{jcomments off}

Wiersze tygodnia – Adam Zagajewski

 

 

Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska



Koniec świata

 

Raz na kilka lub kilkanaście lat

odbywa się prawdziwy koniec świata

Czterej jeźdźcy przemierzają ziemię

w samochodach marki Nysa

która równocześnie jest zachodnią granicą

tego wielkiego ciała

Koniec świata odbywa się zawsze w nocy

kiedy ty swoim snem karmisz wygłodniałych przodków

W ciągu kilku godzin siwieją portrety

i zmienia się język

którym od jutra będziesz głośno mówił

Jest taka chwila

kiedy stare słowa nie są już ważne

a nowych jeszcze nie ma

kiedy wszystkie zwycięstwa okazują się

zwykłymi pomyłkami

błędy ujawniają swoją podwójną naturę

a nadzieja nie ma na swoją obronę

ani jednego słowa

i nie umie wskazać ani jednego człowieka

Jest taka chwila kiedy nie ma nic

ani wiary ani miłości

i świat rozłączyłby się rozszedłby się

jak dwoje ludzi którzy tracą siły

gdyby nie twój głęboki sen

w którym nagle stajesz się starszy

o dwa tysiące lat nowej ery

i młody jak nie narodzony dzień

 

(Sklepy mięsne, Kraków 1975)

 

 

 

 

Małpy

 

 Pewnego dnia po władzę sięgnęły małpy.

 Nasunęły złote sygnety na palce,

 nałożyły białe, nakrochmalone koszule,

 zaciągnęły się wonnymi hawańskimi cygarami,

 stopy zaś uwięziły w czarnych lakierkach.

 Nie zauważyliśmy tego, gdyż pochłaniały nas

 inne zajęcia: ktoś czytał Arystotelesa,

 ktoś inny przeżywał właśnie wilką miłość.

Przemówienia władców stały się nieco chaotyczne

 a nawet bełkotliwe, ale przecież nigdy nie

 słuchaliśmy ich uważnie, woleliśmy muzykę.

Wojny stały się jeszcze dziksze, więzienia

 cuchnęły bardziej niż dawniej.

 Wydaje się, że po władzę sięgnęły małpy.

 

(Płótno, Paryż 1990)

 

 

 

 

Separacja

 

Niemal z zawiścią czytam utwory moich współczesnych

o rozwodach, rozstaniach, o bólu separacji;

cierpienie, nowy początek, mała śmierć;

czytanie i palenie listów, palenie i czytanie, ogień i kultura,

gniew i rozpacz – wspaniały materiał dla udanego wiersza;

twardy osąd, niekiedy szyderczy śmiech moralnej wyższości,

a jednocześnie ostateczny tryumf ciągłości osoby.

 

A my? Nie będzie elegii, sonetów o rozejściu się,

nie będzie nas dzielił ekran wiersza,

nie stanie między nami udana metafora,

i jedyna separacja, jaka nam teraz zagraża, to sen,

to głęboka jaskinia snu, do której schodzimy osobno

- i zawsze muszę pamiętać, że twoja dłoń,

którą wtedy trzymam, jest zrobiona z marzeń.

 

(Pragnienie, Kraków 1999)

 

 

 

Jak kończą klowni

 

 Stary klown rozdaje na dworcu ulotki informujące

 o przedstawieniu wędrownego cyrku. Niewątpliwie,

 tak kończą klowni - zastępując automat (lub dziecko).

 Obserwuję go uważnie: chcę wiedzieć, jak kończą klowni.

 

 Pełna uroku równowaga pomiędzy melancholią

i dzikim, zaraźliwym śmiechem powoli znika;

 z każdym rokiem pogłębia się pewna bruzda w policzkach,

 aż zostaje tylko rozpacz nazbyt grubego nosa

 

 i niezgrabne ruchy starca, które już nie są parodią

zdrowej i bezmyślnej ludzkości, tylko pamfletem,

 oskarżającym niedoskonałą budowę ciała, pomyłkę

architekta. Zostaje światło wielkiego czoła, lampa

 

 zbyt białej cery (tym razem bez pudru), zbyt wąskie wargi

 i oczy, z których patrzy już ktoś obcy, z których wygląda

 zimno ktoś, kto byłby może następnym lokatorem twarzy -

gdyby się tylko udało przedłużyć wynajem tego smutku.

 

 Tak kończą klowni - gdy wielka obojętność świata

 wdziera się w nas, wchodzi w nas gorzko, jak ołów w usta.

 

(Pragnienie, Kraków 1999)

 

 

 

 

Traktat o pustce

 

W księgarni znalazłem się przypadkowo tuż obok sekcji Tao,

a dokładnie rzecz biorąc, obok Traktatu o pustce.

Poczułem się uszczęśliwiony, ponieważ tego dnia byłem doskonale

pusty.

Cóż to za spotkanie – jakie rzadkie – pacjent znajduje lekarza,

lekarz milczy

 

(Pragnienie, Kraków 1999)

 

 

 

 

Wieczorem

 

Późnym wieczorem wjeżdżasz do swojego miasta,

do ciemnych ulic, do czarnych plam okien,

do ciemnej ciszy, do kotów, które się chowają

pod samochodami, do sennych ptaków na drzewach,

i jeszcze nie wiesz, czy to miasto jest nieobecne,

czy to jest miasto plagi albo miasto cieni,

czy może ono gniewa się na ciebie,

czy też jest tak obojętne,

że mógłbyś nie istnieć wcale.

Nikt cię nie wita, nikt nie zatrzymuje,

nikt ci niczego nie zabrania, o nic nie prosi,

strażnicy zasnęli albo poszli do domu,

zapewne kwitną kwiaty, ale ich nie widzisz.

Królowie drzemią w sarkofagach,

biskupi na portretach, przegrane bitwy

w podręcznikach historii.

Miasto jest otwarte,

otwarty jest wiatr i wahanie;

wszystko, co się wydarzyło,

czeka na ciebie,

twoje klęski nie zapomniały o tobie.

Jest już późno,

milczenie wraca do milczenia,

spróbuj zasnąć.

 

(Powrót, Kraków 2003)

 

 

 

 

Poezja jest poszukiwaniem blasku

 

Poezja jest poszukiwaniem blasku.

Poezja jest królewską drogą,

która prowadzi nas najdalej.

Szukamy blasku o szarej godzinie,

w południe lub w kominach świtu,

nawet w autobusie, w listopadzie,

kiedy tuż obok drzemie stary ksiądz.

 

Kelner w chińskiej restauracji wybucha płaczem

i nikt się nie domyśla, dlaczego,

Kto wie, może i to jest poszukiwaniem,

podobnie jak chwila na brzegu morza,

gdy na horyzoncie pojawił się drapieżny okręt

i zatrzymał się, znieruchomiał na długo.

A także momenty głębokiej radości

 

i niezliczone momenty niepokoju.

Pozwól mi zobaczyć, proszę.

Pozwól mi wytrwać, mówię.

Wieczorem pada zimny deszcz.

W ulicach i alejach mojego miasta

bezgłośnie i żarliwie pracuje ciemność.

Poezja jest poszukiwaniem blasku.

 

(Powrót, Kraków 2003)

 

 

 

 

Improwizacja

 

Trzeba wziąć na siebie cały ciężar świata

i uczynić go lekkim, znośnym.

Zarzucić go sobie na ramiona

tak jak plecak i ruszyć w drogę.

Najlepiej wieczorem, na wiosnę, kiedy

spokojnie oddychają drzewa, a noc zapowiada się

pogodnie, w ogrodzie trzaskają gałązki wiązów.

Cały ciężar? Krew i brzydotę? To niemożliwe.

Zawsze zostanie osad goryczy w ustach

i zaraźliwa rozpacz tej starej kobiety,

którą widziałeś wczoraj w tramwaju.

Dlaczego mamy kłamać? Przecież uniesienie

istnieje wyłącznie w wyobraźni i szybko znika.

Improwizacja – zawsze tylko improwizacja,

nic innego nie znamy, mała albo wielka,

w muzyce, gdy trąbka jazzowa wesoło płacze,

albo kiedy patrzysz na białą kartkę papieru

czy też wtedy, kiedy uciekasz

przed smutkiem i otwierasz ulubiony tom wierszy;

zwykle w tym momencie dzwoni telefon

i ktoś pyta – czy reflektuje pan /pani na nasze

najnowsze modele? Nie, dziękuję bardzo.

Zostaje szarość i monotonia; żałoba,

której nie uleczy najwspanialsza elegia.

Ale może są rzeczy ukryte przed nami

i w nich melancholia miesza się z entuzjazmem,

zawsze, codziennie, jak narodziny świtu

nad brzegiem morza, albo nie, poczekaj,

jak radosny śmiech tych dwóch małych ministrantów

w białych komeżkach, na rogu Jana i Marka,

pamiętasz?

 

(Niewidzialna ręka, Kraków 2009)

 

 

 

 

Nasze północne miasta

 

Nasze północne miasta drzemią na równinach

Ich mury, grube mury, wiedzą o nas wszystko

To są więzienia, na ogół dość dobroduszne

Idziemy pod potężnymi stropami

Wiatr bełkoce w konarach bezlistnych drzew

Nasze domy. Nasze północne miasta,

ich ciężkie zegary wiszące na wieżach

jak dynie w jesiennych ogrodach

Nasze szpitale w ponurych gmachach, nasze sądy,

mroczne urzędy pocztowe z czerwonej cegły

i strażacy w srebrzystych hełmach

Nasze nieme ulice które wciąż czekają

Północne miasta są introwertykami

Wydają się potężne, niezniszczalne

lecz naprawdę są dość nieśmiałe

Rodzimy się w nich i umieramy

Lubimy wypalone krajobrazy południa,

ciemnogranatowe morze porysowane

białymi wstążkami fal, brązowe skały,

tamaryszek i figowiec pachnący słodkimi owocami,

ale przykuto nas do północnych miast,

i nie możemy ich zdradzić,

nie wolno nam porzucić

naszych ciemnych miast, ich długiej zimy,

brudnej bielizny topniejącego śniegu,

wstydu, smutku, zmęczenia

Musimy mówić w ich imieniu,

musimy czuwać, wołać

 

(Asymetria, Kraków 2014)

Pin It