POECI ZIEMI ŚWIĘTOKRZYSKIEJ

cz. 1


Zdzisław Antolski

   Makatka z aniołami


Na targu, na straganie

leżał sobie drewniany

Chrystus

W poniżeniu, w udręczeniu

między odpustowym kiczem

z bolesnym obliczem

(Na czole miał przyklejoną cenę)

Kupiłem go, kupiłem

z ran pod kranem obmyłem

z kurzu, lepkich dotknięć

Włożyłem między baśnie

w czystej, schludnej szufladzie

niech zaśnie

Niech śni swoje życie

o sadzie w rozkwicie

kiedy jeszcze rósł – wiśnią

Po trzech dniach

otworzyłem szufladę biurka

była – jak przypuszczałem – pusta

Unieśli go anieli z makatki

do kapliczki przydrożnej

do Matki

 

Dwa cmentarze


Obok gospodarskiego cmentarza,
ciężkiego od marmurów i złoceń,
wstydliwie przycupnął kusy podrzutek


Mały cmentarzyk: miejsce dla nieochrzczonych dzieci
kobiet zbyt swawolnych, bo pięknych,
przybłędów i samobójców


Pełno w nim dzikich drzew i krzewów,
tajemniczych ziół i jędzowatych pokrzyw
Zając tutaj szuka schronienia,
wyplatają kruche kołyski ptaki, myszkuje lis

I nie wiadomo, do jakiego modlić się, pogańskiego boga

Pasieka w sadzie


W naszym sadzie
pszczele miasteczko.
Ule ustawione w koło,
jak Stonehenge.
Ojciec w środku, jak kapłan
wśród wirujących owadów.
Cóż to za religijny obrzęd?
To święcenia lata
bursztynowym miodem.

 

Dziadek odlatuje na kufrze


Drewniany kufer dziadka Józefa
w niedzielę przemienia się
w czarodziejski rydwan
z baśni Andersena


Józef machając skrzydłami fantazji
szybuje na wehikule czasu
przez całe swoje życie i pół świata


Wyciąga skarby i relikwie -
carskie ordery i imperiały
pożółkłe gazety i zaświadczenia
fotografie bez imion
zdjęcia z pogrzebu dziadka Piłsudskiego


Kulę wyjętą z nogi
klamrę z napisem "Gott mit uns"
obrazek Matki Boskiej Pełczyskiej
zasuszony opłatek i wiele innych rzeczy 
których przeznaczenia nikt nie dociekał


A za każdym przedmiotem jak ogon za kometą
ciągną się opowieści o zdarzeniach dziwnych
ludziach niesłychanych
którzy teraz w grobie się przewracają
na dziadkowe bajanie


Na samym dnie
między kromkami sucharów
święta trójca chłopskiej biedy – 
nafta – sól – zapałki 


Nie dają medalów


Wujek brał udział w wojnie dwudziestego roku 
ale wstydził się o tym opowiadać 

Prosto z pola poszedł pod Warszawę 
bronić stolicy przed bolszewikami 

I przez cały czas obierał ziemniaki 
w kuchni polowej 

Inni szarżowali: 
„Bolszewika goń” – śpiewali 

A on z nożem szarżował na kartofle 
(Cała wieś się śmiała kiedy wrócił) 

A przecież ktoś musiał to robić 
– mówił wujek 

Chociaż medalów za to nie dają 
szkoda

 

Wojna podjazdowa

(wspomnienie z dzieciństwa)

Na strychu szkoły zagnieździł się Piłsudski
z portretu w złoconych ramach
rządzi pułkami pożółkłych gazet
legionowymi nutami Pierwszej Brygady

Zbiera siły żeby powrócić do klasy
i z Belwederu oszklonej szafy
wypędzić wszystkie dzieła zebrane
Lenina i Stalina

Nauczyciel (mój ojciec)
chodzi zgnębiony
między orłem z koroną tradycji
a czerwonym telefonem z powiatu

Rozdarty pomiędzy sanacją 
a Rokossowskim
mszą w kościele
a akademią pierwszomajową

 

Notka biograficzna

 

Zdzisław Antolski (ur. 16 stycznia 1953 r. w Skalbmierzu na ziemi pińczowskiej) – poeta, prozaik, felietonista, krytyk literacki. Autor 14 tomów poezji i 4 tomów prozy. Antolski jako dziecko nauczycieli miał dogodne warunki do rozwoju intelektualnego, ogromnie dużo czytał już od najmłodszych lat. Obecnie prowadzi z żoną Marią wydawnictwo „U Poety i wciąż pisze.

Twórczość. Poezja. Wydał tomiki: Samosąd (Warszawa 1978), Sam w tłumie (Łódź 1980), Do snu przebieram się za sobowtóra (Łódź 1981), Okolica Józefa (Łódź-Kielce 1985), Sejsmograf (Kielce 1990), Walka stulecia (Kielce 1993), Józefy (Kielce 1993), W sadzie sen (Kielce 1998), Okolica Józefa i inne wiersze (Kielce 2000), Nidy Skamander (2007), Sad utracony (Kielce 2010).

 Tomy prozy: Moje Ponidzie (Kielce 1994), Ściąga z miłości (Kielce 1995), Karta choroby (1999), Zdrada (Kielce 2001), Maszyna metafizyczna (2012), Furtka w czasie (2013),

 Antolski publikuje swoje utwory w „Radostowej” (m.in. stały felieton) oraz w antologiach i almanachach, jak Bazar, Zostałeś w nas, Ojcze święty (2005), Dziesięć muz (2007). Udzielał też wielokrotnie wywiadów, publikowanych w prasie. Na portalu internetowym „pisarze.pl” ukazuje się cykl jego opowiadań.

Otrzymał wiele nagród w konkursach poetyckich, m.in. „O Nagrodę Jesiennej Chryzantemy” (Płock 1978). „O Świętokrzyską Lirę Poezji” (Kielce 1979, 1982), „O Laur Liścia Akantu” (Olsztyn 1981), na XIV Ogólnopolskim Festiwalu Poezji (Łódź 1985). Także laureat miesięcznika „Przemiany” (Kielce 1974), nagrody w dziedzinie poezji im. Andrzeja Bursy (Kraków 1986), nagrody z Funduszu Nauki i Kultury im. Staszica (Kielce 1986). W 2001 został odznaczony Brązowym Krzyżem Zasługi, w 2005 Brązowym Medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis.





Romuald Bielenda

Ziemia pokłonów


                Zdzisławowi Antolskiemu

 

 

Ponidzie –

ileż tu woni namaszczeń

świętokrzyskich pisarzy

          w świątyniach dzieciństwa

Ile nurtów wolności

płynie dorzeczem

          wiernej rzeki

Ile upamiętnień

kryją

kapliczki i tablice

          uniesień

Ilu piszących

oddaje pokłon Ziemi

każdego nad nią

pochylenia

 

 

 

Niebo bez zmian

 

Im bliżej kosmicznych gwiazd

tym więcej oznak biedy

w medialnej turystyce

po szkieletach głodu

Maczety waśni

przekraczają granice zachowań

na ekranach świata –

kanibalizmem much

uzbrojonych do absurdu

dzieci

Perwersja

odciska piętno

w każdym zakątku urody

A my patrzymy

patrzymy

          dozbrajając obłudę

 


„Rzadko na moich wargach...”

 

Jawią się słowa

rzucane niegdyś heksametrem


O wolność dzisiaj nie walczymy!


Pragnienia walczą

z nieczułością wyjmowanej

ze śmietnika pogardy


Pory piękna –

nawet artystom

nie przynoszą natchnień


Dziś

mnożą się słowa cierpkie

wprost czerpane

z buntu

 

Kontynent łez

 

Podnieść łzę

z nasączonej nią Ziemi

choć to nie tylko krople

lecz potoki

Ile woli potrzeba

by nawodnić wysuszony

kontynent

umyć i nakarmić bezradność

wpatrzonego w nas

sumienia

obudzić

wypasiony Świat


Można też tylko

zmienić

          kanał w TV

 



Delfy Pytia i ziarna piasku

 

Nie pytałem Pytii

o pogodę w Delfach

Nie pytałem o pieniądze

w skarbcu

centralnego państwa

Pokłoniłem się Apollinowi

siadłem w zamyśleniu

na stopniach teatru

Zmogłem się z wolą

osiągając płytę stadionu

Mój cień spocony

przysiadł na kamieniu...

 

Jakiż był duch pytam

niewysokich Greków

by zdobywać niebo

toczyć i składać z brył

dla Tytanów

skarbnicę ludzkości

niczym

          z ziaren piasku?

 

Delfy, 5.06.2009

 

 

 

 

Notka biograficzna

 

Romuald Bielenda, poeta, członek ZLP, autor 14 tomików poetyckich.

Urodził się 1 stycznia 1945 r. w Zaklikowie, w województwie lubelskim.  Absolwent Studium Nauczycielskiego w Ostrowcu Św. i Akademii Wychowania Fizycznego w Krakowie. Nauczyciel dyplomowany (I i II stopień z organizacji i zarządzania oświatą). Z Kielcami związany od 1967 r. Pełnił funkcje: nauczyciela, kierownika działu w Zarządzie Wojewódzkim SZS, wizytatora w Wydziale Oświaty i Wychowania UM, dyrektora Zespołu Szkół Ogólnokształcących nr 15 im. Henryka Sienkiewicza.

Debiutował w kieleckim miesięczniku „Ikar”. Jego wiersze publikowano w wielu czasopismach i antologiach, w tym w Antologii poetów świętokrzyskich: Zostań w nas, Ojcze Święty, almanachu Kielce w słowie i obrazie i prezentowano na Warszawskiej Jesieni Poezji.

Jest laureatem Świętokrzyskiej Nagrody Kultury 2012, Nagrody Prezydenta Miasta Kielce w dziedzinie twórczości i upowszechniania kultury 2013, Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego im. Leopolda Staffa oraz Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego O godność człowieka. 



 

Anna Błachucka


 

wybacz

wybacz
nie gram czysto
zgodziłam się na tę zamianę

jestem wiolonczelą
to jedyny dla mnie sposób
żeby być blisko ciebie
nawet nie zauważyłeś
kiedy oddałam ci trzy klucze
i trzy kwinty do wyłącznej dyspozycji
często szarpiesz struny
nawet się nie domyślasz

że targasz moje trzewia
ale ja mimo wszystko

maleńką główką przy twoim uchu
rozszeptałam gałąź na przystań dla miłości

– przywiązanie

Sonet lipcowy

 

Drzemiąc w omdlałym ze szczęścia wieczorze,

czuję najcichsze pól pszenicznych drżenia.

To nieskończoność zgarnia kłosy. Zboże

dobro nabrzmiałe daje do zliczenia.

 

Chleb jest jak życie. Słabe, gdy kiełkuje,

mocne, gdy ciągłe pokoleniem nowym.

Chleb jest jak wiara, której potrzebujesz,

aby przyswoić pokarm Chrystusowy.

 

Anna zaznacza czas zbiorów. Przepiórkom

śle ostrzegawcze mailowe sygnały,

a kuropatwy wybudza komórką,

 

by przed szczękami sprzętów uciekały.

Choć obce dzisiaj znojne zboża żęcie,

wśród szczęku maszyn „nasz chleb” wciąż brzmi święcie.

 

(Z niepublikowanego zbioru Rozmowy z naturą)

 


Lato idzie

 

p się panoszy, koło zachwalając

owocom wciska już wzory na kulę,

pszczoły woskują w sześciokąty ule,

kąty ramiona w słońcu opalają.

 

To idzie lato, para je prowadzi,

Boole daje pierścień, gwarant zakochania

Riemann prowadzi kursy cał(k)owania,

Amor wektory dla singli gromadzi.

 

A zadurzone ciało w ciele traci

pozornie tyle gruntu pod nogami

ile wyparty rozsądek wyznaczy

 

sobie znanymi rozsądko-liniami.

Zaś parabola (ta bez miejsc zerowych)

wędruje stopem po traktach liczbowych.

 

Sonet ognisty

 

Przed oczy wzięte do ostatniej rzęsy

na lep migotań błysków monitorów,

przed uszy zwiędłe od fałszu, słów „mięsnych”

– wyszedł z tarniny ptak w ogniu kolorów.

 

Te barwy – pięścią biły między oczy,

uszy chwyciły ciszę osłupienia

jego i moją. On pierwszy uskoczył.

Frunął w gąszcz krzewów i … koniec widzenia!

 

Dreszczem przemieszcza się w duszy, na ciele

nadmiar emocji. Uciekł, mógł się schronić!

A ja, choć rzeczy i sprzętów mam wiele

 

nie mogę. Rzecz mnie przygważdża, sprzęt goni,

komórka znaczy… Prawda rozum kłuje,

że mnie ktoś na swe potrzeby – hoduje.

 

 

Sonet ojcowski

 

Zaproszę rzeki, czyste kryształowe,

by ci przybliżyć mądrość panta rei.

Podejmę szczyty górskie boskogłowe,

by cię uczyły pokory, nadziei.

 

Ja bardzo wcześnie z czasem cię zapoznam,

byś nie zmarnował dni swojej młodości,

byś był autorem, akuszerem doznań

niezwykłych, ważnych – w zwykłej powszedniości.

 

Ja przygotuję cię, by losu atak

nie spadł na ciebie gradem. Dopilnuję,

byś nie wpadł w sidła zwykłej dziejby świata.

 

Mężnieję synku, gdy twą rączkę czuję.

Mogę płaszcz nocy złej – zwinąć w rulony…

Razem te strachy zrobimy w balony

 

 

Notka biograficzna

 

Anna Błachucka,  ur. 2 maja 1950 r. w Kozłowie na kielecczyźnie. Ukończyła WSP w Kielcach – kierunek matematyka. Ostatnio pracowała jako nauczycielka gimnazjalna w Małogoszczu, gdzie mieszka. Obecnie jest na emeryturze. Należy do Związku Literatów Polskich.

Opublikowała zbiory poezji: Obcierki (1999); Nie odwracaj głowy (2001); Srebrny czas (2002); Moc limeryków (2005); Styczna do krzywej myśli (2006); Adres zamieszania (2007); Niepodzielne jak łza: sonety (2009); Piać do podświadomości [sonety] (2012); Listy do wyobraźni [sonety] (2013) oraz tomy prozy: Kaprys i inne opowiadania (2010); Widok z kalenicy: Pogwarki z Jarkowy Góry (2011); Co ja mam z tymi rodzicami: zbiór opowiastek dla dzieci (2014). Swoje wiersze, opowiadania oraz recenzje publikowała m.in. w: „Akancie”, „Radostowej” i w „Świętokrzyskim Kwartalniku Literackim”.


Pin It