{jcomments on}

Wiersze tygodnia – Karol Samsel

 

 

 

Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska

 

1.     Do śpiewania w zimie

 

 

W mądrej niemocy czekają poczwarki

Innego czasu, lepszej pogody.

Kotnej owcy rosną wymiona,

A kozłom koźle brody.

 

W. Lehmann, Im Winter zu singen

(tłum. K. Karkowski)

 

 

Umieszczę Ciebie, żywe. W kuchniach i łazienkach samojedów

umieszczę Ciebie, żywe. W małku, w dogu i w szpondzie

umieszczę Ciebie, żywe. W sercu – aferze naszyjnikowej

umieszczę Ciebie, żywe. W korumpującej piersi

umieszczę Ciebie, żywe. Rękami niezawodnych miotaczy,

umieszczę Ciebie, żywe. Przedświatłem, ultraprzemocą,

umieszczę Ciebie, żywe. Siłą dni, lekarstw, oskarżeń,

umieszczę Ciebie, żywe. Siłą nabutonu i kodeiny

umieszczę Ciebie, żywe. Siłą Pamięcic i Korablewa

 

umieszczę Ciebie, żywe. Siłą obcych sobie kobiet i mężczyzn,

umieszczę Ciebie, żywe. Balladą sterydu, unią i rozdzielnią

umieszczę Ciebie, żywe. Za drachmę Wyszyńskiego

umieszczę Ciebie, żywe. Za drachmę Wojtyły

umieszczę Ciebie, żywe. Za pamiętnik szkieletowy

umieszczę Ciebie, żywe. Za samotność i mękę

umieszczę Ciebie, żywe. Za gadatliwość i lęk

umieszczę Ciebie, żywe. Wypełnię czaszkę mchem,

umieszczę Ciebie, żywe. Odbuduję stolicę języka,

 

umieszczę Ciebie, żywe. Ta mowa jest dla mnie przeszkodą,

umieszczę Ciebie, żywe. Szkodzi mi fala tej mowy,

umieszczę Ciebie, żywe. Spala mnie fala tej mowy,

umieszczę Ciebie, żywe. Z zewsząd przyjąłbym życie

                                           służące tej mowie za pal.

 

 

 

2.     Wieszanie baranka

 

Bóg jeden wie,

Bóg jeden nie wie,

 

jak zdziczała,

jak niechodliwa

i jak kapryśna

jest ta perła.

 

Hodowlana perła

literatury,

 

dla której strawiłem

zdrowie swoje

i swoich bliskich.

 

Mówisz: ależ książki,

książki ze świateł,

z których uwalniasz

gadulstwo chleba,

naukę wielowoli,

 

gdy trzeba ci jedności,

jedności niezawodnej:

żurawia – a nie tekstu,

szekli – nie cytatu,

młodniaka –

 

– nie fonemu.

 

Jestem nieudacznikiem

i w łono matki

nieudacznik mnie

wgłębił.

 

Błoto,

aby nie zaschnąć,

po moich śladach

zawraca.

 

 

 

3.     Lekcja rzeźby polskiej

 

Panie, podniosłem z ziemi wiersz, który

odgryzł mi rękę. Przebacz mi głupotę.

Głupotę, w którą zanurzam się –

– aż po rękojeść

 

i w której się starzeję. Oto jest

śmierć i zmartwychwstanie tekstu.

W lustrze literatury przegląda się

nie wieczność, nie czas,

 

ale życie: moja spuchnięta głowa

i brudne strąki włosów. Nie ma

innego znoju, innej katorgi:

Pan brokerów, Pan

 

rzeźby polskiej jest moim

pasterzem i wyrwidębem,

moją męczyduszą

i wierną zrękowiną –

 

– Pan o skręconym karku:

sine, Boskie Przerwańsko,

które wmarło w tę chatę

i jest w niej widome.

 

 

 

4.     Siksa

 

Żadna mowa plugawa

niech z ust waszych

nie pochodzi.

 

Ef 4, 29

 

Oręduj za nami do Pana, sikso z liściem na piersi.

I przebacz to nazywanie. Do mięsa zaraził mnie

język, którego do dziś nikt nie odparł. Policzyć

mogę wszystkie moje kości, dręczony kurewstwem

jak grubą, barwną szatą w słoneczne południe.

 

*

 

Widzę w niej Maryję w widzeniu ułamkowym

dźwigającą Dzieciątko po niewymiennej ziemi.

 

 

 

5.     Pragnienie szczęścia za ścianą

 

Córuchno moja, córuchno,

jest żałość po człowieku,

jest żałość po flashbacku.

I cudzes przerasta usta,

 

i cudzes przewyższa

liść chmielu, by orżnąć,

tak, orżnąć ten smutek

specjalną, fatalną

 

talią. Córuchno moja,

córuchno, Wojaczko,

ośmiorniczko, ten

szwabski, gorzelny

 

erotyk staje u bram

koncernu. I kłapie

w niebo jednakie,

i kłapie w ziemię

 

rozsiane. Ma głowa,

córuchno, stwardniała,

choć lżejsza od głowy

mordercy, jest także

 

głową ofiarną. Próchno,

córuchno, próchno.

Medal bity zbyt wolno,

na deszczu wyrodniejący.

 

 

 

6.     Droga do Qumran

 

Jasieńku, nie jesteś,

Jasieńku, nie jesteś

nawet workiem znaków,

nawet nieużytkiem:

 

ani metaforą,

ani agogiką –

– w ścianach tego wiersza

nie będzie okna życia

 

dla karłowacizny!

Jeśliś nawet przekonał

do swojego wysiłku,

a wszyscy o nim mówią

 

jak o przedfigurze,

jak o doksologii,

doksologii ludzkiej,

doksologii trudu,

 

nie pójdę z czerwońcem

spłacać Lindsaya,

spłacać Niekrasowa,

by Ciebie zatrzymać,

 

spłukany kluczu wsi!

Po prostu – Jasieńku,

Janiszku – najprościej,

nie przekroczysz pola,

 

za którym ten tekst

niewoli człowieka.

Nie trafisz do Qumran.

Qumran –

– Wbrew.
– Pomimo.

 

 


7.     Anakonda

 

Byłem głupi i zrozumiałem: głupim ucichnę.

Wezwie mnie młoda anakonda alfabetu,

a ja, owszem, siądę za jej stołem jak w każdym

innym posępnym dniu roku. Wyciągnę tępy,

siwiejący palec i będę udawał: 

 

– że zostałem wypchany już na samym początku,

już w kanale narodzin nieusychającym,

wilgotnym futrem tekstu.

 

– że dzielę siebie na części, by złożyć ten strój

w sobie i by jemu sprostać jako przekładaniec,

figura życia słowem.

 

– że tak ukazany jestem kapodastrem,

ale nie sługą muzy. Że pieśń moja zleceniem,

a to co powierzono – nie apollińskie

 

jest.

 

Bo gdzie staruchowi

do bikiniarstwa pisma?

Do wolnej od abrazji

piaszczystej plaży gatunków?

Do tekstu swobodnego,

pocałunku w nerwicy? 

 

Wierzą, że mówią, mówiąc ze śmiercią.

Straszakiem każdej zgłoski.

 

Tworzą książkę po książce.

Warczące niebo.

I ziemia.

 

 

 

8.     Obłok

 

Poślizgnęła się. Złamała kość biodrową.

Myślała o Eroice, o Munku, o Kobieli.

O śmierci tego drugiego. Przedwczesnej,

środkiem świata. Między liczmanami.

 

Poślizgnęła się. A przed momentem

wypuściła psa. Jak głupio postąpiłaś,

bezmyślna Moll Flanders! Mogłaś

dożyć wieków, odtroczyć zmysł

                                                    po zmyśle,

 

oddzielając kości burzliwego dnia.

Poślizgnęła się. Wykręciła rękę, jakby

grała z lustrem, grała z billboardem,

żyła w książce, w gazecie, w sowitym

 

zarobku. Cóż z niej dla kręgu flar?

Rozgrzewana pamięć? Tryskający

                                                        obłok?

 

 

 

 

9.     Babie lato

 

Ukończyłem bieg.

Ustrzegłem prawdy znaczenia.

Wiersz jest chodzeniem po ogniu.

 

Zdanie zieje językiem.

Język zieje od  imion:

 

zgarbiona Teresa Wełmińska

pali w ogrodzie liście. Jej córka

osącza pierś kaczki w miodzie,

sezamie i winie.

 

Dzwon sztucznej inteligencji

przechodzi zapachem życia –

– niewietrzejącą perfumą.

 

Nie osądzaj pisarza.

Ocal go od zła.

Tłum larum jego kości

tępo bijących o podium.

 

Wybijam w tym wierszu

pawlacz i spędzę w nim

każdy poranek –

 

– ukończyłem dziś bieg.

Ustrzegłem synergii

znaczenia.

 

 

KAROL SAMSEL – urodzony w 1986 roku. Doktor filologii polskiej, adiunkt w Zakładzie Literatury Romantyzmu Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego, magister filozofii (UW), prezes Warszawskiego Koła Norwidologicznego i członek Polskiego Towarzystwa Conradowskiego. Doktorat poświęcił zbliżeniu twórczości Cypriana Norwida i Josepha Conrada do siebie. Poeta i krytyk literacki, autor siedmiu tomów wierszy, w tym najnowszych: AltissimumAbiectum (2012), Dusze jednodniowe (2013) i Więdnice (2014). Na podstawie materiału korespondencyjnego Seweryna Pollaka z Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza opracował edycję Listów do Seweryna Wandy Karczewskiej. Laureat nagrody im. Władysława Broniewskiego (2010) i zdobywca statuetki im. Wandy Karczewskiej (2011). Jego wiersze zostały przełożone na języki bułgarski, serbski, czeski i słowacki. W przygotowaniu znajdują się książka doktorska Samsela poświęcona Norwidowi i Conradowi oraz tom poetycki zatytułowany Prawdziwie noc (2015).

Pin It