Elżbieta Galoch - wiersze


William Turner
William Turner





Sole mio…

 

 

Próba pamięci

 

Są miejsca nie zbudowane z kamienia,

w które jeszcze nie mogą wniknąć letnicy sołtysa ani samochody,

zjeżdżające z akweduktu autostrady.

Rodzinne resztki w pokrzywach, pałace cegieł

z domu ekonoma: gdzie jeszcze z drabin wydłubuje się Szuberta.

Rozmowy rozgrywające się w kryształowej głuszy,

z krzemieniem w winnej sukni na portrecie Joanny.

Przyćmiewające nawet stół i drożdżowe ciasto,

choć przeistoczenie dopiero dopełniło się w naszym pokoleniu.


Kaplica ze śpiącą Psyche wpada w bezludny zgiełk cmentarza,

grabi gniazda. Podobno cioteczna babka do końca

zachowała kunsztowny magnetyzm. W butach o zadartych pejzażach

szemrze między kwiatostanami kasztanowców.

Mężczyźni z sąsiednich epitafiów – z przekrzywionymi

na bakier krzyżami - czekają aż ich zaczepi opuszkami gałęzi.

Drapieżna podświadomość kobiety: strzyga

rozdrgała skłębioną przestrzeń nad wieczornym sadem.

Mur jest nagi, nieskruszony: drży w brzasku zapałki. 


Za parkową aleją żona weterynarza obiera opieńki.

Przeciąg kartoflisk mruczy na jej czerwonym poncho: z kolan

zsuwają się do stawu kontury czworaków. Rdzawe obrazy

Wyczółkowskiego, pospieszne szkice Mehoffera

uwięzły w kominie jak anegdoty. Za zwęglonym spichlerzem

dziadek Ksawery przewiązuje krowy. Sól i mineralna

z pręgowanej reklamówki mieszają się z dymem,

zagęszczają krew. Już wiem, skąd ten mosiężny chrząszcz

w jego pęknięciach: w stawie wnuk gubi papierowe transatlantyki.

Rzęsa na tafli spokojnie brodzi w dziecięcych skarpetach,

jeszcze bez odcisków życia w tłustej kropce

z brudnopisu do muzyki. 

To leniwa chwila,

w której głaszcze się rosochate grusze;

próbuje na pamięć pamięci.



 

BARWNY

 

Francis opowiada moją historię

 

Przed snem kartkuję las: jeszcze jedna litografia - i kosmos

utopi się w polanie. Podpatrują mnie pnie, dotykają

ram łóżka, jakby do gabinetu doktora Caligari przyjechał cyrk

spadającej gwiazdy. Czytam o przeszłości z rozrzuconych rąk.

Może ktoś znajomy zbudował te jarmarczne ornamenty?

Więc nie płoszę chwili, gdy najgłębsza noc

wślizguje się w liściaste szale. Rzeka znów łowi ptaki.

Ostrzysz ich dzioby, na patykach - okonie i płocie –

opalizują niczym tanie osełki. Człowiek próbuje być miarą

wszechrzeczy, chociaż prawdą nie jest tylko credo czasoprzestrzeni,

ale jej tajemnica.


W zmęczonej wyobraźni – spada się w huczące kłębowisko,

gdzie kły leków rozszarpują nawet marmurowe Afrodyty.

Bezkształtna przestrzeń niczym zimno-szary płaszcz

miesza morza. Boję się czułości. Nawet w sobie

nie mogę wiedzieć, gdzie jestem? Co najwyżej otwierać wargi

- i znaczyć krwią jak szminką, dżdżyste pejzaże sukien.

Bo obok małe rzeczy czają się do bitwy.

Napoleońscy dobosze bywają bardziej ekscentryczni

od zwykłych ludzi. Odkąd odkryto niedokończone możliwości

piękna, zrobiono wszystko - by w klimacie groteski –

przeciążyć je. Ta zmyślona ziemia

przeniknęła nawet do wnętrza słów.


Więc wiesz, że będę powracać, mimo pubów Dublina,

Austerlitz czy Waterloo. Nienaturalnym głosem szepcząc,

że z wiernością markietanki nie można rozstać się jeden raz.

Będzie istnieć do końca. Rozwierać palce pielęgniarzy

nawet, gdy twarz zastąpi marcowe jabłko.

Somnambulik Cesare – we mnie - porażony tą odrębnością,

nie umie odejść ze spuszczoną głową.




ABC

 

 

 

 

 

Jazz

 

 

 

Zrujnowany dwór zza wzgórza

jest pozornym milczeniem. Żeby w niego wejść

trzeba znaleźć się między czasem. Stanie się migotaniem

srebrno-złotych szerszeni. W resztkach szyb - z labiryntem przeżyć –

przenikamy ściany rozgrzane jeszcze wieczorem niczym miękkie płyty.

Trzeszczą w wychylającej się myszy albo fałdach tajemniczej sukni

kobiety z czerwonego witrażu. Można też przez dom pożeglować

jak w Arce; zbierać z twarzy spadający tynk niczym święty popiół.

Zmienieni w kruki

już nigdy nie wrócimy w poprzednie płaskorzeźby.


Miejsce dzieli się trójwymiarowością jak źródłem.

Zdejmuję ze słów klosze: przebudzone echa i lustra

są lżejsze od zorzy. Rozbiegają się po hallu.

Wtedy bardziej wierzy się w muzykę niż w istnienie zaświatów.

Nie nawiedzają nas tanga czy gawoty, lecz myśli

o Charlie Parkerze, Ninie Simone i Billie Holiday’u.

Wydaje mi się, że jazz i światło stają się tym samym

w przestrzeni, w którą tak naprawdę nigdy nie weszły.

Która nawet ich nie przeczuła - a jednak są we mnie;

mną – łącząc i pobudzając wszystko.


Lubię, gdy ze środka duszy głos Simone wije się jak bluszcz

wzdłuż wyszczerbionych stiuków, pokruszonych

klasycystycznych kafli i przez zmartwychwstające pokoje.

Wyciągam palce i dotykam jedwabistej zasłony,

jakbym z nicości uwolniła Syreny Odyseusza.




 

BARWNY

 

 

 

 

 

 

 

Spotkanie z Marią

 

 

Wciąż odkrywam tamten dom nad stawem,

pełen Tajemniczego Ogrodu.

W moim wnętrzu - po wiadomościach z radia - gra dzień.

Bluzki kobiet - to melanżowe wzgórza zza przystanku,

a ciemnoczerwony kot staje się uciekającą latarką.

Mężczyźni rozochocili się. Kombajnami - z żółtego kołtuna –

rozbierają gazetowe bizneswoman.

- Słyszałem, że świat jest piękny – na pożegnanie rzekł niewidomy.

Tylko trzeba zacząć polegać na wyobraźni,

a po ukrywanych twarzach będzie można

przedrzeć się poza ścierniska. Na szramy pociągów

podrzucić powietrze tak czyste, że odgadnę swój cień.

Będzie szedł za tobą nawet głuchym traktem.


Porozmawiajmy nie tylko o rzeczach błahych,

mimo że każde słowo jest niebezpieczne. Odprowadzę cię

do mojej przystani - w tobie: pamiętajcie o ogrodach.

Bluszczem ku oknom, kwiatom w samotność.

Bo drzewa z dzieciństwa są zawsze ogromne

i miękkie jak wosk. Przygięte do ziemi, otwierają skrytki

pod korzeniami, uwalniając oswojone gnomy.

Mogę zasnąć, zasnąć mocno między baśniami.

Bez strachu, że ktoś okradnie z przedziwnych momentów,

choćbyś rzucał pylastym i suchym ziarnem.


W lasach - z nieporadnych rysunków siedmiolatki –

urodzi się ledwo widoczna kropla, co zapada w fantazję,

mimo że jest jak szpilka. Przesunie nawiasy

aż obumrze zaburzona pamięć: trzeba tylko zapamiętać światło.

- Zobacz, znów jestem zamkową lipą!

Chociaż z dymiącym toporem - jeszcze nieraz -

staniesz za moim wierszem.



Ela Galoch

 

 

Jesień

W sadzie od zachodniej strony - przed nocą –

czasem zjawiają się cukrowe widma koni.

Zsiadłe mleko długo schodzi z wyludnionych pajęczyn.

Na korze wierzb czyjeś łzy zachowały wiejską zabawę

i tłum kobiet - na próżno - wołających wyznań.

Tylko różnokolorowe korony klonów dźwigają w sobie

wszystkie miękkie sukienki, pod wspomnieniami

zapadając się w okna krajobrazu: czuję smak melancholii.  

Lecz o poranku szybko otrzepują się z zatroskanych twarzy,

śpiewając z wiatrem na wynoszonych przed próg

kadrach z młynem spacyfikowanym za księcia Franciszka.


Przykładając dłoń do szczerbatych stiuków dworu

odgaduję późny październik. Wchodzi na dobre

w krzywy ganek: znów kucharka Luba jak przed wiekiem

układa na półkach pierwsze czekoladowe Mikołaje i gąsior

przemarzniętych owoców tarniny. Bursztynowe koraliki

Izabelli - rozpuszczone w prześwitach podłogi - chłoną

ostatnie słońce. W dereniach pełno kłótni o bohaterów Prusa,

przybywa żółtych butów w kałużach i rdzawych swetrów.

W bramie deszczu mieszkają wszystkie zagubione przedmioty.

Lustra powietrza rozprysły się w szumie gęsi:

trzymasz w palcach oszroniony oddech.


Na obrzeżach zarośli martwe naskórki gałęzi

chłoszczą złodziei jabłek, chociaż głębiej czerwone wypryski

jeszcze płoną jak zmysły. Stopniowo zachodzą pod kretowiska.

Paprochy i liście ścigają się z bombowcami chmur,

od czasu do czasu powolniejąc, muskają czarną cerę szosy,

żeby znów ulecieć i zginąć niewiadomo gdzie.

Wypasione koty i nagie jesiony przy bramie

żegnają inkasenta elektrowni. Brudne światło, szare spodnie

zaplątały się w chwiejących się spojrzeniach

ciężarnych narzeczonych.


Pin It