z nagle pękniętego jaja - taki mały
trzciniak -
łysy, w gnieździe rdzy.

Drewno tworzy ogień, język - płomień słów,
jakby dotknął cię miły,
jakby wszedł za skórę.

I miało przyjść lato i urodzić metal.
I miało przyjść lato
z brzucha ziemi - stal.

Słowa są jak woda - mogą przeciąć pierś.
Drewno tonie w próchnie
(woda - ogień - syk!)

To był żywioł ognia:
zamieranie - błysk!



Karma

urodzę się w styczniu
pośród zamieci
czarny koń zaprzężony do sań
zawiezie mnie do domu
nad rzeką


jeszcze raz mieć dwadzieścia lat
ale duszę uległą jak szpulka
nauczyć się łgać
z uśmiechem
z przekonaniem że racja
zawsze jest po mojej stronie
nie odpuszczać

doprawdy nienawidzę siebie
tego jak się poruszam
co myślę
czego nie mówię
jak mi na nikim nie zależy
gdy nie doznaję dobrego świata

teraz jestem szesnastolatką
za kilka miesięcy przejdę samą siebie
by cicho wykrzyczeć ostatni list

wszystko jest zmienne
kiedy ma się dziesięć lat
silną potrzebę wiary
wreszcie ciało białe jak hostia
przeświadczenie cudu

a więc trzeba do szkoły biec
od nowa rozpoznawać mamę i tatę
rodzeństwo umocowane na stałe
bardziej ode mnie
szczęki porozrywać stworom
atakującym nocami
na powierzchnię wypływać chwilę przed
zachłyśnięciem

wyciągnąć z brzucha nić

 

 

Wiersze z cyklu: "To tylko stan zapalny", nagrodzone Wyróżnieniem w  V Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim o Granitową Strzałę.

Pin It