{jcomments on}

Wiersze tygodnia – Aleksander Nawrocki

 

 

 

Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska

 

            Wybór wierszy

           

 1964 Juwenilia.  

 

            W stronę Izy

Śliwowłosych sadów majestat jesienny

rozpowija wiatru zagony ochrypłe,

gdzież aplauz świerszczy, siwe wody nieba

chylą się do ognisk rozkisłych po łąkach.

 

Izo, nie ocalił cię tęsknoty powrót:

miłość jak woda bieżąca przepływa;

czas zapala wrzosy twoje ulubione,

które z koloru oczu wróżyć już nie potrafią.

 

W opadaniu liści umęczone piękno,

w opadaniu wspomnień kurzu obwarzanek;

Izo, odpuść słowom, nie wiedzą co czynią –

miłość jak woda bieżąca przepływa.


 

            Wystawa rzeźb Bolesława Chromego na skwerze

            przy klasztorze sióstr wizytek w Warszawie

 

Przysiadły na brzeżku alei świątki wniebogłose,

wysłowione nareszcie dokładnie dłutem ręki,

jesień im woskiem słońca nosy wykapała

i motto liści świtą nakleiła wczoraj.

 

I jak w synagodze modlą się kształtów psalmem

połykacze ognia, fakiry, muzykanty,

oświęcimscy pątnicy w imitacji krzyży,

chłodne akty, kręciołki śmieszne i baranki…

 

Wchodzą wierni pobożnie nastroiwszy oczy,

uczestniczą w ofierze eksplodując wewnątrz,

parabolą wracają potem w krnąbrny garb swój

i ucztują, ucztują przez trzy noce z rzędu.

 

 

            Kompozycja ze starcem

 

Rachitycznie zdziwiony kaleson oskubuje wstążki,

wazon ciemnienia zwisa przekrzywiony śmiesznie,

odjechał ostatni pociąg,  już nie z nikim bliskim,

a w mieszkaniu stół tylko rozpięty siwieje.

 

Epizody scen zeszłych , na odległość wróbla

wyrzucone ciemnieją, pod kulbaką czaszki

coraz więcej znaków zapytania rośnie

i coraz dłuższe milczenie wyjaśnień.

 

Kto doda otuchy drzwiom od ostatniego pukania

wyświeconym tak ciszą wniebogłosy świętą,

kto podsunie łzę na tacy otwartą,

położy obok bilet wystany pół doby?

 

Starte na miazgę skrzypce nastraja od roku,

skowyt swojej melodii chcąc wygrać od nowa,

aż uzbrojone w cierpliwość gołębie

odpłynęły sprzed okna trzepocąc złośliwie.


 

***

 

Tu, w cieniu studni, drzemią wiadra suche,

Obłaskawione wymytą w głąb ścieżką.

 

Południa spacer kładzie ból we włosy,

Ręka w mijaniu odtrąca rękę,

Choć  w tamtej obrus gościnny i ukłon…

 

Tłumią się skrzydła najprawdziwszych słów,

A tylko pióra z wierzchu najostrzejsze.

 

Czemu idącej ku słońcu kobiecie

Wiatr rzucił w oczy inną panoramę.

 

Już w dziecku rośnie owoc ciężki, kiedy

Kalece kamień rzuca nic nie winny.

 

Zachód nastaje w wiadra rdzą potulne.

Na sto mil wkoło czuć tylko sierść ziemi,

 

Więc odsłoń czoło  w kapelusza wnęce

To nie kosztuje nic, a tak potrzebne.

 

            /Debiut, Kultura 17 IV 1965/

 

 

Wiersze z roku 1965, drukowane w różnych zbiorach.

 


            Racje

 

Niosę cię w oczach codziennie,

Śmierci – moja piękna żono,

Bo tylko wtedy wiem jak smakuje

Ciało dziewczyny i ranek

W jej oczach obudzony,

Kiedy odtrącam twą kościstą rękę.

- Życie jest przepaścią o krawędziach z muzyki –

Powie poeta.

- Znużenie to miłość,

Urodziła ją nienawiść, swoje przeciwieństwo –

Powie filozof. Obaj mają rację.

Wczoraj zmarł zakonnik z wyciągniętą ręką

Po kij podróżny i ciężką protezę.

On też miał rację, choć w postach i w murach.

Ja nie mam racji. Więc co?

Kamerę i aktorów –

W ciągle pierwszym filmie.


 

            Przed wschodem słońca

 

O, ciała kobiet odeszłe –

Świty pełne chłodnego milczenia jabłoni –

Nim dzwony odezwą się.

 

Podążamy na wiecznie zielone wyspy śmierci

Słuchając ptaka śpiewającego przy śpiewie księżyca,

Zwyciężając świat trwaniem gubimy go na rozległych preriach.

Patrząc sobie w oczy jak w księgę poszarpaną,

Z ostatnich skrawków słów

Składamy mozolnie przypadkowe zdanie:

Świty pełne chłodnego milczenia jabłoni –

 

Nim dzwony odezwą się.


 

            Trzy pieśni Orfeusza

 

            I

Jesteś wiosną mojej skalistej ojczyzny,

owocem, którego smak przenika puste groty,

a myślom każe wędrować między dwoma biegunami.

 

Jesteś niebem i ziemią spękaną,

granicą, gdzie gasną wiatry, gdzie morze

jest niedoskonałe i pełne winy,

a wody jego noszą czysty błękit.

 

Jesteś łańcuchem, opasującym dzień mój,

jeden długi dzień o oczach gazeli

i błotnistym ciele karpia.

 

            II

Ulice są łagodne, musujące pogodą,

ulice jak smutne matki

i najpiękniejsze Guerniki, jak żołnierz

zastrzelony, gdy już podpisano akt kapitulacji…

 

Ulice miasta, którego bramy widzę

wśród rozkwitających pąków deszczu,

w tylko moim czasie,

wśród dotykalnych przedmiotów

o użytecznych nazwach,

ulice, którymi szłaś nie do mnie,

kochając moje pieśni.

 

            III

Eurydyko, wygasiłem mój śpiew, gdy umarłaś,

zacząłem mówić i w słowach moich zagnieździły się

obce przedmioty, którym zacząłem służyć,

obce serca, które zacząłem rozumieć

i zacząłem kochać miedź i żelazo,

a cierpienie nazwałem światłem

o kopytach zwierzęcia.

 

Jedna z gwiazd przystanęła wtedy zdumiona

i natychmiast roztrzaskała się,

grzebiąc swój cień w spazmatycznej skali barw,

a ciszę po niej powlókł wieczny porządek planet, przekonanych o swym posłannictwie.

 

Eurydyko, płacz po tobie będzie jak tępy cios

 w rosnące drzewo, jak słowo sprzed wieków,

którego dziś nikt nie zna i nie chce rozumieć,

będzie drogą, biegnącą wzdłuż równika,

a twoje imię jak lód, w którym  tkwi żywa gwiazda.

 

Eurydyko, nie wracaj. Zabliźnia się powietrze

po bitwach, zabliźni się twój zabawny krzyk

i twoje pełzające spojrzenie bezradnej żmii,

w którym ja stałem najbliżej.

 

Bo jak znów dotkniemy naszych rąk, jak nazwiemy

miłość, którą jeszcze noszę pod skórą?

 

Co powiesz o płaczu moim wielkim?


 

            Eurydyka

 

Panie mój, gdy grałeś,

ślepe wąwozy biegły pewnym krokiem,

na ziemi, wykutej dla nas,

szliśmy przez powietrze pełne soli

szczeliną, wyrwaną przez twoje pieśni.

 

Bliskie było mi dążenie ptaków,

wieszających swoje skrzydła

między niebem a ziemią,

zawsze w słońcu.

 

Kiedy zaczęły mi sinieć stopy,

kiedy twoje dalekie pieśni tu, w dolinie Tempe,

spadały zemnie nic nie znaczącymi strzępami ciała,

kiedy strach przed Aristajosem zapełniło

biegnące morze,

uszczypnęłam ziemię – pierś obcego mężczyzny -

nie krzyknęli, nie zasłonili mnie

i wtedy, Orfeuszu, nie mogłam ci zostawić

nawet ciszy po mnie.

 

Opuściłeś Hades.

Honor był ci droższy.

zakpiłeś z bogów opłakując moje imię,

 

które potoczy się wśród potoków i pasterzy,

większe i obce,

gdy mnie nikt nie pokocha.

 

 

 

Ze zbioru „Rdzawe owoce” 1966,


 

             Do Anny wiersz drugi

                                               Niechaj człowiek wróciwszy do siebie zważy,

                                               Czym jest w porównaniu do tego, co istnieje…

                                                                       Blaise Pascal

 

Anno, nasze trwanie

Jest zaledwie śladem w pełnej pogodzie świata.

 

Wiem, ten ruch rąk określa ciebie

i biegnącą za nami ciszę określa gwiazda

wzorzystym spadaniem.

Mówiłaś:

znajdziemy brzeg na przekór przechodzącym wiosnom,

gdzie kwiaty zatają krzyk wzbierających w ustach pytań

I spłoszą płomyki lęku wyzierające zza drzew,

i ptaki uniosą z wież zegary na skrzydłach lekkich i mocnych.

 

Mówiłaś:

na cichym brzegu

zapomnimy o oczach człowieka

zapatrzonych w taniec przechodzących cieni,

puszczaniem łódek w dół rzeki

zbawimy swój czas

od kaprysu Boga,

rozmiłowanego w cierpieniu ziemi.

 

Anno jasnowłosa, jesteśmy spełnianiem się woli nie naszej

i czyniąc miłość szukamy jej potwierdzenia w swoim wnętrzu,

głębokim jak oddech morza.

 

Październik 1965


 

            Wiersz z podróży

 

Przez arterie snu twój oddech rzeźbi pamięć.

Drzewo wyrosło na miejscu gdzie stałaś

w kraterze zachodu. Na ciemnej skale

wyrosło drzewo płaczu, w niebo wyrosło i w noc

czarną; pod jego koroną

bawią się ptaki i płyną

warkocze wiatru.

                           Na ścianie

trofea z podróży po szczęście:

widoczki z gór na morze, gmach Parlamentu, blondyna

w pełni uśmiechu.

                           Pod drzewem

twą szczupłą sylwetkę

narysowały mi czyjeś ręce –

uśmiech z dna bólu sączy się.

                          Drzewo

śpiewa łagodną pieśń o morzu –

                          słońce, biegnące z ukosa.


 

            Szkic do miłości

 

Miłość – ptak biały na samotnym niebie –

Woda go pragnie w ramiona okrągłe.

 

Miłość  - mężczyzna wśród nadbrzeżnych słów

pogłębia jedno. Niedomknięciem morza

 

Jest czas miłości. W złoconych lektykach

niosą ją przez szlam do ostatniej gwiazdy,

 

a  gdy odlotem  zabliźnia powietrze,

oczy ma czyste jak starte monety. 

 

Pin It