Stanisław Grabowski - wiersze



Jan Stanisławski
Jan Stanisławski



ŁYŻKA

 

Mój ojciec przez całe życie

Jadł jedną łyżką.

Czy to wam się zdarzyło?

Przywiózł ją z wojny.

Zdobycz.

Jedyna zresztą.

 

Ale wpierw był bój pod Chojnicami.

Zabita klacz. Rana. Stalag.

Później roboty przymusowe.

To wtedy docenił wagę łyżki,

Choć ważyła niewiele.

I nie rozstawał się z nią

Jak z przyjacielem.

 

To była niemiecka łyżka

Z początków XX wieku.

Gdy nikt tego nie widział

W ręku ojca drżała leciutko,

A może było odwrotnie?

 

Co się z nią stało,

Nie wiem.

 

 

BUDZIK

 

Ojciec nakręca budzik.

Codziennie. Rano.

Z wielką starannością.

 

To rytuał, o którym nigdy nie zapomina.

Budzik jest stary poniemiecki.

Chodzi punktualnie.

 

Wsłuchany w bicie jego mechanizmu,

W jego rytm

Jakby nakręca się do codziennych obowiązków.

 

Sam Jezus go do tego zachęcał:

„Bądź wierny aż do śmierci,

a dam ci wieniec życia”.

 

To on mi powiedział,

Że rannego nie zostawia się

Na bitewnym polu.

 

Codziennie rano

Ojciec nakręcał budzik,

Teraz ja staram się to robić.

 

 

SZABLA

 

Czasami w polu

Odkładał kosę,

I pokazywał nam ruchy szablą.

„Przytnij”, „Zbliż się!”, „Cięcie!”, wołał.

A nam się wydawało,

Że stal o stal zgrzyta,

I czuliśmy zapach prochu.

 

Od ziemi podnosił się tętent koni,

Od ziemi unosił się kurz.

Raz jeszcze krwawiły Tucholskie Bory,

I spod korzeni

Wychodziły cienie jego kolegów,

Długie szeregi zabitych cieni.

 

A szabla była

Zwykłą wiklinową witką.

 

 

PORTFEL

 

Portfel mojego ojca nie wyglądał imponująco.

Nigdy nie był wypełniony forsą.

Ot, nieco zdjęć i dokumentów.

Czarnobiałe zdjęcie mamy

W sukience w kwiatki,

Pięknej zdrowiem i młodością.

Nadto fotografie wnucząt,

Dowód osobisty o zielonych okładkach,

Legitymacja Przodownika Pracy,

Legitymacja ZBoWiD-u,

Legitymacja CRZZ-u.

Bilet do kina, ale na jaki film?

Nieczytelne zapiski,

Czy może niedokończony list,

Papierowy dolar od kolegi Johna Laskowskiego

„na pamiątkę” spotkania po czterdziestu latach,

Pocztowy przekaz na sto piętnaście złotych,

Z redakcji gazety za wojenne wspomnienie,

Kwit ostatniej emerytury. Dwie niklowe monety.

 

Coraz częściej do niego zaglądam,

Lecz niczego nie dotykam.

 

 

GODZINA „W”

 

1 sierpnia 2014 roku. Godzina 15.50.

Ania szykuje się do godziny „W”.

Harcerski mundurek prasuje jej babcia,

Była łączniczka batalionu AK, pseudonim „Kosa”.

Nowe adidasy kupiła jej mama,

Kolporterka nielegalnej prasy

W stanie zwanym wojennym,

Wśród podziemnych drukarzy ksywa „Ostra”,

Obecnie rencistka.

Godzina 16.15.

Ania schodzi do podziemnej kolei na stacji Ursynów.

Godzina 16.37.

Ania wysiada na stacji Ratusz-Arsenał.

Obok Arsenału jest miejsce zbiórki jej drużyny.

Godzina 16.45.

Nie wiadomo, dlaczego wsiada do tramwaju.

Godzina 17.00

Mija przystanek na Moście Gdańskim.

W całym mieście zaczynają wyć syreny.

Zatrzymują się przechodnie i samochody,

Ania nie przyjmuje postawy zasadniczej.

Tramwaj jedzie w kierunku Żerania.

Dokąd udaje się szesnastoletnia uczennica

Gimnazjum im. Żołnierzy Polski Podziemnej,

Nazywana w klasie „Żyletą”?

Czy poznamy jej godzinę „W”?

 

 

OD SZEŚĆDZIESIĘCIU LAT

 

Siedziało nas trzech starców

W parku na ławce.

Pogodny wieczór sprzyjał głębokiej refleksji.

Dlatego spokojnie czekałem, żeby mnie

Najmłodszego obdarzyli misją

„Skocz no po pół litra”.

Ale oni milczeli. Ciągle milczeli.

O czym myśleli? Na co czekali,

W co się zapatrzyli,

W jaką przeszłość czy przyszłość?

 

O co im szło, nie wiem dotąd.

A przecież ich znam 

Od sześćdziesięciu lat.

PIŻAMA DO SZPITALA

 

Żona kupiła mi piżamę do szpitala

(„Na pewno ci się przyda”)

W kolorze bordo,

W drobny, jasny rzucik.

Och, tak piękną, że dodając

Krawat na gumce i walonki

Mógłbym zatańczyć w niej

Z towarzyszką Walą odzianą

W koszulę nocną, jedwabną,

Gdybym w czterdziestym piątym

Mógł świętować zwycięstwo

Pod berlińską Siegessaule.

Odtąd omijam półkę, na której leży

W błyszczącym sarkofagu celofanu.

I marzę, ech,

Żeby mi się nigdy nie przydała.

 

 

CZUŁOŚĆ

 

Czułość – skała oto, rozbijam się o którą.

 

Chciałbym, ale nie umiem płakać

Nawet w nocy.

 

Podać ci ramię,

To mnie też przerasta.

 

Otrzeć pot z czoła, żeby zgarnąć perłę,

To mógłbym.

 

Lecz czemu tego

Pragnąć nie potrafisz?

 

Czułość – to boli.

 

 

TY I JA

 

Ty jesteś morze.

Ja klęczę na piasku.

 

To zwarcie nie ma sensu.

Przegram, ale zacząć muszę,

 

By powietrza zaczerpnąć

Z ogromnej szklanki nieba.

 

Skazaniec, nie wiem

Kto stoi za tobą.

 

Jaki okręt uniesie mnie w górę,

Dłoń jaka linę zaciągnie.

 

 

PLAC WOLNOŚCI

 

Nie znam zupełnie tego miasta,

A kazali mi się stawić na Placu Wolności.

Było ich dwóch. Zawsze jest ich dwóch.

W długich czarnych płaszczach.

 

Przyszli o północy. Zdjęli czarne rękawiczki,

Rozwinęli biały rulon papieru.

Orzekli, że mam się podpisać  w y r a ź n i e

W miejscu oznaczonym ptaszkiem.

 

Podpisałem. A teraz szukam.

Wchodzę w ciemne uliczki i zaułki.

Idę pod górę, i schodzę w dół.

Mijam zburzone domy, leje po bombach.

 

Na ulicach nie widzę przechodniów,

Nie jeżdżą samochody ani tramwaje.

Nie wiem, kogo zapytać o drogę,

Czy jak długo będę szedł.

 

Mimo zmęczenia nie odpoczywam.

Wciąż idę. Błądzę i zawracam.

Bo przecież Plac Wolności jest. Istnieje.

Na papierze podsuniętym mi do podpisu.

 

 

PRZEPISANE ZE STAREGO NOTESU

 

Nie uciekaj od miłości,

Bo i tak cię nie będzie gonić,

Nie zawróci ci w głowie,

Ledwie przez usta muśnie.

 

Pamiętaj. Zdarza się rzadko,

Prawie wcale lub nigdy,

Ale kiedy nadejdzie,

Zdejmij przed nią beret.

 

Nie uciekaj od miłości,

Tylko ona cię nie osłoni

Przed radością lub żalem,

Nie da szansy wysokiej przegranej.

 

Pamiętaj. Świat się kręci

Obojętny na twą boleść,

Więc wyciśnij z niej ile możesz

Niby pastę z tubki.

 

Nie uciekaj od miłości,

Elegancka lub naga,

Bywa na każdym moście

Lub w ciemnym zaułku.

 

Pamiętaj. Trochę straszy,

Lub trochę się certoli,

Lecz kiedy na nią trafisz,

Sypnij na nią soli.

 

 

ŻERUJĄ

 

– Nie jest dobrze,

Mówi mi znany i ceniony poeta

(w czasach PRL-u).

Paczkę ziemniaczanych pyz

Dzielę na obiad z żoną,

Czasami okrasi je łezką.

Wiersze i eseje

Rozsyłam do pism za darmo,

Nawet nie podziękują,

Nie przyślą egzemplarza autorskiego.

Więc czemu orzę uparcie

To poetyckie pole?

Cóż robić skoro Muza

Ciągle do ucha coś mi naszeptuje.

Ojciec namawiał na adwokata

Albo lekarza.

Ale żerować na ludzkim losie,

Nie to nie

Dla mnie.

Dlatego teraz

Na mnie żerują.



znaczek



--

Stanisław Grabowski debiutował, jako licealista w 1962 r. w „Tygodniku Morskim” na jednej kolumnie m.in. z Bohdanem Chorążukiem. Publikował na łamach „Gazety Olsztyńskiej”, „Współczesności”, „Poezji”, „Radaru”, „Nowych Książek”. Pragnął zostać wydawcą, ale nawet ukończywszy 2-letnie Podyplomowe Studium Dziennikarstwa i Edytorstwa na UW (kierunek edytorski) był przede wszystkim dziennikarzem, reżyserem-dokumentalistą, scenarzystą. Pierwsze książki wydał w I.W. „Nasza Księgarnia”. Z czasem jego pragnienia się ziściły, był m.in. prezesem i redaktorem naczelnym Ludowej Spółdzielni Wydawniczej. Opublikował ok. 50 książek z różnych dziedzin oraz kilkaset artykułów prasowych, zredagował także kilkaset książek. Laureat wielu konkursów literackich, członek licznych jury. Współtwórca Fundacji na Rzecz Tradycji Jazdy Polskiej, członek Polskiego Stowarzyszenia im. Janusza Korczaka. Także sekretarz Nagrody Literackiej im. ks. Jana Twardowskiego oraz prezes Zarządu Fundacji Arkona im. Jarosława Zielińskiego.


Pin It