Michał Piętniewicz - wiersze


 

Ważna decyzja

 

ten dzień był wyjątkowo trudny

spotkałem proroka na którym mi zależy

doprowadził mnie do niego znikąd

kawa i papieros w ogrodzie

potem długi marsz do biblioteki

robienie zakupów krzyk

złe myśli o Ewelince i uzewnętrznienie

rozmowa z ojcem o trudach życia początkującego literata

kilka przychylnych uwag od ludzi

którzy mnie znają i od tych którzy mnie nie znają

ważna decyzja która dojrzewała we mnie stopniowo

chaos w ciszy mieszkania kiedy Ewelinka śpi

 

owinięta szczelnie kołdrą jej głowa na poduszce

widziałem dzisiaj starszego pana ważnego poetę

który z zachwytem podpatrywał ptaki

domyślam się teraz że on wie co jest ważne

spokój zieleni kwiaty zielone kwiaty i ogród

w tym wszystkim łagodne przemijanie i cierń

mój cierń który rósł wtedy w ogrodzie

kiedy usiłowałem podać rękę ale nie mogłem

ze względu na podobieństwo (podobno dwa takie same

wektory się odpychają) wyszedłem z ogrodu

bardzo podekscytowany nawet zaniepokojony

zadzwoniłem do Ewelinki ale nie chciała rozmawiać

mój niepokój towarzyszył mi przez okrężną drogę

do domu wypożyczenie książek z biblioteki

zrobienie zakupów te wszystkie męczące czynności

które muszę pokonywać za dnia a które odrywają

mnie od meritum zanim podjąłem ważną

decyzję świat był tekstem do przepisania

ale zaczyna we mnie dojrzewać myśl że to

złudzenie optyczne rodzaj fantasmagorii

iluzji za którą podążałem bardzo długo

bo chciałem być kochany zrozumiałem dzisiaj

że nie tędy droga wiersz potrzebuje spokoju i ciszy

długiego dojrzewania we wnętrzu wschodzącej wiosny

jak wole serce kasztana czy wole serce czereśni

wiersz powinien spaść i rozbić się o ocean

a potem wypłynąć przygarnąć rozbitka poetę

tak w istocie zanim podjąłem ważną decyzję

błądziłem między wersami nigdy nienapisanego wiersza

czy teraz wiem co jest dobre? nie wiem

jedynie próbuję i smakuję nową okoliczność

dojrzewa we mnie jak cierpkie wino złe myśli

o tym że byłem oszukiwany przez tych

o których uważałem że mnie kochali

to w czym jestem teraz można nazwać

mniszym ascetycznym doświadczeniem

pustyni ja chciałbym na nowo narodzić się

lecz pewnie nie przyjdzie to łatwo zanim

z drzew spadną dojrzałe owoce jeszcze będę musiał

długo pocierpieć w słońcu i deszczu

czy zatem zdradzam po podjęciu ważnej decyzji

czy moje wycofanie można nazwać ucieczką gestem

obrażonego na świat pustelnika? nie chyba nie

ja jedynie próbuję nowej materii próbuję się wgryźć

w drewno i deszcz wyobraźni co z tego wyniknie

nie wiem może spadające wiry i krople nauczą mnie czegoś

o naturze spadania i deszczu

 

do tej pory byłem wśród ludzi wyjałowiony pusty

teraz deszcz kwiatów róż cierni ostów kropel

mlecznych i ciemnych burzowych kropel znaczy moją pamięć

zostałem zapamiętany jak zostanę zapamiętany?

jako ten który nie bał się deszczu?

 

codziennie chodziłem i pokazywałem co tydzień

pisałem dla tych którzy mnie kochali

uczestniczyłem w wielkim oszustwie

teatrze przedstawieniu świata który nie jest

ani zły ani dobry po prostu jest egoistyczny

pod maską dobrych intencji najczęściej skrapla się

jak z cichej burzy jad interesu egoizmu prywaty

a przecież wiersze są dla ludzi i nie dla ludzi

 

zatem pisałem po to aby być kochanym

zauważonym na swój mizerny szczeniacki sposób

czy czas dojrzeć nie wystawiać zaprawionej w bojach

już nie tak młodej piersi na ciosy świata

szczekaczy kundli i tchórzy którzy przymierzają obrożę

na zawołanie jadu interesu prywaty chamstwa

 

Ewelinka śpi wystarczy mi to na swoich barkach

mogę udźwignąć cały olbrzymi świat

iść na zakupy po mleko po chleb do kiosku

po gazetę po papierosy dać się wyżyć życiu

 

i jednocześnie myślę nie ranić najbliższych osób

samemu dać się zranić ale nie ranić tych

których naprawdę kocham

 

pełno fajerwerków o tak i wielka nuda przesytu

dzisiaj witam nowy wiosenny burzowy dzień

ciemne i białe chmury

 

powitajcie mnie czy nie widzicie że dopiero teraz

jestem z wami?

 

 

Ostatnia nadzieja

 

mam kolegę na dole wygrzebuje jedzenie

ze śmietników dokarmiam go czego nie zjem

to jemu daję

 

codziennie schodzę z nowym pakunkiem w worku

nawet się nie pozdrawiamy ale wiem że dzięki niemu

istnieję bardziej

 

gdyby nie on nie miałbym co robić z jedzeniem

które by się zmarnowało poszło na stratę

mój brodaty kolega w obszarpanej koszuli

ostatnio widziałem jak pił moją wodę

jadł moją bułkę przegryzając starym

schorowanym jak sknerus mckwacz serem

 

mój brodaty kolego obszarpany starcze

dziękuję ci że jesteś na dole

dziękuję ci że jesz mój chleb pijesz moją wodę

jesz moje spleśniałe śmierdzące sery

twoje rany już zostały przebite

moje wciąż gotowe by otworzyć się na oścież

 

wylać niepowstrzymaną falą jak fraza

Odojewskiego czy moja w przypływie

wylać niepowstrzymaną falą

kiedy świat otworzy się na zagładę

przejście i przyjście

apokatastasis

na białej szacie z obłoków i chmur

 

to ty będziesz tym pierwszym który powita

nowe niebo

moje białe pierzaste niebo

i moją babcię która rychtuje mi obiad

w starej kamienicy na ulicy Prażmowskiego

wśród ogrodów garnków starych skurzonych obrazów

kanap koców świętego krzyża dywanów kilimów

białych haftowanych obrusów starych talerzy

zieleni drzew jabłoni kwiatów

ogrodu który oddycha otwarciem

i zamknięciem

 

to że jesteś ze mnie

to że jestem z mojej babci

 

to że przyjdzie wysłannik

to że czekamy na niego

skuleni w naszych kątach

 

moja opowieść otwiera się na przyjście zagłady

ona jest blisko bliżej niż przypuszczamy

 

staliśmy się dla siebie nadmiernie przeźroczyści

wysyceni nasyceni obcym dziwnym światłem

które nie jest ludzkie

 

i nawet ten brodaty obszarpany kolega ze śmietnika

nawet on jest bliski wiedzy

 

i tylko małżeństwo spożywczych sklepikarzy z dołu

wśród ogórków cukinii zupek z proszku

pomidorów cytryn wód mineralnych ziemniaków

pietruszki i kalarepy

 

zdaje się wierzyć że świat nie skończy się nigdy

w istocie byłem jestem i będę oszukiwany

przez tych którzy mi wmawiają że jestem

a ja moje istnienie odczuwam silnie zbyt silnie

jakbym był jedynym człowiekiem na ziemi

i opowieść o mnie zatacza coraz szersze kręgi

obejmując świat i wszechświat jak obwarzanek

który kupuję od baby w rynku a który przecież

już nie smakuje jak dawniej

 

wieszczę zagładę tu w przytulnej szafce

w czterech ścianach mojego zeszytu w kratkę

 

czekam wraz z moim kolegą Kubą na nowe

niewidzialne przyjście Mesjasza odmianę

światło na wschodzie i zachodzie

 

ostatnia nadzieja i pierwsza

 

a także mój mały świat jak niewinny brązowy wróbelek

który na chwilę schował się w zeszycie w kratkę

 

 

 

Operacja

 

mam ojca po szpitalu siedzi sam w domu

cała noga obandażowana nie jesteśmy pewni

czy zabieg udał się dzisiaj w krakowskim powietrzu

czuć było samotność i przemijanie kawa

pita z promotorem i jakby zmęczenie na naszych

twarzach z powodu upływu czasu

 

mam twardego staruszka papę tak mu doktor

powiedział dzisiaj na wychodnym kiedy mu

jeszcze kroili na żywca nogę

 

przechadzałem się krakowskimi plantami

byłem w kościele Franciszkanów pomodlić się

za zdrowie mojego taty składałem dłonie jak

do modlitwy zdjąłem mój szary kaszkiet

padłem przed Bogiem na twarz i prosiłem

Go aby wszystko było dobrze z moim ojcem

 

a potem szedłem plantami czułem pod

stopami lekkość drzewa lekko szumiały

jeździli rowerzyści po mokrej ziemi

pary namiętnie całowały się a ja unosiłem

się parę metrów nad ziemią myśląc

o Bogu i moim tacie

 

w moim szarym kaszkiecie szedłem fruwając

modlitwa zanosiła mnie na szarych skrzydłach

ku zielonym drzewom i czarnym ptakom

i szarym gołębiom na czarnym mokrym chodniku

unosiłem się nad ziemią w tej zieloności

ni to wiosennej ni to jesiennej czas przesilenia

jakby powoli się wykluwał a ja starałem

cieszyć się życiem i myślałem o moim ojcu

i o Panu Bogu z kościoła Franciszkanów

 

ptaki były we mnie ptaki porywały mnie

było mi błogo tak iść wśród zieleni i drzew

 

mam ojca daleko w Tarnowie ojca samego

ze strzykawkami i bandażami

 

i ja w Krakowie starałem się przezwyciężyć chaos

staram się buntować przeciwko chaosowi

który powstał we mnie i na zewnątrz mnie

staram się ten chaos jakoś ujarzmić

 

białe i brązowe koniki szarej maści

na karuzeli w wesołym miasteczku

wtedy jadło się wiele gum rozpuszczalnych

i waty cukrowej

 

białe i brązowe koniki szarej maści

na karuzeli w kolorowym wesołym miasteczku

 

mój tata czeka na mnie przed szkołą

wyjmuje papierosa zapala uśmiecha się

kiedy biegnę by się z nim przywitać

i zjeść obiad w dużym pustym domu

 

białe i czarne ptaki nad naszymi głowami

wolno leci kroplówka wolno śnimy swój sen

i powolna jest śmierć w nas

która do nas nie chce się przyznać

i otworzyć białe niebo na oścież

 

w domu w Tarnowie jak drzwi na klatkę

prowadzącą do mieszkania na górze

 

 

 

 

Ogórki w słoiku

 

zieleń czerwień żółć

one w środku

rozgałęziają się

są jasne piaskowe

ciemne biegną do środka

ze środka spadają na blat kuchenny dziadka Staszka

na moją radość kiedy patrzę na babcię Jasię

która umarła na mojego tatę po szpitalu

radość z tego że jestem dobrym człowiekiem

Mesjaszem w białych i szarych szatach

Mesjaszem wątpiącym trapiącym się

czy mój tata będzie zdrowy?

 

chciałbym powrócić do domu

i zamieszkać w dawnym śnie

choć nie ma już powrotu

i ja nowy sen muszę stworzyć dla swoich dzieci

 

nowy sen w Krakowie

pod barem Vis a Vis

pod poetami i parasolkami

pod śpiewem i wódką

czystą jak gołębie serce

 

i Jezus nawet przychodzi

by spotkać się ze mną

i pijemy czystą jak gołąb

jak serca bez skazy i zmazy

 

czyste niebo biała mgła

powolna odwilż i powolna kroplówka

zieleń która do samej siebie nie chce się przyznać

baby niosące siaty z zakupami wiejskie siaty

pełne ziemniaków selera kapusty fasoli grochu

na obiad dla swoich dzieci

 

i w końcu w tym wszystkim ja

w tym targowym wiejskim krakowskim krajobrazie

kupuję jabłka pomidory ogórki biały ser

dla mnie i przyszłego mnie

który będzie grał na boisku szkolnym

z innymi dziećmi

 

jestem selerem i kapustą i grochem

mały słonkiem w słoiku po ogórkach

jestem spiżarnią w Tarnowie

w mieszkaniu po zmarłej babci Jasi

jestem jej oczami i oczami mojego taty

jestem wzrokiem podzielonym na wiele par oczu

jestem małym słońcem w cienistej spiżarni

słonkiem ukrytym w ciemności w białym

szklanym słoiku po ogórkach

 

moja mama wisi na zdjęciu

mała kolorowa cyganka

tam wiszą portrety malarzy

tam jest nieskończoność mojej dziecinnej

pamięci

tam moja mama dojrzewa kiedy ją podlewam

jak kwiatek

zielone łodygi

w górę ku ukrytemu w słoiku po ogórkach

słońcu

ku mojemu tacie który leży śpi

zdejmuje bandaż daje sobie zastrzyk w brzuch

czytelne i nieczytelne

zamazane i nie moje

nie-swoje

i własne

 

w tym słoiku po ogórkach do którego

wpada słońce

 

moja babcia Jasia w żółtym szlafroku

siedzi w starej kuchni i czeka z herbatą

aż kukułka

 

i ja kiedyś dołączę do tego domu

choć nie ma mnie w nim

to jestem ukryty jak ogórek w słoiku

w cienistej spiżarni do której wpada

słońce

 

 

Przestępstwo

 

a babci to ja kradłem z portfela pieniądze

słońce wpadało do kuchni

 

samotny po dziadku Staszku fotel bujany

kolebał się od wiatru

 

 

 

Śmiech Pana Boga

 

zdałem egzamin doktorski z filozofii

i czuję pustkę a także lęk o swoje życie

z powodu gumy która przykleiła mi się do spodni

a którą odklejałem gołymi palcami wiecie

te zarazki Ewelinka mówi żeby spodnie włożyć

do zamrażarki myślę że moje serce może być

jak z zamrażarki które roztapia się pod wpływem

nagłego wzruszenia lęków o tatę i o rodzinę

i o Piśla

 


ciekawe że guma do spodni

przykleiła się w Bazylice Mariackiej

w ostatnim rzędzie ławek naprzeciw

świętego krzyża i surowego nieprzejednanego

Chrystusa Syna Bożego z którym nie można

się targować bo On wie co dobre

no a z Panem Bogiem to ja myślę

może trochę się poprzekomarzać bo On

ma olbrzymie poczucie humoru i lepiej

zna mnie niż ja siebie więc jestem spokojny

może nie jestem aż takim złym człowiekiem

skoro czuję że dobrotliwy Pan Bóg śmieje się

ze mnie tam poza Wszechświatem

 

ciekawa że ta guma przykleiła mi się do nogi

kiedy modliłem się za zdrowie mojego taty

za powodzenie egzaminów Piśla za moją mamę

babcię dziadka i wtedy patrzył na mnie Pan

Jezus na krzyżu cały z krwi i ze złota

a ja poczułem że we mnie miesza się

krew i złoto w jakimś dziwnym

niezrozumiałym tyglu

 

jesteś strasznym śmieszniorem mówi do mnie

Ewelinka i mnie się wydaje jakby to Pan Bóg

mówił jej słowami

 

a u mnie będzie wszystko w porządku

dopóki Pan Bóg będzie ze mnie się śmiał

a ja Go będę mógł na swój sposób

rozśmieszać

 

boję się jedynie troszeczkę Pana Jezusa

bo on tak surowo  dzisiaj wyglądał

na krzyżu

 

ale może On też mnie lubi i śmieje się

razem ze swoim Ojcem z moich przypadków

 

jak jasny Najjaśniejszy młody Ojciec

naczynie złoto lęk krew

i śmiech Pana Boga z mojej nieskończonej głupoty

 

Kocia metafizyka

 

było coś dziwnego i odrębnego w tej pozornie tylko

nieprzyswajalnej atmosferze domu leniwe

w nieskończoność ciągnące się popołudnie

przybierało postać kota który wygrzewał się

w pełnym słońcu

 

mama robiła obiad a po obiedzie z pierogów

wyciekał borówkowy sok

 

dysonanse nie były ważne wszystko skąpane

letnim popołudniem i chaos wewnątrz nas

którego nawet nie próbowaliśmy oswajać

nie było po co

 

nie był bowiem ważny nasz faktyczny stan

tylko to co wydobywało się promieniowało

z niewidzialnego

 

to że coś spadło to że ktoś jest bliżej

rzeczy te nie miały większego znaczenia

nasza śmiertelność wydała się

niepotrzebnym wymysłem

 

głos starego papieża który dobiegał z radia

Maryja stara sąsiadka cierpiąca na głuchotę

 

zielone liście wewnątrz nas i te czerwone

deszcz promieni słonecznych podczas jesieni

 

zima która była daleko wspominaliśmy

jej nienaganną biel i ciepło

 

niekończący się różaniec do Miłosierdzia Bożego

w radiu Maryja

 

i ten niewielki ogródek po którym delikatnie

chodzi kotek Mietek ulubiony kotek pana Jurka

alkoholika który do tej pory próbuje udowodnić

i udowadnia nieoczywistość życia jego zimne

i gorące przepływy

 

a dalej przecież niebieskie morze biała flaga

biały statek i powolne kołysanie na morzu

 

niebieskim granatowym srebrnym

 

to tylko ty i ja i nasze życie

niewypowiedziane słowa wielkich mędrców jednego wieczoru

i tek które będą zapamiętane na zawsze

 

kształtowani jesteśmy przez ten sam wschód i zachód

i muzykę dochodzącą z radia Maryja

 

koty na podwórku przewracają się pod słońcem

mój ojciec i pan Jurek pracują nad nowym balkonem dla kotka

szumi wiertarka

 

spikerka oznajmia przyjście

 

leniwe popołudnie zachód który powoli zmierza

ku schyłkowi

 

to wszystko była nasza wina

 

los który nie może się wypełnić

zamrożone lato zielony stuletni grab

wchodzący nienachalnie na balkon w moim rodzinnym domu

 

leżaki w żółte i czerwone paski

nic i wszystko

 

jeszcze bardzo wiele

 

i ta jedna jedyna bardzo rzadka wypowiedź

o tym czego nie da się powiedzieć

 



Michał Piętniewicz

Biogram:

Urodził się 13.01.1984 roku w Tarnowie, gdzie zdał maturę. Później studiował polonistykę na UJ. Napisał pracę licencjacką o twórczości Brunona Schulza, później magisterską o twórczości Tadeusza Nowaka, a obecnie jest doktorantem literaturoznawstwa na UJ. Kończy pracę nad rozprawą doktorską o twórczości Wiesława Myśliwskiego.

Wydał Oddział otwarty  jako nagrodę w projekcie Połów ( Biuro Literackie, 2008 )  Odpoczynek po niczym ( 2011 Miniatura), zbiór opowiadań Tarnowskie baśnie i mity (Miniatura 2012). Najnowsza publikacja to Na oścież, (Zeszyty Literackie, 2014).

Publikował w Dekadzie Literackiej, Arcanach, Arkadii, Nowym czasie , Metaforze, Fragile,, Nowej Dekadzie Krakowskiej, Frondzie, Odrze,  Akcencie, Miesięczniku Kraków,  Ha!arcie, Wyspie, Kontekstach Kultury, Twórczości, w Przystani Biura Literackiego, w internetowej Szafie, w Pkpzin, Nowej Dekadzie Online. Redaktor kwartalnika literacko-artystycznego Metafora w roku 2012.

Był wyróżniany w kilku konkursach poetyckich. Między innymi im. Zbigniewa Dominiaka Moje świata widzenie, czy w konkursie im. Witolda Gombrowicza Przeciw poetom. Stypendysta miasta Krakowa w dziedzinie literatury w roku 2012.

Prowadził zajęcia na UJ z przedmiotów: literatura współczesna i warsztaty krytyczne. Tłumaczony na język rumuński. Obecnie prowadzi wykłady z literatury polskiej dla seniorów w Domu Kultury Podgórze w Krakowie. 


Pin It